Powiększenie, Cafe Kulturalna, Chłodna 25, Nowy Wspaniały Świat - koncerty w lutym
TRZY NIEZWYKŁE SPOTKANIA
HERA w Składzie Butelek
Ed Wood
Alameda Trio
kIRk
Jacek Sienkiewicz
Kto zabił Alonę Iwanowną?
The Ex
ATP curated by Jeff Mangum
If You Say So Festival 2012
Asymmetry Festival 4.0
ATP I'LL BE YOUR MIRROR London 2012
Primavera Sound 2012
Pohoda Festival 2012
Dour Festival 2012
OFF Festival 2012
Flow Festival 2012
ATP curated by The National



Nie jestem fanem country i całej tej bluesowej amerykańskiej tradycji. Dlatego płyty The White Stripes najzwyczajniej w świecie mnie nudzą. Dlaczego wspominam właśnie o tym duecie? Ano choćby dlatego gdyż debiutancki album DFA 1979 to znakomity przykład na to jak w 2-osobowym składzie można pokłonić się tradycji i stworzyć jednocześnie coś naprawdę świeżego i porywającego. Czego w tej muzyce nie ma! Stoner rock a la QOTSA, punk a la Ramones, hard rock a la Deep Purple a na dokładkę elementy nowej fali, indie rocka i electroclashu. Wszystko pysznie zakropione punk-funkowym pulsem znanym z płyt Gang of Four, a przypomnianym ostatnio choćby przez The Rapture. Przez cały niemal czas trwania płyty jest ostro do przodu, żywiołowo, wręcz szaleńczo (jak w otwierającym płytę rozpędzonym do maksimum "Turn It Out"). Bardzo lubię czad w takim właśnie wykonaniu, w którym nie chodzi tylko o wywijanie włosami lecz raczej szarymi komórkami i przede wszystkim nogami. W dodatku każdy kolejny numer to potencjalny singiel, nie można odmówić tej muzyce przebojowości, czego najlepszym przykładem jest znakomity "Romantic Rights"z seksistowskim (ale jakże prawdziwym!) tekstem w refrenie "I don't need you, I want you". Kolejny killer to "Black History Month", prowadzony wyrazistym riffem i kroczącym tempem przeistacza się w końcówce w fantastyczny jazgot bliski dokonaniom Trail of Dead. Nie ma zresztą sensu opisywać każdego kawałka, generalnie jest czad, czad, melodia i jeszcze raz czad.
Odpowiedzialni za to całe zamieszanie są dwaj młodzi Kanadyjczycy: Sebastien Grainger (wokal/perkusja) oraz Jesse F. Keeler (bass/czasem klawisz). Instrumentarium niecodzienne (zwłaszcza na żywo!), muzyka także. Powiew świeżości na oceanie przewidywalności. Jedno z odkryć roku. Gorąco polecam!
[Marcin Jaśkowiak]