polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
GOLDMUND Two Point Discrimination

GOLDMUND
Two Point Discrimination

W drugiej połowie ubiegłego roku światło dzienne ujrzały nowe nagrania Heliosa zamknięte w dość krótkim zbiorze pod nazwą "Ayres". Recenzując tę niezbyt udaną płytę wyraziłem nadzieję na usłyszenie Keitha Kenniffa w lepszej formie, co miało związek z nadchodzącym najnowszym albumem Goldmunda, drugiego z jego projektów. Nie minęło wiele czasu, a moje oczekiwania zostały skonfrontowane z "Two Point Discrimination". Niestety, twórczości Kennifa nie do końca udało się wyjść z tej próby obronną ręką.

Poprzednia płyta Goldmunda była niezwykłym nagraniem. Jej brzmienie sprawiało wrażenie, jakby została stworzona na jakimś zapomnianym strychu, gdzie muzyk odnalazł zakurzony fortepian i zaczął powoli naciskać rozlatujące się klawisze. Delikatne, specyficznie przytłumione dźwięki składały się w spokojne, pełne prostoty, a zarazem zapadające w pamięć melodie, od czasu do czasu wspierane przez akustyczną gitarę czy bas. W tym przypadku Kenniff zrezygnował z mglistego, przytłumionego brzmienia. Nadal jest to preparowany fortepian, który akcentując uderzenia młoteczków w struny, dodaje coś w rodzaju perkusyjnego podkładu, jednak jego dźwięki nabrały klarowności, przestrzeni i pogłosu. Był to zabieg zrozumiały, gdyż wynikający z nowego charakteru muzyki, jednak bez wątpienia odarł ją z ciepłej, przytulnej faktury. Trwający niecałe 25 minut album dzieli się na jedenaście króciutkich etiud, które spaja jednozdaniowy tytuł użyczający każdemu z nich po jednym wyrazie. Zawartość "Two Point Discrimination" nosi wiele cech wspólnych ze stylistyką prezentowaną chociażby przez Philipa Glassa. Szkieletem utworów są powtarzane i zapętlane w nieskończoność, wystukiwane minimotywy, do których dochodzą linie melodyczne dogrywane przez drugą rękę. Czasem podkład ten zwalnia zbliżając się do słyszanych na poprzednim albumie duetów pojedynczych dźwięków i delikatnych akordów. Jednak mimo, że na płycie nie brakuje pięknych harmonii i motywów, to nie udaje jej się osiągnąć tak urzekającego efektu jak miało to miejsce w przypadku "Corduroy Road". Emanuje ona chłodem i bezosobowością, co wprawdzie pozwala na chwilowe zachwycenie się melancholijną atmosferą, lecz w perspektywie całego albumu, nie zachęca do ponownych przesłuchań. Warto poświęcić chwilę, by dać porwać się tym nostalgicznym nutom, jednak w przeciwieństwie do jej poprzedniczki, raczej nie pozostają one zbyt długo w pamięci.

[Aleksander Kobyłka]