Powiększenie, Cafe Kulturalna, Chłodna 25, Nowy Wspaniały Świat - koncerty w lutym
TRZY NIEZWYKŁE SPOTKANIA
HERA w Składzie Butelek
Ed Wood
Alameda Trio
kIRk
Jacek Sienkiewicz
Kto zabił Alonę Iwanowną?
The Ex
ATP curated by Jeff Mangum
If You Say So Festival 2012
Asymmetry Festival 4.0
ATP I'LL BE YOUR MIRROR London 2012
Primavera Sound 2012
Pohoda Festival 2012
Dour Festival 2012
OFF Festival 2012
Flow Festival 2012
ATP curated by The National



Robin Pecknold, wokalista grupy Fleet Foxes, stanowczo odżegnuje się od nurtu hipisowskiego i jego wpływu na muzykę grupy, choć brzmi i wygląda jak delikatnie zapuszczony spadkobierca kultury lat 60-tych. Oto istota funkcjonowania kwintetu z Emerald City – przekora a zarazem wiarygodność przekazu. Dźwięki generowane przez FF brzmią niezwykle świeżo a przecież poprzetykane są nićmi bogatej tradycji Beach Boys, Love czy Zombies. Nawet niezbyt wprawne ucho doszuka się także asocjacji z Animal Collective czy Grizzly Bear ale doprawdy nie w tym sęk. Muzyka dostarcza tak piorunujących emocji, że nie ma większego sensu skupianie się na banale odniesień i płyciźnie kontekstów.
Już zwiastująca album epka „Sun Giant” szybowała wysoko nad innymi freakfolkowymi produkcjami tego roku, rozbrajając na cząstki elementarne medytacyjnym, kunsztownym w formie „Mykonos”. Oczarowana otwieram bramy ogrodu, w którym folk przeplata się z płomiennym gospel, gdzie wirtuozeria wokalu wzlatuje ponad triumfującą moc instrumentów, gdzie nastrój kształtowany jest przez wszechpanujące retro.
Poranna, oczyszczająca pieśń odśpiewana początkowo a capella przez chór wyczekujących wschodu słońca wędrowców („Sun it rises”) przeradza się łagodnie w południe afirmacji życia, skąpanej w promiennej obecności tamburynu i zuchwałej soczystości truskawek(„White Winter Hymnal”).
Gitarowy lament dobiega od strony lasu, niesiony wiatrem, pachnący rozgrzaną ziemią („Tiger Mountain Peasent Song”); nabiera rozpędu dzięki swobodnym igraszkom klawiszy („He doesn’t know why”) i odnajduje schronienie w ocienionej, pokrytej harmonijnym żłobieniem, grocie („Blue Ridge Mountains”).
Album „Fleet Foxes” jest szkatułką muzycznych pereł, ukrytych w leśnej głuszy. Tu prawda bije z każdej zwrotki a wokal niespiesznie drapuje szlachetną tkaninę dźwięków. Krążek mógłby z powodzeniem stać się sztandarowym zbiorem hymnów współczesnej bohemy, kątem popijającej absynt. Noszę go przy sobie jak talizman i coraz częściej zaplatam warkocze...
[Dominika Kujawka]