



Po dwóch latach milczenia formacja Incubus powróciła z nowym wydawnictwem i świeżą porcją energii wysyłaną do słuchaczy. Panowie nagrali już szósty album, stuknęła im trzydziestka, więc bez wątpienia możemy podjąć próbę ogarnięcia ich kariery i muzycznej ewolucji. Historia zaczyna się konwencjonalnie, zespół powstał trzynaście lat temu w słonecznej Kalifornii, założony przez pięciu młodzieńców w wieku licealnym, którzy wierząc w swoje możliwości podjęli się muzykowania. Być może to burza hormonów skłoniła ich do nazwy Incubus - jest to określenia demona nawiedzającego kobiety w czasie snów o wiadomym charakterze. Pierwotny skład kapeli pozostał przez długi czas niezmieniony - wokalistą jest charyzmatyczny Brandon Boyd, gitarę obsługuje Michael Einziger, basistą został Greg Koppel, bębni Jose Passilas, a skład dopełnił DJ Lyfe. Co byśmy nie myśleli o Stanach Zjednoczonych, jedno jest pewne - materialny dobrobyt daje o wiele większe niż w innych krajach możliwości tworzenia i nagrywania muzyki. Świadczy o tym fakt, że Incubus swoje pierwsze nagrania zarejestrował w momencie, gdy średnia wieku muzyków wynosiła lat siedemnaście. Zostały one wydane przez zespół własnym sumptem parę lat później, gdy było ich już na to stać. Płyta ta zwie się "Fungus Amongus" i zbliżona jest do oficjalnego debiutu kapeli, czyli epki "Enjoy Incubus". Parę słów o niej. Panowie nagrali ją pod czujnym okiem producenta Jima Wirta, zarejestrowali sześć pełnych pozytywnej energii gitarowych utworów, w których nietrudno wychwycić inspiracje funkiem i dokonaniami wczesnego Mr. Bungle, Red Hot Chilli Peppers. Głos Brandona też przywodzi na myśl styl i barwę głosu Mike Pattona. Z czasem te podobieństwo będzie raczej zanikać, ale niezwykła umiejętność śpiewania w aksamitny sposób pozostanie obu dżentelmenom wspólna. Jak na debiut nagrany przez nastolatków przystało, epka jest raczej zbiorem swobodnych pomysłów, niż dopracowaną koncepcją, ale te dwadzieścia kilka minut muzyki wysłało w świat sygnał, że w zatrzęsieniu kapel wywodzących się z Kalifornii, pojawił się ktoś obdarzony autentycznym talentem. Utwory takie jak singlowy Take Me to Your Leader albo Version bezwzględnie zasługują na uwagę. W warstwie tekstowej słychać młodzieńczy idealizm, także w tej sferze zasiane zostały ziarenka późniejszych dokonań - amalgamatu społeczno-filozoficznych odezw i osobistych wyznań.
Mdli mnie od obrazów w bieli i czerni, moje pióro wyschło i jestem zmęczony, mam dość zamykania się w twoich definicjach
W momencie ukazania się "Enjoy Incubus" zespół miał już przygotowany kolejny album, który ujrzał światło dzienne we wrześniu roku dziewięćdziesiątego siódmego. Na pierwszy rzut oka patetyczna nazwa "S.C.I.E.N.C.E." nie jest jednak pozytywistycznym wyznaniem wiary we wszechmoc nauki, lecz skrótem od "Selling Catamarans Is Every's Nautical Captain Ecstasy". Pozostaje wierzyć na słowo, że sprzedawanie katamaranów jest ekstazą każdego kapitana żeglugi morskiej. Promowana utworem A Certain Shade of Green płyta jest według mnie po prostu wspaniała. Przynosi godzinę potężnego grania, w którym ciężkie gitarowe jazdy wspierane są hip-hopowymi inspiracjami i genialnie swobodnymi przejściówkami. Jak w kalejdoskopie zmieniają się szaleńcze zagrywki, wywołując wrażenie improwizacji. Praktycznie każdy numer przynosi zaskakujące zwroty i dopięte na ostatni guzik aranże - wymieńmy chociaż New Skin, Glass i Idiot Box. "S.C.I.E.N.C.E." zaczyna się od wibrującego brzmienia didżeridu, które ustępuje miejsca eksplozji gitar, skreczy i śpiewu Brandona, który wkroczył swoimi dokonaniami na tej płycie do czołówki współczesnych wokalistów. Nad produkcją ponownie czuwał Jim Wirt. Wielu krytyków zalicza tę płytę do niumetalu, niemniej jednak wyprzedza ona przedstawicieli tego gatunku chronologicznie o jakieś dwa lata, a poza tym muzycznie jest doskonała. Można odczuć, że teksty nie są jedynie kwiatkiem przypiętym do kożucha, lecz stanowią zasadniczą i integralną część dzieła.
Brandon pełnym pasji głosem wyrzuca słuchaczowi prosto w twarz swoje krytyczne poglądy na stan współczesnego społeczeństwa i nawołuje do wzięcia kontroli nad życiem w swoje własne ręce. Ponadto unika patosu, łopatologii, układa teksty inteligentne i umiejętnie wplata metafory, aluzje. Całość podana jest w hip-hopowym sosie, więc przekaz dociera do uszu słuchacza wzmocniony przez energetyczny potencjał muzyki. Gdyby tylko odbiorcy brali sobie do serca choć część tych tekstów, świat byłby z pewnością trochę lepszym miejscem. Po wydaniu płyty zespół zagrał trasę jako support Korn, który wtedy, po ukazaniu się "Life Is Peachy", był chyba w najlepszym momencie swojej kariery. Potem nastąpiła kolejna trasa, tym razem w towarzystwie Mr. Bungle i System of a Down. Symptomatyczne dla Incubus jest to, że zawsze pozostaje on w cieniu gwiazd mainstreamowego nurtu, wyprzedzając je jednak o kilka długości i odnajdując swoje miejsce w świecie zdominowanym przez stacje telewizyjne i korporacje muzyczne. Tak się składa, że moda na tego typu granie przyszła chwilę po wydaniu "S.C.I.E.N.C.E.", a muzycy Incubus, podobnie jak Rage Against the Machine, potrafią wykorzystać obecność w mediach do podnoszenia wśród słuchaczy świadomości na temat otaczającego ich świata.
To czego poszukuję nie może być mi sprzedane, chciałbym, żeby oni wszyscy przestali próbować, bo wszystko co chcę i potrzebuję, jest i zawsze będzie wolne
Gdy po dwóch latach panowie zaprezentowali kolejne wydawnictwo, nie było już złudzeń, że mamy do czynienia z naprawdę oryginalnym i pewnym swojej wizji zespołem. "Make Yourself" przyniosło trzynaście kompozycji utrzymanych w bardziej stonowanym klimacie, ale równie szczerych i świeżych. Można powiedzieć, że o ile główna oś tej muzyki pozostała ta sama, to zmieniła się otoczka nadająca jej konkretny charakter - w miejsce agresji i hip-hopu wkroczyły spokój i ciężko klasyfikowalne formy śpiewu. Pojawiły się gitary akustyczne, jak choćby w Drive, któremu zespół zawdzięcza światową popularność. Świetny animowany teledysk został stworzony przez Brandona i Jose, absolwentów akademii sztuk pięknych. Grając spokojniej muzycy pokazali nowe oblicze - wyciszenie pozwoliło na ekspresję uczuć i nawet przekaz natury światopoglądowej trafia do nas raczej dzięki dojmującym emocjom, a nie sile i energii. Z czasem ten styl będzie się rozwijać, trzeci album zespołu wyznacza kierunek, którym będą podążać w kolejnych latach. Album wyprodukował Terry Date. W składzie zespołu nastąpiła jedna zmiana, didżejem został DJ Kilmore, który dokonuje na tym albumie istnych cudów, potrafiąc się odnaleźć także w utworach lirycznych. Nie znaczy to oczywiście, że "Make Yourself" cierpi na brak mocnych utworów - Privilege, Pardon Me, Out From Under to istne energetyczne bomby, nie pozwalające usiedzieć spokojnie. Tytuł płyty zaczerpnięty jest z Sartre'a i właśnie duch filozofii egzystencjalistycznej nad nią się unosi. W warstwie tekstowej pozostaje ona chyba moim faworytem, jest inspirująca. Wspaniale wyważone są proporcje pomiędzy wyrażaniem uczuć a apelowaniem do odbiorcy, teksty raczej sieją ferment w głowie, niż dają gotowe odpowiedzi na sprawy fundamentalne. Utwór tytułowy, The Warmth, When It Comes i inne, to pełne pasji wezwania do autentycznego życia, które z pewnością poparliby zarówno Sartre, jak i Fromm.
Sugeruję, żebyśmy nauczyli się kochać, zanim będzie to nielegalne
Kolejne dwa lata w życiu muzyków upłynęły konwencjonalnie - głównie pod znakiem tras koncertowych. Wtedy też ukazało się "Fungus Amongus". Poza tym zespół przeżył swój pierwszy kryzys związany ze zmęczeniem graniem i sobą nawzajem. Na szczęście został on przezwyciężony i w październiku 2001 światło dzienne ujrzało kolejne wydawnictwo, noszące nazwę "Morning View". Trzynaście utworów składających się na godzinę muzyki emanuje większym spokojem, jest bardziej liryczne od poprzednich dokonań. Szczególnie gdy zestawiamy ten album z kolejną płytą, widać wyraźnie, jak konsekwentnie ewoluuje twórczość Incubus. Jednak słychać, że zespół znajdował się na etapie przejściowym - w nieunikniony sposób pozostawił za sobą niumetalowe jazdy, a nie dojrzał jeszcze do grania tak poetyckiego, jak na wydanym w lutym tego roku "A Crow Left of the Murder". Stąd też część utworów utrzymana jest w stylistyce "Make Yourself", część zachowuje ich konwencję będąc jednocześnie lżejszą. Ponieważ nastrój panujący na płycie jest weselszy, niektóre z nich wydają się początkowo banalne, trzeba się do nich przekonać. Najodważniejsze są kawałki typu Just a Phase, w którym nawarstwianie napięcia i cudowne dialogi pomiędzy skreczami, gitarą akustyczną i wokalem przyprawiają o dreszcze. Poza tym mamy jeszcze wyciszone Echo, funkujący Are You In? i utrzymany w japońskiej stylistyce, wieńczący album siedmiominutowy Aqueous Transmission. Teksty zdominowała sfera kontaktów damsko-męskich, co wiązało się z wydarzeniami w życiu osobistym Brandona. Szczególnie z perspektywy kilku lat widać, "Morning View" jest rejestracją szczególnego momentu rozwoju zespołu, kiedy to zrobił on pierwszy krok oddalający od ciężkiego grania, ale jeszcze nie dotarł na pewny grunt ostatecznie wypracowanej stylistyki. Płyta jest dobra, ale nie wywiera takiego wrażenia, jak wcześniejsze.
A potem nastąpił długi czas wyczekiwania na wieści z obozu Incubus. Gitarzysta Micheal i perkusista Jose zawiązali projekt A Time-Lapse Consortium, grający muzykę funkowo-jazzową. Jedynym zarejestrowanym śladem tej działalności pozostaje koncert w towarzystwie smyczkowej orkiestry. Basistą tej formacji był wywodzący się z The Roots Ben Kinney, który następnie zastąpił Alexa Katunicha w Incubus. Zagrał on już na ubiegłorocznym festiwalu Lollapalooza - jeden z koncertów został wydany. Muzycy powołali też do życia fundację "Make Yourself Foundation", zajmującą się działalnością charytatywną i społeczną. Jak sami mówią: "Mamy sprecyzowane poglądy na rzeczy wymagające poprawy, takie jak problemy środowiskowe, edukacja, bezpieczeństwo, zdrowie. I chcemy wykorzystać okazję jaka nam się nadarza do zmiany tych kwestii". Postanowili zebrać w bieżącym roku milion dolarów, które mają pochodzić ze źródeł związanych z aktywnością zespołu. Stąd pomysł wydawania bootlegów, uczestniczenia w aukcjach - wpływy zasilają konto fundacji. Podpisuję się obiema rękami pod taką działalnością, pokazuje ona, że zdobytą sławę i pieniądze można wykorzystać do realizacji ideałów i pozytywnych celów, a nie zmarnować pławiąc się w próżności. Przecież od artysty możemy oczekiwać daru twórczego i autentyczności, zgłębiania i wyrażania poprzez dzieła tego wszystkiego, co najbardziej realne w jego własnym doświadczeniu, do którego należą przecież zarówno sprawy osobiste, jak i problemy ogólnoludzkie. Konsekwencją świadomego społecznie podejścia do muzyki jest neutralność dla efektu cieplarnianego ostatniej płyty zespołu. Znaczy to, że muzycy wspólnie z organizacją Future Forests zasadzili tyle drzew, by zrównoważyć negatywny wpływ dwutlenku węgla wyemitowanego do atmosfery w związku z produkcją i dystrybucją albumu.
Chodź sam, chodźcie wszyscy, witajcie w roku a 1984, trzy, dwa, jeden, światła, kamera, transakcja
Jak już się rzekło, "A Crow Left of the Murder" ukazało się w lutym tego roku. Już promujący płytę Megallomaniac pokazał, że nie marnowali czasu przez te dwa lata. Co ciekawe, emisja animowanego teledysku autorstwa znanej ze współpracy z Sigur Ros Florii Sigismondi, została zakazana w USA ze względu na antybushowską i antywojenną wymowę. Incubus anno domini 2004 jest w pełni świadomy swojego stylu. Zgodnie z oczekiwaniami, przybrały na znaczeniu elementy poetyckie, w muzyce przebrzmiewa aura spokoju i niezwykle pozytywnej energii. Kolejny krok został zrobiony, a z każdego dźwięku emanuje do nas szczerość i autentyczność. Powróciły teksty zaangażowane w krytykę społeczną, przykładami mogą być Talk Shows On Mute, przyrównujący współczesne Stany, sterroryzowane przez telewizyjną indoktrynację do orwellowskiej wizji, albo Zee Deveel piętnujący wszechobecny materializm. Oprócz tego część kompozycji, szczególnie tych balladowych ukazuje nam świat uczuć Brandona - przykładem cudowna, ujmująca Agoraphobia, delikatne Southern Girl i Here In My Room. Momentami album wydaje się odwoływać do rock'n'rollowego grania sprzed lat bez miary trzydziestu, tak też jest on zrealizowany przez Brandona O'Briena. Potężne wrażenie robią wymykające się formułom utwory typu Sick Sad Little World z długim jammem przywołującym na myśl Hendrixa, Pistola, Zee Deveel, Priceless. Wyrazy szacunku za unikatowe wkomponowanie skreczy w delikatną muzykę ponownie należą się DJ'owi Kilmore. Album nagrany jest z dużą dozą fantazji, powoduje, że ponownie Incubus nie może zostać łatwo zakwalifikowany, bowiem gra po prostu swoją autentyczną muzykę, wyrażając siebie i swoje przeżycia przez dźwięki i słowa. A dawka optymistycznego nastroju jest iście wybuchowa i skutecznie wygania z mojego domu resztki zimowego przygnębienia, czuć, że świat budzi się do życia i że jest one warte zachodu. Doskonała rzecz.
Uczciwie przyznajmy, że Incubus nie jest kapelą, która popchnęła do przodu historię muzyki. Jest jednak grupą z głębi serca realizującą swoją artystyczną drogę, nie siląc się ani na miano przedstawicieli alternatywy, ani też nie ulegając naciskom koncernów i mediów. Każda z płyt jest rejestracją aktualnego stanu duchowo-emocjonalnego muzyków i ich podejścia do muzyki, przez co każda z nich jest naprawdę inna, unikatowa. Cenne jest to, że patrząc na nie w kolejności powstawania, kolejne wydają się być nieuchronną konsekwencją zachodzących przeobrażeń. A z drugiej strony, zawsze słychać, że to Incubus, jest też element spójności. Ewolucja od grania ciężkiego w stronę delikatniejszej twórczości nie jest unikatowym zjawiskiem, ale w tym przypadku mamy do czynienia z procesem o tyle ciekawym, że wraz ze zmianami osobowości artystów przekształca się zupełnie ich podejście do muzyki i sposób wykonywania. Najlepiej słychać to w grze gitarzysty i w śpiewie Brandona. Jak zapewne możecie wyczuć, zdecydowanie jestem fanem tej formacji. Mam nadzieję, że skłonię kogoś z was do sięgnięcia po ich płyty i próby zajrzenia pod powierzchnię tego, co one oferują, warto bowiem skupić się na ich sztuce i czerpać z niej inspirację. A w optymalnym przypadku wybrać się na przykład do Berlina na ich kwietniowy koncert.
[Piotr Lewandowski]