napszykłat
Musicaction
Kristen
Niechęć
27. Dni Sztuki Współczesnej - scena muzyczna
Strefa CSW - koncerty majowe
Plum
Kari Amirian
Maszyny do słuchania
Green ZOO Festival
ATP I'LL BE YOUR MIRROR London 2012
Primavera Sound 2012
LDZ_2.0
Rock for People 2012
Pohoda Festival 2012
Dour Festival 2012
OFF Festival 2012
Flow Festival 2012
ATP curated by The National



Drugi album szwedzkiego kwartetu (Dan Berglund – kontrabas, Johan Lindström – gitary, Martin Hederos – instrumenty klawiszowe i wiolonczela, Andreas Werliin – perkusja) pokazuje, że jego potencjał nie jest hipotetyczny, jak na pierwszym, lecz faktyczny i naprawdę spory. Debiutancki album sygnowany był zresztą jako Dan Berglund’s Tonbruket, co podkreślało, że była to pierwsza płyta Berglunda, basisty e.s.t., po tragicznej śmierci Esbjörna Svenssona. Tamtą płytę trochę na siłę – autorem ponad połowy kompozycji, tak jak i tutaj, był gitarzysta Lindström – wytwórnia ACT ometkowała jako swoisty akt oddalenia się od estetyki e.s.t., a formacja nie pokazała, o co jej tak naprawdę chodzi. Na „Dig It to the End” słychać, że jest już zespołem – z wizją i zdolnością jej realizacji.
Już otwierające go, 9-minutowe Vinegar Heartwprowadza nową jakość, wciągając lekko filmową dramaturgią, tortoisowymi zwrotami i kapitalną ewolucją instrumentarium wykorzystywanego na przestrzeni utworu. Metodologię grupy z Chicago można zresztą odnaleźć na całej płycie, choć pomysły i brzmienia Tonbruket są zdecydowanie inne. Chodzi jednak o stylistyczny eklektyzm wątków (prog-rock, post-rock, Americana, koktajlowe latino, surf a nawet jazz) pojawiających w poszczególnych kompozycjach oraz zestawianie delikatnych brzmieniowych kontrastów w ich ramach, o plastyczność brzmienia i umiejętność błyskotliwego wykorzystania instrumentarium na pierwszy rzut oka odległego od stylistyki grupy – w tym przypadku głównie gitary slide. Atmosfera płyty przepoczwarza się raz po raz, od lekko sentymentalnej, przez przewrotnie niepokojącą, po z dystansem pogodną. Zmieniają się odcienie brzmienia, lecz ono samo pozostaje spójne na przestrzeni całego albumu, a kwartet gra bardzo zespołowo, unikając przerostu solówek – czy to rozumianych jazzowo, czy rockowo. W efekcie, sięgając po elektroakustyczne brzmienia i scalając jazzowe oraz rockowe wątki, Tonbruket nagrali płytę wolną od klisz nie tylko obu tych nurtów, ale też fusion, pełną lekkości, zaskakującą, wciągającą – po prostu świetną.
[Piotr Lewandowski]