polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Hubert Zemler Gostak & Doshes

Hubert Zemler
Gostak & Doshes

Druga połowa minionego roku przyniosła okazałą porcję bardzo udanych autorskich albumów muzyków związanych ze stołeczną sceną improwizowaną – ukazały się płyty Jacka Mazurkiewicza, Pawła Szamburskiego, Kamila Szuszkiewicza i Ksawerego Wójcińskiego, a także Huberta Zemlera, jedynego z tego grona, dla którego nie była to pierwsza solowa wypowiedź. O ile wydany trzy lata wcześniej Moped był dość surowym nagraniem koncertowym, Gostak & Doshes to materiał studyjny (jeśli studiem nazwać podziemia jednego z warszawskich kościołów), pod paroma względami stanowiący wyraźne przeciwieństwo debiutu, będący sporym krokiem do przodu w kontekście brzmienia (znakomitego), użytych środków i nacisku na kompozycję. Tak jak i pierwszy album, nagrany w stu procentach na żywo, ale tym razem ubrany w bardziej konkretną, zamkniętą i pieczołowicie dopracowaną całość. Bliżej mu teraz do pewnych tradycji z obszaru muzyki współczesnej, minimalistycznej, choć w swej różnorodności nawiązuje nawet do wątków afrykańskich. W sporym skrócie: mniej żywiołowej, gorącej improwizacji, a więcej spokoju, koncepcyjnego porządku i misternego konstruowania form – już od cierpliwie rozwijanej, skupionej atmosfery otwierającego płytę "Franciszka", aż po dość głośne i rytmiczne zamknięcie. W środku też dzieje się sporo, a największe wrażenie robią zwłaszcza dwie piękne wariacje na temat kompozycji Suavas Figures (duet Piotra Kurka i Sylvii Monnier) z gościnnym udziałem Miłosza Pękali na wibrafonie. Dobre oryginały i bardzo ciekawy ich "przekład" na czysto akustyczny język. Chociaż generalnie słucha się tej płyty świetnie, jedna rzecz za każdym z nią spotkaniem powraca – poczucie nieprzypadkowości każdego dźwięku, wrażenie obcowania z materiałem precyzyjnym i zaplanowanym tak głęboko, że przez to nieco chłodnym w emocjach i nie zawsze pozwalającym na całkowite w nim zanurzenie, przynajmniej emocjonalne. Zdecydowanie jednak wartym uwagi, bo obok wyrafinowanego i chłodnego piękna, czuć również w tej muzyce (nie pierwszy raz) niepospolitą kreatywność i wrażliwość jej twórcy.

[Marcin Marchwiński]