napszykłat
Musicaction
Kristen
Niechęć
27. Dni Sztuki Współczesnej - scena muzyczna
Strefa CSW - koncerty majowe
Plum
Kari Amirian
Maszyny do słuchania
Green ZOO Festival
ATP I'LL BE YOUR MIRROR London 2012
Primavera Sound 2012
LDZ_2.0
Rock for People 2012
Pohoda Festival 2012
Dour Festival 2012
OFF Festival 2012
Flow Festival 2012
ATP curated by The National



Solowa kariera Dustina Wong zaczęła się latem 2009 roku od zaproszenia do zagrania koncertu w pojedynkę. Wcześniej Wong miał co robić jako gitarzysta post-Deerhoofowej grupy Ponytail, uczestniczył też w nagraniu jednej płyty Ecstatic Sunshine. W świetle zawieszenia działalności przez Ponytail (na szczęście wracają w kwietniu z nową płytą) taka propozycja przyszła do niego chyba we właściwym momencie. Na przestrzeni roku od tamtego koncertu Wong wypracował charakterystyczny język rozpisany na gitarę elektryczną, kilka podstawowych efektów i loop stację, którego efektem jest pierwszy solowy album muzyka. Już w Ponytail uderzała rytmiczność jego gry, lekkość radosnych, ale zarazem kwaśnych brzmień i melodyka zgrabnie przekomarzająca się z infantylnością. To jeden z tych gitarzystów, którzy techniczną sprawność wplatają w zwichrowaną, energetyczną i wręcz chwytliwą muzykę.
Na „Infinite Love”, nawiązującym do tripu po wrzuceniu grzybków, Wong wychodzi z reguły z czytelnych melodii, które następnie przeistacza w wielopiętrowe konstrukcje. Rzadko gra akordami, za to często wykorzystuje pętle, przesunięcia i zaburzenia trwania fraz, żywcem jak z Reicha (swoją drogą, chciałbym kiedyś usłyszeć „Electric Counterpoint” albo „2x5” zagrane przez takich muzyków jak Wong lub Zs). Ale z tego opisu wynika tyle, co z powiedzenia, że Małe Instrumenty grają na zabawkach. W obu przypadkach, aura, melodyczna i strukturalna pomysłowość oraz element zaskoczenia grają kluczową rolę. Perliste, wyraziste brzmienie i rytmiczność gitary Wonga sugerują, że jego grzybiarski trip był bardzo barwny i ekstatyczny. W taką też podróż, pozbawioną przerw i niepostrzeżenie ewoluującą jak obrazy w kalejdoskopie, zabiera słuchacza „Infinite Love”. Żeby było ciekawiej, to album podwójny – na obu krążkach pierwsze dwadzieścia minut jest identyczne, po czym muzyka odpływa w odmiennych kierunkach, by w finale powrócić do tej samej, spinającej całość klamry. Dołączone do albumu DVD ma mniejsze znaczenie. Nie wiem, czy Wong jest w stanie zrobić w tej konwencji kolejną dobrą płytę. Tym bardziej warto posłuchać tej.
[Piotr Lewandowski]