polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
KRZYSZTOF KOMEDA  Komeda Live at The Jazz Jamboree Festival 1961–1967

KRZYSZTOF KOMEDA
Komeda Live at The Jazz Jamboree Festival 1961–1967

Krzysztof Komeda funkcjonalnie jest polskim Davisem albo Coltrane’m. Tym największym z czasów, gdy jazzmani mogli być gwiazdami popkultury, na dodatek popularnym i cenionym za granicą, co w Polsce jak wiadomo jest uznawane za główny papierek lakmusowy. Oczywiście nie jedynym, który nawet za oceanem radził sobie swobodnie, ale jednak legendarnym. W pewnej mierze przez przedwczesną śmierć, a zmarł naprawdę młodo – Miles w tym wieku dopiero zakładał swój drugi wybitny kwintet, elektrycznie grał będąc dobre kilka i kilkanaście lat starszy, a najstraszliwsze rzeczy nagrał mając 20 lat więcej. Czego wspaniałego i koszmarnego (i w jakich proporcjach) Komeda nie zdążył stworzyć, tego się nigdy nie dowiemy, ważne, że zostawił sporo muzyki dobrej. I tak w przypadku Davisa, ciągle jest nam to przypominane. Jeden za drugim powstają płyty i projekty „tribute to”, „music of”, „remembered”, „inspired by”, „revisited”, etc. Rosyjska pianistka Lena Ledoff nawet wydała w 2011 roku album „Komeda Chopin Komeda”, exclusiv na wymagający polski rynek. Maria Sadowska zrobiła z Komedy piosenki. Na stronie internetowej największego polskiego sklepu z produktami kultury na hasło „Krzysztof Komeda” wyskakują 44 pozycje w kategorii „muzyka”, większość już niedostępna (w tym np. „Komeda – Inspirations” na organach kościelnych). Wśród dostępnych ośmiu są dwa albumy Komedy (ten i „Nóż w wodzie”) i sześć takich właśnie pochodnych.

Davisa też się miętosi niemiłosiernie (patrz choćby WSJD 2011), czego nadejście on sam chyba przeczuwał, przeganiając kiedyś ze sceny treściwym „get the fuck off” próbującego z nim zagrać Wyntona Marsalisa. Ani muzyce Davisa, ani Komedy, cały ten recykling nie jest do niczego potrzebny. Muzykom, którzy się go podejmują i wypełniają sobie katalogi potencjalnie chodliwymi pozycjami – pewnie tak, ale nie Davisowi, Komedzie, Coltrane’owi (tego się praktycznie nie miętosi, zdążył wystarczająco długo grać muzykę od tego odstraszającą) i innym. Ich muzyce potrzebne są reedycje i wydania niepublikowanych nagrań. W tym względzie Ameryka i Europa Zachodnia jest na innym poziomie niż my - kultura bootlegu zrobiła swoje. Nie dość, że prawie cała (a na pewno cała sensowna) kariera Davisa została objęta boxami „complete session” i w większości wypadków są one kapitalne, warte tych pieniędzy, to tylko w 2011 roku ukazały się dwa świetne albumy koncertowe: „Bitches Brew live” i „Live In Europe 1967: The Bootleg Series Vol. 1”. Coltrane’a też ukazuje się co rusz poprzez różne odgrzebane nagralnia, głównie live. A w czterdziestą rocznicę śmierci Alberta Aylera ukazała się koncertówka „Stockholm, Berlin 1966”.

W Polsce z tym kiepsko. Niby część płyt serii „Polish Jazz” została wznowiona na CD (kilkanaście z ponad 100), wybranych kilka też na winylach, w latach 1990 wyszło sporo płyt Komedy, ale jakoś tego się nie czuje. I przede wszystkim, brakuje tego, co podpiera wielkość amerykańskich legend – kapiącego strumyczka wydawnictw, prezentujących mniej lub bardziej nieznaną perspektywę. Nawet niech perspektywa będzie znana, a tylko wykonania dobre – wystarczy.

„Komeda Live at The Jazz Jamboree Festival 1961–1967” jest właśnie takim wydawnictwem, których byłoby już mnóstwo, gdyby Komeda był Amerykaninem. I pewnie byłoby wtedy jednym z tych najważniejszych. Składają się na nie trzy płyty, prezentujące nagrania w trio, kwartecie, kwintecie. Nie są ułożone chronologicznie, choć nagrania na pierwszej płycie są, z wyjątkiem jednego, starsze od pozostałych. Trio Komedy, niezależnie od zmian składu (nagrania są z różnych występów, więc perkusistów zarejestrowano aż czterech, basistów trzech) i okazjonalnego udziału innych muzyków (np. Jerzego Miliana na wibrafonie, perełka) ukazuje się jako zespół pilnie i skutecznie odnajdujący w jazzowych arkanach. Opanowujący reguły gry (cztery z dziewięciu utworów to standardy). I tak słucha się go bardzo dobrze, ale to preludium do kolejnych dwóch płyt. Album w kwartecie (z Rune Carlssonem na perkusji) zawiera tylko dwie kompozycje, ale za to jakie. Kattorna, czyli jeden z najbardziej znanych utworów Komedy, rozpościera się tutaj do prawie 20 minut, w których zespół bywa mocno davisowski, bo grający bardzo w tej manierze Stańko jest długimi fragmentami na pierwszym planie. Drugi utwór to niepublikowane wcześniej, epickie Nighttime Daytime Requiem z 1967 roku. Ekspresyjny hołd dla Coltrane’a, zawiły formalnie, lecz o odczytywalnej warstwie emocjonalnej. Ten awangardowy przechył i rozbudowanie form słychać też na trzeciej płycie z nagraniami kwintetu (z Michałem Urbaniakiem na saksofonach, sekcja rytmiczna inna niż w kwartecie). Ballada z „Noża w wodzie” nabiera tutaj abstrakcyjnego charakteru, rzadko gra cały zespół i jeśli już, to temat spinający ciekawe sonorystycznie improwizacje. Później muzyka może i pulsuje czy nawet swinguje jaśniej, ale niezmiennie to najwyższej próby jazz połowy lat 1960., który robi wrażenie otwartością i komunikowaniem emocji. W książeczce płyty komentuje Tomasz Szachowski, jego notka na początku jest zbyt encyklopedyczna, ale potem interesująca, a zdjęcia Marka Karewicza są pierwszorzędne.

Historia opowiadana przez ten album nie jest nowa – ewolucja Komedy od pianisty, do kompozytora, którego dziś głównie chce się w nim widzieć. Słuchając tych płyt można sobie jednak z całą doniosłością przypomnieć, że jego kompozytorstwo nie było tylko wymyślaniem tematów, które dziś zgrabnie można przerabiać na piosnki i piosenki. W tych rozbudowanych formach i „graniu zespołem” dostrzec można najciekawsze elementy obrazu Komedy. Słowiański romantyzm swoją drogą, ale tej ambicji kompozycyjnej i wykonawczej w kowerach raczej się nie spotka. Na zakończenie roku, w którym tzw. wydarzeniem był album zadbanego pianisty o nawyku do gry staccato, z Komedą w wersji, parafrazując tytuł przeboju z „Dziecka Rosemary”, safe and warm, „Komeda Live at The Jazz Jamboree Festival 1961–1967” jest fantastyczną niespodzianką. Jeśli kogoś interesuje polski jazz i ani tych koncertów nie widział, ani nie dostał w spadku całej serii Polish Jazz, jest to pozycja obowiązkowa.

[Piotr Lewandowski]