napszykłat
Musicaction
Krojc
Kristen
The Ex
Niechęć
27. Dni Sztuki Współczesnej - scena muzyczna
Strefa CSW - koncerty majowe
Kari Amirian
Maszyny do słuchania
ATP I'LL BE YOUR MIRROR London 2012
Primavera Sound 2012
LDZ_2.0
Rock for People 2012
Pohoda Festival 2012
Dour Festival 2012
OFF Festival 2012
Flow Festival 2012
ATP curated by The National



Nie sposób opisać wszystkiego co się na Hurricane Festival wydarzyło. Jak bowiem oglądać wszystkie koncerty i jednocześnie spać, robić zakupy, czekać w kolejce do toalety, raczyć się piwem, rozmawiać i poznawać nowych ludzi? Na dokładkę dochodzi jeszcze problem dwóch scen i nakładania się na siebie występów poszczególnych artystów. Z tych czy innych powodów ominęły mnie koncerty STARSAILOR, COLDPLAY, GUS GUS, GOLDFRAPP, THE DATSUNS, FU MANCHU i CONSOLE. Nie dojechał też niestety ZWAN, no a kilku artystów odstraszyło mnie już samą myślą o nich (THERAPY?, GUANO APES, SKIN, APOCALYPTICA, COUNTING CROWS). Na szczęście doczekałem się kilku występów, które przeklęczałem i takich na których cierpła mi skóra ...
1st DAY
Zacząłem od ROYSKOPP. Niestety ta muzyka w wersji live się nie broni. Za dużo syntetycznego plastiku i chowania się wokalu za vocoderowymi zabawkami a za mało melodii i jakiejś dramaturgii. Tego ostatniego nie zabrakło na szczęście na koncercie BETH GIBBONS & RUSTIN MAN (czyli Paula Webba, basisty zapomnianych już TALK TALK). No i jeszcze ten głos Beth ... czasem cichy i łkający (nieraz tak cichy, że ze sceny głównej słychać było wtórny łomot GUANO APES) a czasem pełen pasji i wściekłego bólu. Ośmioosobowy bodaj zespół zaprezentował w dość oszczędny sposób cały materiał z debiutu "Out Of Season" (do którego jakoś wcześniej nie mogłem się przekonać). Wyglądająca tego wieczoru bardzo seksownie Beth przez cały niemal koncert stała skupiona przy mikrofonie, z rzadka przemawiając do słuchaczy. Dopiero na sam koniec rozluźniła się nieco i zapaliła papierosa z publicznością. Rewelacyjny występ ... Kolejna grupa sprawiła jednak, ze dość szybko zapomniałem o wyczynach poprzedników. Islandczycy z SIGUR RÓS już na lutowym koncercie w Berlinie pokazali swoje misterium tak, że zapierało dech w piersiach. Nie inaczej było i tym razem. Wraz z kwartetem smyczkowym zabrali słuchaczy w podróż do sobie tylko znanych krain pełnych pięknych, powłóczystych i urzekających spokojem melodii oraz stopniowych wybuchów sonicznych burz i transowej kakofonii. W dodatku świetnie zadbali o stronę wizualną (surrealistyczno-baśniowe "klipy") i dobór repertuaru (nie zabrakło ponad 10-minutowego genialnego utworu kończącego ostatnią ich płytę). Powalający wsystęp, który na długo zostaje w pamięci.
2nd DAY
Tym razem jako pierwszych zobaczyłem brodaczy z GRANDDADY. Niezły był to występ, złożony głównie z utworów z najnowszego albumu (właśnie go promują w Europie). Chłopaki jak trzeba potrafią melodyjnie (bo z klawiszowym motywem) przyłoić, a nawet zagrać coś z bardziej lirycznym zacięciem (ale bez przesady). Generalnie przeważał jednak melodyjny czadzik, który w najlepszych miejscach przypominał nieodżałowane PIXIES. Następny w kolejce, nowojorski INTERPOL przyćmił jednak wszystko to co było przed - i jak się okazało - wszystko co było potem. Wiele sobie po tym koncercie obiecywałem. Ubiegłoroczna płyta "Turn On The Bright Lights" była jednym z mych faworytów ostatnich miesięcy, nie mogłem się więc doczekać tych piosenek na żywo. Pierwsze co mnie uderzyło to niezwykle ciekawy image: dziwacznie skrojone marynarki, koszule i krawaty oraz dekadenckie makijaże. Drugie to niesamowita energia tych smutnych w sumie piosenek o niespełnieniu, zagubieniu i wyalienowaniu w wielkiej metropolii. Od pierwszych, rozkołysanych taktów "Untitled", poprzez wściekłe riffy "Obstacle 1", "PDA" i "Stella" aż po ostatnie dźwięki czuć było jakąś szczególną, straceńczą wręcz dramaturgie (znaną z koncertów JOY DIVISION). I chociaż harmonie gitar kojarzyły się bardziej z THE CURE to jednak ta duszna i klaustrofobiczna atmosfera (potęgowana przez głos wokalisty) przez cały czas szczelnie "otulała" publiczność. Nie ukrywam, że dałem się ponieść tym melodiom i temu klimatowi bez reszty (podczas koncertu nieobecny duchem zgubiłem swoje okulary słoneczne, futerał od aparatu i film). Ale bez wątpienia warto było - ten występ to jeden z najjaśniejszych punktów mojej muzycznej mapy koncertowej. Show nie do opisania: publiczność - najczęściej bez wytchnienia - szalała pod sceną, muzycy także zachęceni świetnym przyjęciem nie oszczędzali się. Zero pozerstwa, silenia się na gadki-szmatki - od samego początku było jasne, że będzie rządzić muza o niezwykłej mocy i sile rażenia.
Może właśnie dlatego kolejny zespół - SUPERGRASS - wydał mi się beznadziejny aż do bólu. Banalne melodyjki, umizgi do publiczności, prymitywne brzmienie - bez silenia się na wytworzenie choćby cienia intrygującej atmosfery, żenujący drugi wokal (ja wiem, że basistę rozpierała energia ale czy nie mógłby zamiast śpiewać np. walić głową z rozpaczy w jakiś 'piec'?). To było tak jakby po JOHNIE ZORNIE zagrał KAPITAN NEMO. A przecież chłopaki mają na swym koncie już 3 płyty a INTERPOL to debiutanci!
Ostatnie dwa koncerty były godnym zwieńczeniem obfitującego w przeżycia drugiego dnia festiwalu. Najpierw godzinny set zaprezentowała BJORK. Towarzyszący jej oktet smyczkowy, dwaj spece od laptopów i klawiszy oraz harfistka stworzyli niesamowity sound. Dziwacznie poskręcana i niełatwa to w sumie muzyka. Nawet te bardziej taneczne kawałki zabrzmiały niezwykle intrygująco i niebanalnie. BJORK na początek zaserwowała nam "Hunter" z płyty "Homogenic (z której to pochodziła większość utworów zagranych tego wieczora). Przebrana w czarnego, lśniącego ptaka w pelerynce i masce przypominała jedną z teledyskowych postaci. Publiczność szalała i łatwo dała się zaprosić do żywiołowej zabawy. Rozpromieniona BJORK skakała, tańczyła i uśmiechała się jak mała dziewczynka. Zagrała jeszcze m.in. "Pagan Poetry", "It's In Our Hands", "Joga", "All Is Full Of Love" i niesamowicie ciężkie "Army Of Me" (którego zabrakło niestety na jej sopockim koncercie 3 tygodnie później) po czym zniknęła bez pożegnania za kulisami zostawiając nakręcony tłum pod sceną. Ostatni tego wieczoru MASSIVE ATTACK aby przebić występ BJORK musieli zaprezentować coś jeszcze bardziej intrygującego i wciągającego ... i zaprezentowali! Cała scena aż roiła się od muzyków, których w szczytowym momencie naliczyłem z jedenastu. Trzon stanowiła oczywiście sekcja: szalejący perkusista i niesamowity basista. Bas zresztą rządził przez cały występ: czasem delikatnie masował nas od środka a czasem - dla odmiany - masakrował i wywracał na druga stronę. Do tego jeszcze gitara, dwa klawisze i dwójka, a czasem trójka wokalistów. Lider zespołu Robert Del Naja też zresztą śpiewał a oprócz tego obsługiwał gitarę i klawisz. Strona wizualna zaprezentowana na olbrzymich rozmiarów ekranie (tym samym na którym wcześniej swoje projekcje wyświetlała BJORK ... nawiasem mówiąc - równie znakomite) powalała na kolana. Grafiki rodem z Matrixa zachwycały pomysłowością i były dopracowane w każdym szczególe (podczas "wędrówki" po ekranowym globie nie zabrakło oczywiście Scheessel, czyli miejscowości w której odbywał się festiwal). Wszystko to stanowiło uzupełnienie do tego co działo się na scenie ... a działo się raczej niewiele: muzycy przykuci do swych instrumentów skryci byli najczęściej w dymach i półmroku. Za to obraz czujnie i harmonijnie wpływał na odbiór muzyki. Bardzo transowej, zmysłowej i mrocznej. Wszystkie zagrane utwory ułożyły pewną całość od "Future Proof" zaczynając (Horace Andy wymruczał i wyszeptał tekst swoim ciepłym głosem), poprzez "Special Cases" i "Teardrop" (sorry ale Dot Allison niestety niewiele wniosła do utworów oryginalnie zaśpiewanych przez Sinead O'Connor i Elizabeth Frazer - nie ten głos i trochę zbyt asekuracyjnie) "Inertia Creeps" (w którym to z kolei "marudził" Del Naja), aż po genialne "Black Milk" (tu akurat zwracam Dot Allison honor ... ależ to jest niesamowity numer na żywo!) i zamykający główny set psychodeliczny czad "Antistar" (Dot Allison zaczęła z większa energią walić w struny i końcówka utworu zrobiła się przyjemnie zgiełkliwa i rockowa). A na deser przywalili "Unfinished Sympathy" z "Blue Lines" (na wokalu Tracey Horn)!!! Zresztą był to bodaj jedyny taki ukłon (oprócz jeszcze "Hymn Of The Big Wheel") w stronę własnej przeszłości, wszystkie pozostałe utwory pochodziły bowiem z dwóch ostatnich płyt "Mezzanine" i "100th Window". I to by było na tyle jeśli chodzi o drugi dzień festiwalu.
3rd DAY
Choć tego dnia miało wystąpić wiele zespołów wszyscy i tak czekali już na koncert RADIOHEAD. Kapele, które zagrały tego dnia niezbyt mnie zresztą interesowały i zajrzałem pod scenę dopiero na koncert MOLOKO. I choć nie słucham takiej muzyki na co dzień w domu to oglądanie ich show na żywo to prawdziwa przyjemność. Dużo zabawy, niebanalnych popowych dźwięków (zagranych niemal w całości na "żywych" instrumentach), szaleństw seksownej Roisin Murphy (która np. dała raz nura pod klawisz i przez długi czas było widać tylko jej fikające nogi) i jej świetnych wokali w "The Time Is Now" i "Sing It Back" na czele. Tak się gra muzykę taneczną, tak się gra pop! Szkoda, że ich występu nie widzieli członkowie UNDERWORLD bo ich bezwład sceniczny porażał, a plastikowa muza, zagrana przy dziennym świetle (MOLOKO zagrało w namiocie) była prościutka i banalna jak MAREK BILIŃSKI. Chłopaki raz mieli strzał w dyche w postaci "Born Slippy", które rozsławiło film "Trainspotting", ale później zjedli swój własny ogon i to co zaprezentowali było żałośnie do siebie podobne. Na szczęście emocje towarzyszące zbliżającemu się koncertowi RADIOHEAD szybko wymazały mi z głowy ten estetyczny niesmak.
Zaczne może od tego, że RADIOHEAD od dawna już nie gra wielomiesięcznych tras. Ot, kilka występów na letnich festiwalach i pojedyncze koncerty w kilku krajach (niestety nie naszym) podczas niedługich mini-tras. Później przerwa, zmiana kontynentu (najczęściej Stany), kolejna przerwa i rozpoczęcie przygotowań do nagrania kolejnej płyty ... i tak w kółko. Dzięki takim zabiegom dość często zostajemy uraczeni kolejnymi albumami formacji a każdy zagrany koncert to wydarzenie i święto.
Publiczność przekonała się o tym wraz z pierwszymi uderzeniami w 3 werble (oprócz perkusisty własne zestawy mieli także obaj gitarzyści) w otwierającym całość znakomitym, singlowym "There There". Na scenie prawie non stop dochodziło do wymiany instrumentów: Ed O'Brien oprócz gitary i werbla grał także na klawiszach i tamburynie. Nominalny gitarzysta Johnny Greenwood częściej obsługiwał klawisze i laptopa robiąc dziwne miksy i pętle z tego co akurat leciało w niemieckim radiu (choć oczywiście jak było trzeba to dowalił jakiś sprzęg na gitarze). No a Thom Yorke oprócz grania głównych partii gitar, grał także na pianinie i przede wszystkim śpiewał ... i to śpiewał w sposób jaki tylko on potrafi: niezwykle emocjonalny, intensywny, pozostawiający ciarki na plecach w każdym niemal wejściu. Ja wiem, że wiele osób zarzuca mu zbytni dramatyzm, patetyczność, emfazę i zniewieściałość - no ale albo się ten głos lubi albo nie. Zespół - jak zwykle - starannie dobrał setlistę na ten wieczór, choć skupił się przede wszystkim na nowszych kawałkach (ze "staroci" było właściwie tylko "Lucky" na bis). Dominowały utwory z trylogii: OK Computer/Kid A/Amnesiac żeby wymienić tylko genialne wykonania "No Surprises", "Idioteque", "Everything In Its Right Place", "Morning Bell" i (mój ulubiony numer) "Pyramid Song". Z promowanego właśnie albumu "Hail To The Thief" zagrali niemal połowę numerów: od czadowych "2+2=4" i "Go To Sleep", przez psychodeliczne "Where I End And You Begin" i "The Gloaming", po radioheadowate wyciskacze łez i emocji "Scatterbrain" i "Sail To The Moon". Mi zabrakło troszke dwóch innych killerów "Myxamatosis" i "A Wolf At The Door" no ale wszystkiego mieć od razu nie można. W sumie zagrali prawie 2 godziny wprawiając tłum pod sceną w prawdziwy zachwyt. Wszystko było perfekcyjne: muzyka, oprawa świetlna, zaangażowanie muzyków, wykonanie, repertuar. Pozostał jedynie niedosyt, że tak krótko, no i gdzie "Creep", gdzie "Fake Plastic Trees" gdzie "How To Dissapear Completely", gdzie, gdzie, gdzie ... Ale to chyba dobrze, że taki niedosyt pozostał bo oznacza to tylko jedno: Radiohead wielkim zespołem jest i kropka.
Na koniec jeszcze tylko taka dygresja: ostatnimi czasy można było natknąć się w prasie na artykuły w których tzw. autorytety świata muzyki jazzowej i poważnej sugerowały, iż wiele pomysłów w twórczości RADIOHEAD zostało zaczerpniętych właśnie z tych dziedzin. To pokazuje tylko fenomen zespołu, który potrafił wyjść ze sztywnej rockowej formuły w inne muzyczne obszary przesiąknięte elektroniką i eksperymentem nie rezygnując przy tym z gitarowego ognia. Dzięki temu zespół zaskarbił sobie szacunek nie tylko rockowych uszu. Było to widać znakomicie podczas kończącego niezwykle udany festiwal finałowego koncertu: 30 tysięcy ludzi o różnych muzycznych upodobaniach śpiewało razem "Idioteque", Nic dodać nic ująć.
[Marcin Jaśkowiak]