napszykłat
Musicaction
Kristen
Niechęć
27. Dni Sztuki Współczesnej - scena muzyczna
Strefa CSW - koncerty majowe
Plum
Kari Amirian
Maszyny do słuchania
Green ZOO Festival
ATP I'LL BE YOUR MIRROR London 2012
Primavera Sound 2012
LDZ_2.0
Rock for People 2012
Pohoda Festival 2012
Dour Festival 2012
OFF Festival 2012
Flow Festival 2012
ATP curated by The National



Przed wydaniem tej płyty przez Thrill Jockey Sorry Bamba był dla mnie postacią nieznaną, ale przegląd źródeł różnych przekonuje, że dla muzyki Mali to postać ważna. Urodzony i wychowany w portowym mieście Mopti, pierwszy zespół założył w roku 1960, pełniąc w nim i kolejnym rolę wokalisty, trębacza i flecisty. Jakiś czas potem otrzymał możliwość prowadzenia Orchestre Régionale de Mopti, później znanej jako Kanaga Orchestra de Mopti, wspieranej z środków publicznych i programowo sięgającej po tradycję grup etnicznych okolicznych rejonów (fula, songhai, bambara dogon) oraz latin jazz, funk, soul, rumbę. Bamba ponoć prowadził tę orkiestrę do la 1990., kiedy po wygaszeniu finansowania z braku środków przeniósł się do Paryża, gdzie mieszka do dziś, podobno ciągle nagrywa i wziął też udział w przygotowaniu tej kompilacji. Prezentującej nagrania ponoć niepublikowane, co jednak z perspektywy zachodniego odbiorcy ma małe znaczenie.
Na „Volume One 1970–1979” połączenie lokalnych tradycji i wówczas nowoczesnych wpływów przynosi fascynującą, gorącą akustyczno-elektryczną miksturę, podlaną nieodłączną polirytmią. Falującą ciepłymi rytmami i partii klawiszy, pełną fikuśnych aranżacji instrumentów dętych, ekscentrycznych solówek gitary elektrycznej, kontrastujących w sobie lokalny i globalny koloryt (podobno przez chwilę z orkiestrą współpracował też Ali Farka Touré, którego tu nie słyszymy, ale echa tuareskich gitarowych opowieści czasem pobrzmiewają). Choć album otwiera radosny kawałek Yayoroba, ponoć największy hit Bamby w Mali i podobnie zamykają go ogniste Bayadjourou oraz pełne rozmachu Sare Mabo, to po drodze jest sporo melancholii i przede wszystkim różnorodności (lekko psychodeliczny, funkujący Sayouwe przywodzi wręcz na myśl Sly & the Family Stone). Utwory są dość długie, co nawet w piosenkach otwiera pole dla możliwości zespołu, a że grał on przede wszystkim do tańca, to instrumentalne sekcje mają dużo świeżości. Orkiestra Sorry’ego zasługuje w tym na nie mniejszą uwagę i estymę jak popularne „Ethiopiques” i słucha się z jej z olbrzymią przyjemnością. Mam nadzieję, że kolejne wolumeny nadejdą
[Piotr Lewandowski]