polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Erykah Badu New Amerykah

Erykah Badu
New Amerykah

Erykah niezłomna - Erykah wszechmogąca powraca po wielkiej pięcioletniej ciszy i z wdziękiem na miarę damy zagłusza euforię wywołaną doskonałym albumem z 2003 roku Worldwide Underground. Jest jeszcze piękniej i różnorodniej. Erykah rozkwita, pięknieje, dojrzewa. Także i tym razem wsparła się na barkach producentów z wyższej półki, do której nie sięgnie Nelly Furtado czy inna Frytka bo za krótkie rączki mają; w szanownym gronie producenckim znaleźli się Madlib, 9th Wonder, Shafiq Husayn i Taz Arnold z Sa-Ra Creative Partners.

Krążek „New Amerykah” jest kwintesencją neosoulu. Nasączony jest surowicą antyamerykańskich, pacyfistycznych ideałów. Mimo, że Badu nastawiła się do świata bojowo, jednocześnie mocno spokorniała, spiłowała pazurki i zrezygnowała ze 100% - owej wokalnej dominacji na rzecz twórczej kooperacji. Z korzyścią dla albumu i własnego wizerunku - nowatorskiego, świeżego, błyskotliwego. Kto jednak przez te 5 lat tęsknił za kocim, nosowym mamrotaniem i charakterną chrypką Eryki, nie będzie zawiedziony – jej sprawdzone patenty obrastają gęstym bluszczem każdy z utworów.

Opener to istny lunapark. Ta strzelania w towarzystwie niejadalnej mieszaniny chóru, rozciągniętego jak guma rapu i melodeklamacji, która niestety nie ratuje efektu, nuży nadmiarem i razi neonem przekoloryzowania („Amerykahn Promise”). Rehabilitacja następuje szybko, jak burza przerywająca czerwcowy skwar. Warto schłodzić przegrzane receptory w nostalgicznych dzwonkach, wybijających rytm jak ostrogi w kowbojkach. A to zaledwie tło zmysłoweo szeptanego manifestu wolności („The Healer”).
Spory ładunek subtelności pojawi się jeszcze w melodyjnych grzechotkach, gdzie Erykah wciela się w postać impulsywnej apologetki miłości („Me”). Nadejdzie czas na czystą doskonałość z mruczanką w refrenie, szumiącym wokalem, chropowatym yes agree, skandowanym przez posłusznych rekrutów („Soldier”).
Potem już tylko obóz rozbity na pustyni, marazm, ubłocone namioty marines, upalny ściekający z czoła niezachwiany rytm („My people”). Erykah pobawi się też scratchem („Twinkle”) i zaserwuje fenomenalny duet w stylu retro z Georgią Anne Muldrow („Master Teacher”), niemal tak symbiotyczny jak niezapomniane „You got me” z The Roots.
Na chwilę przed końcem złoży hołd zmarłemu 2 lata temu producentowi J Dilla, w postaci przejmującego, kruchego consolatio („Telephone”).

„New Amerykah” przypomina patchworkową kołdrę, utkaną z zamyślenia i medytacji, o równej fakturze, gładkich brzegach, z chropowatością w miejscu przebiegających ściegów i wykończeń. Absorbuje uwagę do tego stopnia, że bierzesz szczoteczkę do zębów i zapominasz, że chciałeś umyć zęby.

[Dominika Kujawka]