



Trudno znaleźć mi odpowiedź na pytanie, dlaczego do cholery wokół Tokyo Sex Destruction nie ma tak spontanicznego zamieszania i medialnego zaangażowania, jak to ma miejsce w przypadku podobnych kapel, żywcem wyjętych z garażowych prób. Może problem tkwi w tym, że panowie z Tokyo Sex Destruction mają się do ironicznych chłopców zgrywających telewizyjne gwiazdy, jak pięść do nosa, a ich druga płyta, wydana nakładem Transsolar Records pewnie nie sprzeda się w zatrważającym nakładzie. A szkoda, bo ich muzyka, choć przynosząca ze sobą porywającą dawkę estetyki rock`n`rolla lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, zawiera w sobie wiele świeżości i artystycznej pomysłowości. Kiedyś porównywani z MC5, The Stooges, teraz pod płaszczem hendrixowskiego brzmienia, potrafią solidnie przykopać jak niemalże Monster Magnet w stylu retro. Gitarowa bomba tykająca coraz szybciej z numeru na numer nawet przy okazji kilku przerywników, w których Tokyo Sex Destruction, bawi się soulowymi konwencjami, nie jest w stanie się osłabić. Na 5th Avenue dokonuje się istna rock`n`rollowa destrukcja, której pewnie całe Tokyo nie dałoby rady pojąć. Gitarowej zabawy i energii jest tutaj przynajmniej na kilka podobnych płyt, a muzyczne zapożyczenia i różnorodne instrumentarium umiejętnie wyłącznie wzbogacają efekt końcowy. Nie doszukujmy się ideologii, tylko ruszajmy nogą przy nagraniach, które ani nie nudzą, ani nie drażnią. Czas by Polskę też destrukcja doświadczyła.
[Tomek Doksa]