napszykłat
Musicaction
Kristen
Niechęć
27. Dni Sztuki Współczesnej - scena muzyczna
Strefa CSW - koncerty majowe
Plum
Kari Amirian
Maszyny do słuchania
Green ZOO Festival
ATP I'LL BE YOUR MIRROR London 2012
Primavera Sound 2012
LDZ_2.0
Rock for People 2012
Pohoda Festival 2012
Dour Festival 2012
OFF Festival 2012
Flow Festival 2012
ATP curated by The National



Ostatni koncert tegorocznego Lado w Mieście był okazją do zaprezentowania w Warszawie dwóch zespołów zagranicznych, które w swoich lokalnych środowiskach spokojnie mogą pełnić rolę podobną jak ladowe zespoły w stolicy - niemieckie PTTRNS i australijskie MY DISCO funkcjonują z dala i od mainstreamu i od modnego indie, a muzykę tworzą nietuzinkową i najwyższej próby. I bardzo od siebie różną. PTTRNS, kiedyś (w tym na debiutanckiej płycie Science Piñata") trio, teraz rozszerzone do kwartetu, momentami grającego na trzy instrumenty perkusyjne i bas, zagrało muzykę radosną, czerpiącą z post-punka, afro-beatu, melodyjną i wibrującą, w której każdy muzyk czasem jest wokalistą, a czasem elementem rytmicznej machiny. Zwielokrotnienie instrumentów rytmicznych, także przez rozdanie grzechotek publiczności, praktycznie wyeliminowało z ich koncertu ciszę, co było tym ciekawsze, że zespół piosenki z debiutanckiej płyty wymieszał pół na pół z utworami nowymi - tymi z wydanych w czerwcu 12-calówek "Love Quest", ale też zupełnie surowymi. PTTRNS zagrali świetny koncert i potwierdzili, że zachwyt jaki rok temu wywołała w naszej redakcji ich płyta nie był przypadkowy. Jeszcze do nas wrócą.
Dłuższa chwila przerwy przed koncertem MY DISCO była jak najbardziej wskazana, bo estetycznie i nastrojowo Australijczycy są na antypodzie niemieckiej formacji (choć inspiracja różnymi odcieniami post-punka je łączy). Panowie zagrali jeden z trzech najgłośniejszych koncertów w historii Powiększenia (A Place to Bury Strangers i Japandroids to pozostałe) i z tej trójki zdecydowanie najlepszy. Surowe i oszczędne w formie granie w tak radykalnej postaci jak MY DISCO może wydawać się prostą formułą, ale trzeba nieprawdopodobnego wyczucia, żeby z niej wycisnąć cały potencjał. I obok Shellac to MY DISCO są moim zdaniem obecnie najlepsi w te klocki, przyjmujące w ich wypadku nawet bardziej konsekwentnie zredukowaną postać. Przy tym, koncert potwierdził, że odejście od skrajne surowości pierwszych dwóch płyt, jakie nastąpiło na "Little Joy", jest oznaką pewnej ewolucji - smaganie aluminiowej gitary Bena Andrews sięgało chwilami post-rockowych chmurek. Ale na szerszym tle nadal był to brzmieniowy i rytmiczny minimalizm - przytłaczający, operujący sugestywnymi środkami i miażdżący brzmieniem. Doskonały koncert, ale szkoda, że zabrakło bisu, czy po prostu jednego, dwóch utworów więcej. Ale może to dlatego, że oba zespoły czekała nocna podróż do Wiednia na kolejną odsłonę wspólnej trasy.
[zdjęcia: Piotr Lewandowski]