polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
SIGUR RÓS Með suð í eyrum við spilum endalaust

SIGUR RÓS
Með suð í eyrum við spilum endalaust

Hipnotyczna siła muzycznej wizji, jaką Sigur Ros zaproponowali już niemal dekadę temu na „Agaetis Byrjun”, pochłonęła ich na tyle, że potrzeba było aż sześciu lat i doskonałej płyty „Takk”, by w emocjonalnie drenujące i przesiąknięte melancholią dźwięki Islandczyków przedostało się nieco światła. Jednak nawet jeśli ów album niósł więcej ciepła i radości niż wcześniejsze dokonania grupy, wyznacznikami Sigur Ros pozostały epickie kompozycje, rozmach i ekstatyczne crescenda. Wypełniająca oczekiwanie na kolejny album studyjny podwójna epka „Hvar/Heim” sprzed kilku miesięcy czy też film „Heima” sugerowały, że Sigur Ros poszukują raczej nowych środków wyrazu, niż estetycznych i stylistycznych innowacji.

W tym świetle udostępniony w maju jako darmowe mp3 utwór Gobbledigook był niczym ożeźwiająca bryza w rozpoczynającym się wówczas skwarze. Dynamicznie i wesoło, z popowym zacięciem, ale bynajmniej nie banalnie, zespół dokonał najbardziej radykalnej redefinicji swej muzyki, jaką mogliśmy dotychczas doświadczyć. Uwzględniając, że otwierające i promujące „Takk” Glossoli było najbardziej zachowawczym utworem tamtego albumu, „Með suð í eyrum við spilum endalaust” zapowiadało się niezwykle ciekawie.

Jednak odwagi i pomysłów starczyło Sigur Ros jedynie na pół albumu i jego graficzną oprawę. Szkoda, gdyż następujący po Gobbledigook utwór Inní mér syngur vitleysingur jest jeszcze mocniej odświeżającym powiewem frywolnej piosenkowości, ujętej w charakterystyczne dla grupy instrumentarium i brzmienia. Z tym, że kruchy wokal Jonsi Birgissona, delikatne gitary i paleta ornamentów od dzwoneczków, przez sekcję dętą po smyczki, służą tutaj raczej radosnej afirmacji, niż oswajaniu osobistych katastrof i emocjonalnym oczyszczeniom. Kulminacją tej niezwykle produktywnej zwięzłości jest Við spilum endalaust, niestety już czwarty na płycie. Później muzycy oddalają się w dobrze oswojony świat onirycznych wokaliz, pełnych patosu instrumentalnych klimaksów i nostalgii. Jasne, trudno wyobrazić sobie lepszych przewodników po takich mroźnych muzycznych terenach niż Sigur Ros, jednak wrażenie, że już te okolice dobrze znamy, jest zbyt silne, by w pełni cieszyć się tą wycieczką.

„Með suð í eyrum við spilum endalaust” nagrane zostało w wielu miejscach planety i w dość krótkim czasie, a ukazało się ledwie dwa miesiące po zakończeniu prac studyjnych. Wydaje się to celową próbą uniknięcia nadmiernej konceptualizacji i odkrycia nowych wartości dzięki przywróceniu twórczemu procesowi spontaniczności. Brawo, w praktyce Sigur Ros nagrali jednak album, który w kilku momentach absolutnie pozytywnie zaskakuje nowatorstwem, w innych jednak przynosi niewiele więcej niż kontynuację wcześniejszych wątków i brzmienia osiągniętego na „Takk”. A takie eksperymenty jak pompatyczny Ára bátur z orkiestrą i chłopięcym chórem, wydają się po prostu zbędne. Nowy album Islandczyków mógłby być przełomowym majstersztykiem na miarę „Strawberry Jam” Animal Collective, lecz okazał się bardziej bliski „In Rainbows” Radiohead - niezłą płytą otrzaskanego zespołu.

[Piotr Lewandowski]