napszykłat
Musicaction
Krojc
Kristen
The Ex
Niechęć
27. Dni Sztuki Współczesnej - scena muzyczna
Strefa CSW - koncerty majowe
Kari Amirian
Maszyny do słuchania
ATP I'LL BE YOUR MIRROR London 2012
Primavera Sound 2012
LDZ_2.0
Rock for People 2012
Pohoda Festival 2012
Dour Festival 2012
OFF Festival 2012
Flow Festival 2012
ATP curated by The National



W pewnym stopniu to zaskakujące, dlaczego J-Live do tej pory nie jest stawiany w jednym szeregu z takim przedstawicielami nowojorskiego hip-hopu jak A Tribe Called Quest, Talib Kweli, Gangstarr, czy też, wychodząc poza NYC, Common czy The Roots. J-Live ma wszystkie cechy do tego konieczne - obecny na nowojorskiej scenie od przeszło dziesięciu lat, mający na koncie wspólne, zapadające w pamięć kawałki z takimi tuzami jak Premier czy Spinna, inteligentny i obdarzony ciepłym głosem, a do tego samemu zajmujący się produkcją. "The Hear After" może zmieni nareszcie tę sytuację, a nawet jeżeli nie, każda osoba ceniąca dobry i relaksujący hip-hop, powinna sięgnąć po tę płytę. Mnie zaintrygował już sam tytuł, będący grą słów i mający według słów J-Live wyrażać to, że jest on muzycznie pogodzony z samym sobą, lecz dotarcie do tego punktu nie było łatwe. W istocie, słychać na "The Hear After", że jest to album dojrzały, zarówno tekstowo, jak i brzmieniowo. Co prawda przełomowa dla gatunku ta muzyka nie jest, ale umiejętne wyważanie wpływów funkowo-jazzowych, instrumentalnych i gitarowych z kawałkami, gdzie rękę producenta można odczuć bardziej namacalnie (szczególnie The Sidewalks i Audio Visuals w stylu Roots Manuva), sprawia, że płyty słucha się przyjemnie i bez śladu znużenia, gdyż ma ona zdecydowanie rozrywkowy charakter. Słabszych momentów J-Live się jednak nie wystrzegł, jak niezbyt udany soulowy Coming Home czy nadęty w telewizyjnym stylu Do My Thing. Wyraźnie kontrastują one z wcześniejszymi utworami, pulsującymi żywym brzmieniem, przywodzącym na myśl produkcje Chief X-Cela, lub późniejszym Whoever, o lekko latynoskim zacięciu i cudnie rozbujanym refrenie. Do moich faworytów należy też genialny Listening wyprodukowany przez James Poysera, czyli człowieka, bez którego Erykah Badu być możę nie byłaby tam, gdzie jest dzisiaj, wzmocniony świetnym gościnnym udziałem Kela Love. Zresztą, nie tylko w tym utworze słychać, że J-Live przeprowadził się do Filadelfii. Zakres poruszanych tematów jest na tyle szeroki, że artysta sam siebie określa jako przedstawiciela hip-hopowej klasy średniej - jak mówi, gdy większość MC albo napawa się bogactwem albo adresuje swoje kawałki do ludzi złamanych przez życie, on stara się trafić do tych pomiędzy skrajnościami, do ciężko pracującej, kochającej zabawę braci hip-hopowej. I chyba mu się to tym albumem udało, gdyż "The Hear After" to solidna pozycja w duchu prowadzonej przez The Roots grupy artystów związanych z OkayPlayer. Mi jednak zabrakło trochę wizji i werwy, dlatego mam wrażenie, że brakuje tej płycie postawienia kropki nad "i", a zapewne J-Live nadal pozostanie artystą, którego stać na nieco więcej niż wskazuje dyskografia. Ale i tak polecam.
[Piotr Lewandowski]