polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

RADIOHEAD
13.11.2003, Velodrom Arena, Berlin.

 Czasem życie potrafi być piękne i płata takie przyjemniackie figle jak możliwość zobaczenia dwóch koncertów Radiohead w ciągu niespełna pół roku. Pierwszy koncert, jaki widziałem miał jednak nieco inny charakter, ponieważ odbył się podczas festiwalu (dokładnie: niemiecki Hurricane Festival w czerwcu). Ale, jako że festiwalowe koncerty rządzą się swoimi prawami - nie miałem żadnych wątpliwości, że ten berliński koncert będzie inny i chyba jednak bardziej emocjonujący. Przypuszczenia sprawdziły się co do joty: przeżyłem prawdziwy estetyczno-emocjonalny orgazm a rozkoszne spazmy czuje do dziś, kiedy tylko pomyśle o tym koncercie.
   Ponieważ na temat Radiohead zdążyłem się już powymądrzać przy okazji relacji z Hurricane Festival (zapraszam do lektury) w tej relacji skupię się tylko na najważniejszych momentach tego koncertu. A, że było ich co niemiara ...

- 2+2=5 - tym razem zaczęli od tego kawałka. There There przesunęli na środek koncertu. Pięciu muzyków na scenie: jak zwykle ukryty w cieniu perkusisty Phila Selwaya basista Colin Greenwood, po prawej stronie skulony przy gitarze i wszelkiej maści magicznych klawiszach, pudełkach i pokrętłach jego brat Johnny, po lewej stronie dwumetrowy gitarzysta Ed O'Brien (który wspomagał wokalnie Thoma Yorka, coś tam plumkał na gitarze a najczęściej ... nie robił nic), na samym zaś środku "najbrzydszy idol" współczesnych dzieciaków: wokalista, gitarzysta i pianista Thom Yorke. Po minucie, dwóch spokojnego intra maszyna ruszyła z impetem. Dali w tym numerze niezłego czadu. To był dobry prognostyk na przyszłość.

- Where I End And You Begin - kolejny numer z ostatniej płyty. Zrobiło się psychodelicznie i transowo, ale to nic w porównaniu z halucynogenną mieszanką jaką zaprezentowali w następnym utworze:

- Myxamatosis - czy tacy normalni ludzie jak członkowie Radiohead wrzucali kiedyś grzybki? Jeśli tak, to numer ten w pełni oddaje skale odjazdów przez jakie trzeba się przedrzeć, aż do samego końca ich działania.

- My Iron Lung - nieliczny moment, kiedy zespól cofnął się w czasy sprzed OK Computer. Ci co bezskutecznie błagali o Creep mieli niejaką namiastkę ich (chyba) najsłynniejszego utworu: wolne zwrotki i szaleńcze wybuchy gitar w refrenach. Majstersztyk!

- Dollars And Cents - miałem wrażenie, że napięcie przy tym numerze nieco siadło. A przecież to bardzo dobry, wciągający numer z dramatycznym finałem i niesamowitym wokalem Thoma. Jak dla mnie bomba!

- Go To Sleep - ostatni jak dotąd singiel grupy, niezła gitarowa orgia. Szkoda, że w naszym radiu nie sposób usłyszeć takich "przebojów"

- Sail To The Moon - jedna z wielu pięknych fortepianowych ballad jakie zagrali tego wieczoru. Zamknąłem oczy i odpłynąłem na Księżyc.

- Backdrift - podczas tego utworu (podobnież jak przy The Gloaming) liczył się tylko rytm. Większość zespołu miała wolne, za to Thom odtańczył taniec Św.Wita. Co ciekawe podczas tego, jak i innych utworów, publiczność raczej kontemplowała muzykę niż dała się porwać do tańca. To świadczy o niejakim wyrobieniu fanów Radiohead: którzy przyszli na koncert wyszaleć się duchowo a nie fizycznie.

- No Surprises - ta piosenka to taki optymistyczny smutek, za który tak wielu pokochało Radiohead. Niby piosenka niczym specjalnym się nie wyróżnia, ale wystarczy wsłuchać się w tekst by zrozumieć ile emocji ze sobą niesie.

- There There - prawdziwy hymn, nieśpiesznie rozwijający się, aż do wybuchowego finału. Piękna melodia i stan wrzenia pod sceną. Tym razem Ed i Johnny wspomogli Phila na werblach a Thom zagrał jedną z najpiękniejszych solówek tego wieczoru.

- Paranoid Android - jak dobrze, że tego numeru (w przeciwieństwie do Creep i Fake Plastic Trees) muzycy nie unikają na koncertach i grają go niemal zawsze. Wszystko rozwijało się tak pięknie jak na płycie (może poza nielicznymi podczas tego występu fałszami Thoma) aż po brawurowy finał z rzężącymi naraz czterema gitarami. No i było "cała sala śpiewa z nami"

- Idioteque - chyba największy "przebój" z Kid A - na to w każdym bądź razie wskazywała reakcja fanów znających wszystkie linijki tekstu. Oszczędny aranż, ależ ile emocji w głosie Thoma. I ten dyskotekowy rytm, który paradoksalnie podkreślał pesymistyczna wymowę tekstu.

- Pyramid Song - mój ulubiony numer Radiohead. Niezwykle przejmujący i smutny. Z przepiękną rozwijającą się melodią i łkaniem Thoma. Zagrany przy użyciu najprostszych środków, wywołujący oceany dreszczy. W dodatku metrum w jakim gra Phil jest nie do podrobienia i zamiast rozpraszać emocje jeszcze bardziej je kondensuje. Przez cały niemal utwór miałem zamknięte oczy. Kiedy je otworzyłem nie mogłem uwierzyć, że to już koniec. Przy takim utworze można popełniać emocjonalne harakiri.

- The National Anthem - siła tego porażającego utworu zasadza się na niesamowicie mocnym i przesterowanym basie opatulonym szaleńczym rytmem perkusji, śladowymi gitarami i schizującymi elektronicznymi efektami generowanymi przez Johnniego. Wyszedł bardzo potężny, rozrywający na strzępy numer, przy którym nie można spokojnie ustać. Rewelacja!

- You And Whose Army? - nie wspomniałem jeszcze o bardzo ciekawych efektach wizualnych jakie zaserwowali nam RadioGłowi: po bokach sceny rozwieszone były małe i duże ekrany na których można było podglądać muzyków oraz podziwiać "kwaśne" animacje. Obraz był w dodatku celowo zniekształcany co dawało ciekawy rezultat z artystycznym sznytem. Podczas tego akurat numeru Thom "wdzięczył się" do mini-kamery zainstalowanej przy jego pianinie. Robione przez niego miny nieco rozluźniły atmosferę i odbiór tego niewesołego przecież kawałka.

- A Wolf At The Door - ostatni kawałek z najnowszej płyty. A mało by brakowało, żeby go nie zagrali. Bo pierwszy bis zaczął się od Airbag, który (niestety) został przerwany po ledwie minucie przez Thoma ("Przepraszam za pomyłkę ale zagramy coś co na pewno Wam się spodoba"). I zagrali.

- How To Disappear Completely - to był (obok Pyramid Song) mój najwspanialszy moment podczas tego koncertu. Miałem łzy w oczach. A kiedy Thom wyśpiewywał ostatnie frazy eksplodowałem. Tego się nie da opisać słowami więc już milknę.

- Everything In Its Right Place - jakże zmieniony w stosunku do oryginału! Numer zrobił się bardziej skoczny i optymistyczny. Wszyscy dali się wciągnąć do rytmicznego poklaskiwania. Niestety dla tych co znają trochę bootlegów Radiohead był to znak, że występ niechybnie się kończy. Jeszcze tylko nieporadne ukłony Thoma i Ed wraz z Johnnym masakrujący jakiś sampler,. Dźwięk wybrzmiewał bardzo długo, ale wszyscy już wiedzieli: to już koniec pięknej podróży trzeba wracać do rzeczywistości: czyli Wszystko Jest Na Właściwym Miejscu. Szkoda ...

I to by było na tyle. To co mogłem przelałem na papier, ale zapewniam, że nie przekazałem nawet połowy tego, co przeżyło tego wieczora parę tysięcy fanów niebanalnej muzyki. Czy Radiohead to najlepszy zespół obecnych czasów? Być może. Ale na pewno najbardziej zorientowany na emocje. A tych z całą pewnością nie zabrakło.

[Marcin Jaśkowiak]

recenzje Radiohead, Atoms For Peace, Thom Yorke w popupmusic