Powiększenie, Cafe Kulturalna, Chłodna 25, Nowy Wspaniały Świat - koncerty w lutym
TRZY NIEZWYKŁE SPOTKANIA
HERA w Składzie Butelek
Ed Wood
Alameda Trio
kIRk
Jacek Sienkiewicz
Kto zabił Alonę Iwanowną?
The Ex
ATP curated by Jeff Mangum
If You Say So Festival 2012
Asymmetry Festival 4.0
ATP I'LL BE YOUR MIRROR London 2012
Primavera Sound 2012
Pohoda Festival 2012
Dour Festival 2012
OFF Festival 2012
Flow Festival 2012
ATP curated by The National



Ken Vandermark wrósł w nasz krajobraz jazzowy w sposób już tak integralny, że jego powrót do Polski z koncertami w kwietniu i maju nie był zaskakujący, jednak w porównaniu do jesienno-zimowych koncertów z Vandermark 5, Free Music Ensemble, The Frame Quartet czy w duecie z Paal'em Nilssen-Love, wiosną Vandermark zaprezentował nam dwa skrajnie odmienne oblicza. W porównaniu z wymienionymi formacjami, które, oględnie rzecz ujmując i ignorując zauważalne różnice między nimi, eksplorują intensywne free jazowe, lecz praktycznie akustyczne rewiry, w duecie z pianistą Pandelisem Karayorgisem Vandermark objawił się na koncertach we Wrocławiu i Krakowie w bardzo stonowanym odcieniu, kwietniowa trasa formacji Powerhouse Sound była potężnym ciosem energetycznego elektrycznego brzmienia, jakiego w wydaniu chicagowskiego saksofonisty nie doświadczyliśmy od dawna. Lecz nic w tym dziwnego, skoro kwartet ten składa się ze stałego współpracownika Kena, czyli Nate'a McBride na gitarze basowej, oraz dwóch nowych kolaborantów - Jeffa Parkera na gitarze i perkusisty John'a Herndona, znanych choćby z Tortoise czy Isotope 217. I tej właśnie inicjatywie poświęcimy tutaj parę zdań.
Chicagowska ekstraklasa zaprezentowała bowiem żywą, potężnie brzmiącą i przede wszystkim wolną formę, otwierając swoje kompozycje w improwizacyjnej przestrzeni, ale nie zapominając przy tym o wyróżnikach swej muzyki uchwyconych w studio - rytmie i energetycznym zwarciom. Na taki soczysty wygar w wydaniu Kena czekaliśmy, absolutnie nie umniejszając jego innym inicjatywom, bodajże od roku 2002, kiedy to drugą i ostatnią płytę wydało trio Spaceways Inc., gdzie z Vandermarkiem i McBride grał perkusista Hamid Drake. Tamten projekt był pionierskim zmierzeniem się z funkowymi inspiracjami, pierwszy album Spaceways Inc. wręcz zawierał reinterpretacje kawałków Sun Ra i Funkadelic, na drugiej płycie pojawiły się również wątki reggae'owe i dubowe. Do kontynuacji takiego kierunku Vanermark zbierał się dość długo, lecz bynajmniej nie prowadziło go do rodzinnego miasta, lecz raczej do Norwegii. Powerhouse Sound w to bowiem dwa składy, dwa spojrzenia na skomponowany przez Kena materiał, dwie odrębne sesje i dwupłytowy album "Oslo / Chicago: Breaks" . Sam lider przyznaje, że "pierwotnym zamysłem był projekt w "norweskim"składzie, realizujący pomysły odwołujące się do reggae, rocka i funku. Chodziło mi to po głowie dłuższy czas, ale właściwie od czasu Spaceways Inc. nie było do tego warunków, właściwej formuły. Więc z jednej strony projekt miał być pewną kontynuacją Spaceways Inc., ale z drugiej od dawna planowałem projekt z Ingebrigt Haker Flaten'em i Nate'm McBridem grającymi jednocześnie i to na gitarach basowych. Wykorzystanie elektroniki też mnie pociągało, więc było co najmniej kilka przesłanek stojących za zawiązaniem tej formacji."
Stąd też pierwsza, zarówno chronologicznie, w nazwie, jak i przyziemnie - w pudełku albumu - płyta, zarejestrowana została w 2005 roku w eksperymentalnym składzie z wymienionymi dwoma basistami, bliskim współpracownikiem Vandermarka, niesamowitym perkusistą Paal'em Nilssen-Love oraz Lasse Marhaug'iem rażącym elektronicznymi efektami i dysonansami. Siedem utworów, zadedykowanym takim dubowym i reggae'owym tuzom jak Lee Scratch Perry, King Tubby czy Burning Spear, jest jednak bardzo mroźnym hołdem dla ich dokonań, jako że z gąszczu elektronicznych chmur, złamanych, acz wyraźnych rytmów i przekomarzających się basów z rzadka jedynie wyłania się klarowna, hipnotyczna wibracja. Vandermark nie kryje, że zrealizowanie jego koncepcji opartych na rytmie i z niego właśnie czyniących punkt wyjścia dla pozostałych muzyków, okazało się wielkim wyzwaniem w praktyce. "Początkowo wydawało mi się, że ta muzyka będzie łatwa do zagrania, ponieważ jest tak naprawdę oparta na liniach basu, ale jednak okazało się inaczej - większość partii basu była w tempach nieparzystych, a pozostałe instrumenty już niekoniecznie, co dla mnie było bardzo sensowne, ale wymagało wiele wysiłku, by całość brzmiała naturalnie. Nagrywaliśmy materiał w Oslo powoli, utwór po utworze, kończyliśmy jeden i dopiero wtedy braliśmy się za następny."
Co przecież nie jest dla muzyków o jazzowych inklinacjach typowe. Nie sposób jednak nie zgodzić się z tym wyznaniem, gdyż rozgryzienie norweskiego oblicza Powerhouse Sound, wyciągnięcie z niego soczystego wnętrza i oswojenie się z tym, że najbardziej smakowite pomysły melodyczne i rytmiczne podane są w gorzkim brzmieniowym sosie, wymaga faktycznej internalizacji specyficznej formy, zawieszonej jakby w połowie między funkowym uderzeniem a brzmieniowym eksperymentem. Nic dziwnego, że projekt okazał się karkołomny również po opuszczeniu studio - Vandermark wspomina, że "potem odbył koncert, który okazał się, prawdę mówiąc, totalną katastrofą - materiał był tak trudny, że niemal nie byliśmy w stanie zagrać całego programu. Ponadto, z różnych powodów, nadmiaru zajęć każdego z nas i trudności koordynacyjnych, projekt "Oslo" nie mógł dalej istnieć."
Idea reaktywowana została więc w Chicago, co ciekawe za sprawą muzyków, którzy znali się niemal dwadzieścia lat i zdążyli stać się niemal ikonami tamtejszej sceny, nigdy wcześniej ze sobą nie współpracując. Za sprawą Roba Mazurka i jego Exploding Star Orchestra, do którego zaprosił on i Vandermarka, i Herndona oraz Parkera, narodził się pomysł na ożywienie Powerhouse Sound. Vandermark entuzjazmowi Jeff'a i John'a przypisuje tutaj znaczną rolę - "zapalili się momentalnie do tego pomysłu i zaczęliśmy rearanżować kompozycje na miarę tego składu, oczywiście podstawowe rytmy i linie melodyczne pozostawiając te same, ale sposób ich organizacji i interpretacji uczyniliśmy kompletnie odmiennym".
Chicagowska sesja zarejestrowana została w rok po norweskiej, wyprodukował ją znany z Shellac Bob Weston i w rezultacie otrzymaliśmy najbardziej energetyczną, elektryczną i rockową rzecz w dorobku Vandermarka. Choć skład tej formacji jest bardziej konwencjonalny niż kwintetu z Oslo, to jednak większa swoboda wykonania, bardziej płynna wibracji i być może szersza przestrzeń stworzona przez muzyków sprawiły, że sesja ta jest ona chyba lepszą z dwóch. Kompozycje w większym stopniu implikują kolejne, a wręcz ewenementem jest scalenie trzech z nich w dwudziestodwuminutowy epos, którego nagranie McBride wspomina jako skrajne wyzwanie. Paradoksalnie i na szczęście, tych dwudziestu minut zupełnie się nie czuje, gdyż naturalny rozwój kompozycji i balans między, tutaj już absolutnie potężną sekcją rytmiczną, nieprzeciętną grą Parkera, wspaniale przełączającego się między rolą solisty a wsparciem rytmu, oraz ostatecznie improwizacjami Vandermarka, nadają całej sesji potoczystości i rozmachu. Co ciekawe, Ken gra w Powerhouse Sound tylko na saksofonie tenorowym, czyniąc się jednym z członków równoprawnego kolektywu i kluczową rolę przypisując pozostałym muzykom, zwłaszcza Nate'owi McBride na basie. Ich eksploracja elektrycznej struktury bazującej na rytmie przywodzi na myśl dokonania Milesa Davisa z lat siedemdziesiątych i wymownie utwór Milesowi zadedykowany nosi tytuł 2-1-1975, co jest datą wydania "Agharta" i "Pangaea", dwóch siostrzanych koncertowych płyt Davisa, niejako podsumowujących ów okres jego kariery.
W swych dwóch wcieleniach Powerhouse Sound jest wymagającym, ale i fantastycznie inspirującym doświadczeniem. Bardziej eksperymentalne Oslo zderza się z pulsującym życiem Chicago, które okazuje się nieco jaśniejszą stroną tej monety, może dlatego, że forma elektrycznego kwartetu daje po prostu większe pole do eksploracji korzennych funkowych i dubowych inspiracji, wzmocnionych rockową energią, a może znaczenie miał też trywialny powód wskazany przez Vandermarka -"chicagowska wersja wcale nie była łatwiejsza do nagrania, ale mieliśmy na nią nieporównywalnie więcej czasu." Jakby nie było, właśnie tę emanację Powerhouse Sound mogliśmy podziwiać na rewelacyjnych majowych koncertach i również od niej oczekiwać możemy kontynuacji. "Uwielbiam funk, fascynują mnie dub i reggae, lubię rock, od czasu Spaceways Inc. chciałem zająć się funkiem granym free, ale miałem problemy ze znalezieniem właściwego do tego składu, co się jednak udało i obecnie jestem bardzo podekscytowany perspektywą dalszego rozwoju tej formacji." My również.
[Piotr Lewandowski]
Powerhouse Sound
TORTOISE
Tortoise
STARLICKER
Free Fall
Broo / Lane / Nilsse...
ATOMIC SCHOOL DAYS
Artifact iTi
THE VANDERMARK 5
THE VANDERMARK 5 SPE...
TIM DAISY / KEN VAND...
VANDERMARK 5
SIDE A
Ken Vandermark / Pre...
Lean Left
THE FRAME QUARTET
Vandermark 5
REED TRIO (Vandermar...
Lean Left