Powiększenie, Cafe Kulturalna, Chłodna 25, Nowy Wspaniały Świat - koncerty w lutym
TRZY NIEZWYKŁE SPOTKANIA
HERA w Składzie Butelek
Ed Wood
Alameda Trio
kIRk
Jacek Sienkiewicz
Kto zabił Alonę Iwanowną?
The Ex
ATP curated by Jeff Mangum
If You Say So Festival 2012
Asymmetry Festival 4.0
ATP I'LL BE YOUR MIRROR London 2012
Primavera Sound 2012
Pohoda Festival 2012
Dour Festival 2012
OFF Festival 2012
Flow Festival 2012
ATP curated by The National



Will Oldham, obok Davida Pajo (ukrywający się pod szyldem Papa M - recenzja także w tym numerze PopUp) oraz Johny`ego Casha, wymieniany jest jako wielki twórca współczesnej formy muzyki new-country.
W latach 90. nagrywał muzykę firmowaną projektem Palace Brothers, Palace Music - teraz wydał największe ówczesne, dla niektórych nieśmiertelne, przeboje w towarzystwie znakomitych muzyków ze swojego środowiska. Kojarzony często z tzw. werandowym graniem, Oldham preferuje muzyczną naturalność - zwyczajne, życiowe teksty i naturalne folkowe brzmienia, pełne uroku i ciepła. W 2003 roku wydał on dobrze przyjętą produkcję "Master And Everyone", zapełnioną balladowym graniem z kręgu post-country, folku i americany.
Teraz, powraca w formie bodajże najbardziej przystępnej. Materiał z Palace nie stwarza żadnych kłopotów w odbiorze, nawet dla kogoś, kto do tej pory nie cierpiał estetyki country, brzydził się nią, a piosenkowa formuła kojarzyła mu się z najbardziej odrażającym obciachem. Ja sam podobny problem miałem jeszcze kilka lat temu. Wówczas, uszy otworzył mi Beck, który pokazał jak finezyjnie można podśpiewywać sobie, używając skromne instrumentarium, ocierając się o folk i country, ale nie łącząc to wszystko w ramy muzyki nadal alternatywnej.
Will Oldham na zachodzie jest bardzo popularny. Na jego temat rozpisują się Uncut, Q, NME. W Polsce, jego postać nadal słabo jest rozpoznawalna, co prawdopodobnie wypływa z obawy przed villigowym nalotem country. Niestety, mam wrażenie, że "The Greatest Palace Music" niewiele w tym zmieni, aczkolwiek zmienić powinna. To przynajmniej jedna z najbardziej udanych płyt folkowych tego roku w Stanach.
Oldhama, prezentującego tutaj najjaśniejsze pozycje swojej twórczości w minionej dekadzie, wspomogli dobrzy znajomy - Stuart Duncan, upiększający kompozycje skrzypcami, czy chociażby Hargusa Robbinsa, legendarnego już pianistę. Całość brzmi bardzo zwarcie, jest płytą przyjemną w odbiorze, umilającą mijanie czasu niczym na bezkresnym łonie natury. Gdzieniegdzie wspomagany kobiecym podśpiewywaniem wokal Oldhama sprawia wrażenie wyjętego z wakacyjnej, muzycznej pocztówki z Teksasu.
Owa, tradycyjność i folkowość to bezsprzecznie atuty płyty. Jeżeli jednak ktoś na dźwięk skrzypiec, bandżo i rytmu dansingowego dostaje wstrząsów - niech sobie daruje tę płytę. Ci jednak, którzy potrafią zrozumieć ducha alternative-country - mogą się nieźle bawić z Willem Oldhamem.
[Tomek Doksa]