Powiększenie, Cafe Kulturalna, Chłodna 25, Nowy Wspaniały Świat - koncerty w lutym
TRZY NIEZWYKŁE SPOTKANIA
HERA w Składzie Butelek
Ed Wood
Alameda Trio
kIRk
Jacek Sienkiewicz
Kto zabił Alonę Iwanowną?
The Ex
ATP curated by Jeff Mangum
If You Say So Festival 2012
Asymmetry Festival 4.0
ATP I'LL BE YOUR MIRROR London 2012
Primavera Sound 2012
Pohoda Festival 2012
Dour Festival 2012
OFF Festival 2012
Flow Festival 2012
ATP curated by The National



Nareszcie mamy jakąś nową rewolucję! Wydawało się już, że Nowy Jork po wydaniu debiutów The Strokes i Interpolu wypstrykał się już ze świeżych pomysłów i kolejnych objawień trzeba będzie szukać gdzieś indziej. Na szczęście debiut The Rapture temu wyraźnie przeczy. Dziennikarze ukuli już nawet nazwę dla stylu, jaki uprawia The Rapture: dance-punk. Wiele w tym racji, ale nie obejmuje ona (jak niemal każda muzyczna szuflada) całego spektrum wpływów, jakie słychać na omawianym albumie. Ja bym dodał jeszcze silne inspiracje Public Image Ltd. (z najlepszego okresu zwieńczonego płytą "Metal Box") i The Cure (z początkowego, punkowego okresu). Słychać to przede wszystkim w wokalu Luke'a Jennera zawodzącego histerycznie niczym Johnny Rotten i Robert Smith razem wzięci. Sama muzyka nasączona jest garażowym brudem i jadem Velvet Underground i The Stooges. Dodam, że oprócz momentów stricte rockowych pojawiają się równolegle elementy dance. Ale za to jakie! Rytmiczne perły generowane przez stare automaty perkusyjne i klawisze ociekające banalnością Rolandów z czasów New Romantic. Najlepiej wypadają kawałki, kiedy oba style mieszają się ze sobą w nieograniczonym tyglu muzycznej wyobraźni. Już otwierający płytę numer "Olio" czy kończący, psychodeliczny "Infatuation" daje wyobrażenie o nieskrępowanej wenie muzyków tworzących zespół. Wielkie, wielkie brawa! Wstyd nie znać!
[Marcin Jaśkowiak]