napszykłat
Musicaction
Kristen
Niechęć
27. Dni Sztuki Współczesnej - scena muzyczna
Strefa CSW - koncerty majowe
Maszyny do słuchania
Green ZOO Festival
ATP I'LL BE YOUR MIRROR London 2012
Primavera Sound 2012
LDZ_2.0
Rock for People 2012
Pohoda Festival 2012
Dour Festival 2012
OFF Festival 2012
Flow Festival 2012
ATP curated by The National



Twórcy Plug Awards, czyli alternatywnej odpowiedzi na nagrody Grammy, swoją skądinąd słuszną regułą nominowania jedynie artystów związanych z niezależnymi labelami, w tym roku strzelili sobie w stopę. Kategoria Female Artist of the Year bez Feist wygląda bowiem brutalnie blado, zwłaszcza, że album tej kanadyjskiej wokalistki spokojnie by łby perełką w katalogu każdej z cenionych niezależnych wytwórni od Sub Pop przez Drag City po 4AD, zaś samej autorce znacznie bliżej artystycznie i personalnie do kręgów alternatywnych niż salonów szołbiznesu. Generalnie historia Leslie F. nosi jednak znamiona amerykańskiego snu. Zaczęło się od pierwszych, zapomnianych już zespołów i występów u boku Broken Social Scene, po których przyszedł praktycznie niezauważony debiutancki album solowy, wydany przez Feist własnym sumptem jeszcze w ubiegłym wieku. Przełom nastąpił trzy lata temu za sprawą płyty "Let It Die", a tegoroczny fantastyczny "The Reminder" pociągnął za sobą szereg żywiołowych występów nie tylko w klubach, ale i w amerykańskich talkszołach (hulających obecnie na YouTube), a ostatecznie muzyka Feist wylądowała nawet w spocie iPoda. Jeśli jednak uwzględnić, że najbliższym współpracownikiem Feist jest wariat Gonzales, a gościnnie na najnowszej płycie pojawiają się m.in. Mocky, Jamie Lidell i Eirik Glambek Boe - wokalista Kings of Convenience - staje się jasne, że nie mamy do czynienia z typową dziewczyńską gwiazdką z gitarą w dłoni. Nawet jeśli otrzymała ona cztery nominacje do Grammy i siłą rzeczy żadnej do Plug.
Choć bez wsparcia kanadyjskiej bohemki muzycznej Feist pewnie by się światu nie objawiła, zaś wcześniejsze "Let It Die" w połowie składało się z kowerów, to najważniejszym wyróżnikiem i atutem tej muzyki okazuje się być jej namacalnie osobisty i niepowtarzalny wyraz, który przy całym eklektyzmie czyni ją momentalnie rozpoznawalnym. Jasne, że "The Reminder" to pozornie nic nowego, ileż przecież można wycisnąć z konwencji dziewczyny z gitarą bądź fortepianem i tekstów traktujących o rzeczach niby prostych i znanych? Otóż okazuje się, że niewiarygodnie dużo, a urok, z jakim Feist wprowadza drobne innowacje w fundamentach muzyki - zwiewności melodii, finezji aranżacji i autentyczności uczucia - sprawia, że Leslie F. nie dość że uwodzi natychmiast, to kokietuje potem jeszcze bardzo długo.
Zdumiewający kalejdoskop nastrojów i rytmów, wśród których znajdujemy i tryskające energią przeboje pokroju 1, 2, 3, 4 czy I Feel It All, przez retropopowe My Moon My Man lub pulsujące i puszczające oko do Niny Simone Sea Lion Woman, po szereg intymnych akustycznych opowieści, składa się na absolutnie spójną i urzekającą podróż, obfitującą ponadto w rozkoszne smaczki i detale. Jednak nawet w otoczeniu tak zmyślnych aranżacji i utalentowanych współpracowników, Feist swą unikatowość zawdzięcza głównie sobie samej, wokalowi i ekspresji momentalnie zapadającym w pamięć, przekonywującym tekstom i temu niewypowiedzianemu osobistemu pierwiastkowi, który tak naturalnie skapuje do słuchacza w tych dźwiękach. Choć kandydatów na motto płyty wśród tekstów "The Reminder" nie brakuje, to pierwszym jaki nasuwa mi się na myśl jest zdumiewający w swym prostym uroku i sile "I Feel It All". Panie i panowie, czyżby Female Album of the Year???
[Piotr Lewandowski]