



Paru rzeczy po pierwszej warszawskiej wizycie The Thing (Mats Gustafsson, Paal Nilssen-Love i Ingebrigt Haker Flaten) można było się spodziewać. Jak się okazało, słusznie. Były niesamowita energia i fizyczność muzycznego przekazu, pełnia grupowej improwizacji, surowość i niemal noise’owe brzmienie, wreszcie freejazzowe eskapady kłaniające się tradycji sprzed czterech dekad. Ale były i momenty ciche (rzec by nawet można – liryczne), w których na pierwszy plan wychodziły detale i sonorystyka – wszystko jednak w idealnej wręcz proporcji względem bezkompromisowych eksplozji dźwięku.
Zaskoczenia nie było, bo być nie musiało. Skandynawskie trio, kapitalnie funkcjonując – i to w każdym momencie – jak jedna, piekielnie precyzyjnie funkcjonująca maszyna, pokazało chyba pełnię swoich możliwości i udowodniło, że ich muzyka zakładników nie bierze.
Mocne przeżycie w końcówce świetnego koncertowo roku i zdecydowanie jeden z tych koncertów, które będzie się długo pamiętać. I czekać na kolejny.
[zdjęcia: Marcin Marchwiński]