Powiększenie, Cafe Kulturalna, Chłodna 25, Nowy Wspaniały Świat - koncerty w lutym
TRZY NIEZWYKŁE SPOTKANIA
HERA w Składzie Butelek
Ed Wood
Alameda Trio
kIRk
Jacek Sienkiewicz
Kto zabił Alonę Iwanowną?
The Ex
ATP curated by Jeff Mangum
If You Say So Festival 2012
Asymmetry Festival 4.0
ATP I'LL BE YOUR MIRROR London 2012
Primavera Sound 2012
Pohoda Festival 2012
Dour Festival 2012
OFF Festival 2012
Flow Festival 2012
ATP curated by The National



Wayne Shorter Quartet, Marcus Miller z zespołem i Jimmy Cobb's So What Band - w tej kolejności zagrali i w takiej też znaleźli się w naszej galerii. Trzy projekty, odwołujące się do różnych etapów kariery Milesa, ukazały to, co od dawna wiemy - że wszystkich faz twórczości genialnego trębacza pogodzić się nie da.
Genialny kwartet Shortera, który w drugim "wielkim kwintecie" Davisa był nie tylko wykonawcą, co równoprawnym kompozytorem, to intelektualna, pozornie spokojna, lecz buzująca pod powierzchnią muzyka. Odniesień do młodości Shortera w niej de facto brak, to raczej jazz XXI wieku. Wymagające skupienia formy, w które na Torwarze można było wejść chyba tylko zamykając oczy.
Marcus Miller. Hmm. Nie po to wyparłem ze świadomości "Tutu", "Siestę" i inne wybryki lat 80-tych, żeby mi teraz nimi epatowano prosto w twarz. Jazzik w wydaniu lekkostrawnym, pewnie i chwytliwym, ale reaguję na niego alergicznie. Straszne. Jednak większość widzów przyszła dla niego.
Na koniec Jimmy Cobb, jedyny żyjący uczestnik sesji "Kind of Blue" przypomniał tę jedną z najważniejszych płyt w historii jazzu. W składzie Buster Williams na basie, który debiutował na początku lat 60-tych a potem sporo grał z Hancockiem, czyli z Davisem na muzyczny drugi uścisk ręki; o kolejne dziesięć lat młodszy Larry Willis na fortepianie i sekcja dęta z kolejnego pokolenia - Wallace Roney (tr), Vincent Herring (alto) i Javon Jackson (tenor).
Wrażenia mieszane - z jednej strony odczuwalny geniusz tej muzyki, nawet granej po 50 latach, z drugiej strony poczucie, że grać jej nie ma sensu. Tamtej wrażliwości, finezji i głębi wykonania odtworzyć się nie da. Abstrahując od wyczynów solistów, jak dla mnie panowie zagrali zbyt rzewnie. W pamięci na zawsze zostanie mi jednak solo Jimmy'ego Cobba, który cały koncert grał delikatnie i w tle, by w finale koncertu na kilka minut wyjść na pierwszy plan. I wybębnił solo jak się patrzy w wieku równych 80 lat...
[zdjęcia: Piotr Lewandowski]