napszykłat
Musicaction
Kristen
Niechęć
27. Dni Sztuki Współczesnej - scena muzyczna
Strefa CSW - koncerty majowe
Plum
Kari Amirian
Maszyny do słuchania
Green ZOO Festival
ATP I'LL BE YOUR MIRROR London 2012
Primavera Sound 2012
LDZ_2.0
Rock for People 2012
Pohoda Festival 2012
Dour Festival 2012
OFF Festival 2012
Flow Festival 2012
ATP curated by The National



Na piętnastu poprzednich płytach australijskie trio The Necks znajdowało się już w wielu punktach spektrum elektroakustycznej improwizacji. Zasadniczo, gdyby dali sobie spokój, nikt by się nie zdziwił, ale zamiast tego nagrali album, na którym znów zaskakują i znów są szokująco dobrzy. Mało jest zespołów, które brzmią do tego stopnia jak jeden, sprawnie pracujący mechanizm. Ale The Necks to już swoista instytucja, czy może nawet sposób myślenia – tytuł nowej płyty wręcz nasuwa tę interpretację. „Mindset” to dwa ponad 20-minutowe utwory, czy raczej segmenty dźwięku. Abstrakcyjne, skonstruowane z repetycji fortepianowych fraz, dudniącego, pozornie trzecioplanowego kontrabasu i frenetycznej, choć nieagresywnej perkusji z wysuniętymi na pierwszy plan talerzami.
Muzyka jest bardzo ruchliwa, jeśli spojrzeć na krótkie interwały, ale zaskakująca statyczna, gdy spojrzeć na długie. Wydaje się niemal jak zaprogramowana, (prawie) akustyczna wersja noise’owo-ambientowego krajobrazu. Jednak gdy docieramy do końca poszczególnych utworów, odczuwamy wyraźnie, że ich przebieg nie był z góry zdeterminowany, że wydarzyły się tak, jakby były improwizacją, albo przynajmniej grupowym poszukiwaniem treści i barwy wypełniającej ustaloną na starcie formę. W efekcie, oba potężne utwory są od siebie różne. Po kanciastym, opresyjnym Rum Jungle przychodzi niby spokojniejsze, ale jakoś niepokojąco zawieszone, narastające Daylights. Zarazem uzupełniają się nawzajem w sposób oczywisty – gdy wybrzmią do końca. „Mindset” pokazuje, jak z pozornie znanych metod (repetycje niczym u Charlemagne Palestine, elektroakustyczna aura z maźnięciami kontrabasu jak w starym, przedpiosenkowym, przedgitarowym Kammerflimmer Kollektief) muzycy oddychający jednym rytmem mogą stworzyć nową jakość. I ciężko uwierzyć, że gra tu tylko jeden perkusista, ale z Tony’m Buckiem tak to już bywa.
[Piotr Lewandowski]