napszykłat
Musicaction
Kristen
Niechęć
27. Dni Sztuki Współczesnej - scena muzyczna
Strefa CSW - koncerty majowe
Maszyny do słuchania
Green ZOO Festival
ATP I'LL BE YOUR MIRROR London 2012
Primavera Sound 2012
LDZ_2.0
Rock for People 2012
Pohoda Festival 2012
Dour Festival 2012
OFF Festival 2012
Flow Festival 2012
ATP curated by The National



Nad blond aktorkami sprawdzającymi się wokalnie chyba na zawsze ciążyć będzie widmo Marylin Monroe (która przecież śpiewać potrafiła) i jej „Happy Birthday”, w zbiorowej percepcji degradujące takie próby w najlepszym przypadku do ciekawostek, a w najgorszym – do pretensjonalnych wybryków gwiazd. Stąd pomysł Scarlett Johansson na album wypełniony kowerami Toma Waitsa wydaje się co najmniej kuriozalny. Jednak gdy bliżej przyjrzeć się temu projektowi, w którym rolę równie ważną jak Scarlett odgrywa Dave Sitek z TV on the Radio, a wśród wybranych utworów Waitsa w sumie nie ma przebojów, okazuje się on całkiem ciekawym przedsięwzięciem. Tych dwoje, z pomocą tak utalentowanych nowojorskich muzyków jak muzyczny mózg grupy Celebration, multiinstrumentalista Sean Antanaitis, gitarzysta Yeah Yeah Yeahs Nick Zinner czy Jallel Bunton i Tunde Adepimbe z TVOTR, waitsowskie songi reinterpretuje bowiem w rozedrganym, dusznym brzmieniu czerpiącym z dokonań Cocteau Twins i bliskim masywnej ścianie dźwięku TV on the Radio. Celebracja fascynację Waitsem i ich wzajemna interakcja często, choć nie na całej płycie, okazuje się całkiem owocna.
Panna Johansson zasługuje na sympatię za jej aktorski dorobek, a naprawdę słusznie postąpiła wybierając aktorstwo. Scarlett na szczęście śpiewa tak, jakby była doskonale świadoma swych ograniczeń, a jej niski (tak, naprawdę niski) głos został przez Siteka umiejętnie wkomponowany w brudne, powoli kroczące brzmienie, w którym gitary i syntezatory stanowią trzon dla szerokiego instrumentarium, dzięki któremu ta muzyka żyje. „Anywhere I Lay My Head” świetnie (i wymownie) rozpoczyna się instrumentalnym Fawn, płynnie przechodzącym w niezłe Town with No Cheer i najmocniejsze dwa utwory albumu – Falling Down ze świetnym banjo i wokalnym wsparciem Davida Bowie (ten pojawia się także chwilę później w Fannin Street) oraz wciągający utwór tytułowy. Następująca po autorskim Song for Jo druga połowa albumu jest jednak słabsza, gdyż ukrycie Scarlett w TVOTR-pochodnym brzmieniu już tak nie zaskakuje, choć sekwencja zaburzających tę estetykę utworów – I Wish I Was in New Orleans zaśpiewanym z akompaniamentem katarynki oraz dyskotekowo-neworderowym I Don’t Wanna Grow Up – wychodzi płycie na dobre.
Choć „Anywhere I Lay My Head” słucha się jako swoistej ciekawostki, w której sięgnięcie po Waitsa jest dla Johansson raczej pretekstem dla zrealizowania jej muzycznych fascynacji, niż coś wnoszącą reinterpretacją, to jednak współpraca z tak wyrazistymi muzykami uczyniła ten projekt interesującym. Dlatego zdecydowanie wyżej oceniam ten album, niż ostatni film z jej udziałem, jaki miałem okazję zobaczyć. Warto sprawdzić.
[Piotr Lewandowski]