Powiększenie, Cafe Kulturalna, Chłodna 25, Nowy Wspaniały Świat - koncerty w lutym
TRZY NIEZWYKŁE SPOTKANIA
HERA w Składzie Butelek
Ed Wood
Alameda Trio
kIRk
Jacek Sienkiewicz
Kto zabił Alonę Iwanowną?
The Ex
ATP curated by Jeff Mangum
If You Say So Festival 2012
Asymmetry Festival 4.0
ATP I'LL BE YOUR MIRROR London 2012
Primavera Sound 2012
Pohoda Festival 2012
Dour Festival 2012
OFF Festival 2012
Flow Festival 2012
ATP curated by The National



Iditarod to nieistniejąca już formacja dowodzona przez Jeffreya Alexandra, który obecnie gra w duecie Black Forest /Black Sea. "Yuletide" jest dwupłytowym wydawnictwem, zawierającym najistotniejszą spuściznę zespołu, który ponoć w latach 2001-2003 wypracował sobie miano największego objawienia amerykańskiego i brytyjskiego nowego folku. Muzycy piszą na wkładce albumu, że ich ulubioną porą roku jest zima, dlatego ich twórczość przybiera postać świętowania tego mrocznego okresu, gdy świat zamiera i pogrąża się w letargu. Już same tytuły utworów wskazują na tę inspirację: Winter Suite, Snow Falls, Night's Candles Are Burnt Out. Wiodącą rolę odgrywają gitara akustyczna, cymbały, wiolonczela, gdzieniegdzie wspierane przez inne instrumenty i damski wokal. Kompozycje są długie, muzyka sunie cicho i bez trudu. Króluje powszechny spokój i harmonia, które sprawiają, że nasze myśli łagodnieją, zwalniają, aż wpadamy w spokojne rozmarzenie pełne niewyrażalnego wdzięku. Przymykając oczy widzimy zaśnieżone połacie polan i lasów, aż chce się otulić ciepłym kocem i ogrzać od ognia, którego buzowanie słychać chwilami w głośnikach. Duch hippisowskich dokonań unosi się w powietrzu.
Tyle o pozytywach muzyki Iditarod, której spokojne gitarowe brzdąkanie momentami naprawdę jest ciekawe. Niestety zdarzają się chwile, gdy z kontemplacyjnego nastroju wyrywa nas fałszujący śpiew wokalistki, co raczej nie powinno mieć miejsca na studyjnych nagraniach. Poza tym, ze względu na kompilacyjny i przeglądowy charakter płyt, są one strasznie długie. O ile pierwsza jest jeszcze w miarę spójna, o tyle druga zawierająca utwory pochodzące z różnych sesji i koncertów jest po prostu nudnawa. Część utworów live nie imponuje też jakością nagrania. Właściwie drugi dysk można sobie odpuścić, natomiast pierwszy jest wart zgłębienia. Przyznam, że nie miałem do tej pory kontaktu z amerykańskim folkiem, więc jeżeli ktoś jest w podobnej sytuacji i chciałby to zmienić, to chyba od Iditarod może zacząć. Chociaż mam wrażenie, że ta muzyka najlepsze wrażenie zrobiłaby odbierana na żywo.
[Piotr Lewandowski]