polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Apteka wywiad z Jędrzejem Kodymowskim

Apteka
wywiad z Jędrzejem Kodymowskim

Kim jest Jędrzej Kodymowski? To pytanie nawet po półtoragodzinnym wywiadzie pozostaje bez odpowiedzi. Niewątpliwie, jest uznaną, otoczoną w pewnych kręgach kultem postacią, kompozytorem o wyrazistym stylu i brzmieniu, autorem jednych z najbardziej oryginalnych, a jednocześnie spowitych licentia-poetica-vulgaris tekstów w historii polskiej muzyki. Wulgarny – bywa – obrazoburca, a jednocześnie wnikliwy i wrażliwy na otaczający świat obserwator, choć by dojrzeć tę drugą twarz, trzeba przedrzeć się przez – dla niektórych – opresyjny wizerunek sceniczny. Gdzieś spomiędzy ostrych sądów, ciętych ripost, przebija osobowość, dla której muzyka jest ważną sprawą. Muzyka, ciekawa opowieść, drugie i trzecie dno rzeczywistości, ironia i sarkazm, niejednokrotnie będące narzędziem, którym tłumaczy otaczającą, absurdalną rzeczywistość – tak wyglądała ta rozmowa. Zapraszamy do lektury.

Historia zespołu – w kontekście zmian składów- mnie nie interesuje, ale interesuje mnie historia obecnego składu, tej Apteki. Mieszkałeś chyba jakiś czas we Wrocławiu z tego co mi wiadomo? Jak doszło do tego, że gracie razem w składzie z Grzegorzem Puzio i Jackiem Żołądkiem?

Jędrzej Kodymowski: Zbieg okoliczności. Puzon (Grzegorz Puzio – przyp. redakcji) miał klub, który sie nazywał 5 nutek. Zaprosił mnie, bo organizował tam koncerty. Przyjechałem, grał ze mną perkusista, którego Puzon bardzo skrytykował. Mówi: "Stary, to wszystko można zagrać duzo lepiej..."

To był ten skład z Hajdaszem?

Nie, to było wcześniej. Dałem się tym zaczarować, także w gruncie rzeczy koncert, który graliśmy jako pierwszy, przygotowaliśmy na zasadzie korespondencyjnego opracowania numerów. Puzon nauczył się grać z niejakim Gienią. Kumasz Gienię? Andrzej Markowski. Miał taki zespół Funny Hippos. Po opracowaniu numerów przyjechałem. Był mniej więcej taki klimat jak dzisiaj: zapierdalałem do tego Wrocławia ze dwa dni. W przeddzień wyjazdu kupiłem sobie samochód, który się rozjebał po drodze, musiałem go reperować. Taka większa odyseja kosmiczna. Gdzieś tam w lesie skończyło mi się paliwo, czy przewód paliwowy się odłaczył, były największe mrozy. To była zima. Był okres dwóch tygodni, że były mrozy po 25-30 stopni. Ten układ paliwowy mi się rozpierdolił w lasach koło Leszna – najstarszy las na Dolnym Śląsku, czy tam na pograniczu Dolnego Śląska i Wielkopolski. Była godzina pierwsza w nocy, zjebało mi się to w takim miejscu tego lasu, że pierwszy samochód przejeżdżał dopiero o szóstej rano – jakiś żołnierz. Ja już byłem tak zdesperowany, że się położyłem na jezdni. Zatrzymał się, zaciągnął na stację benzynową, tam mnie wstawili do takiego tunelu, gdzie normalnie jest myjnia, wstawili dwie dmuchawy, odtajałem ja i samochód. W końcu jak dojechałem do Wrocławia, zaczęliśmy grać koncert. Wszyscy w pewnym sensie odczuwali lekki dyskomfort, ale, jak się to mówi, zostało to przepchnięte.

A Jacek skąd?

Jacek był stałym klientem klubu Puzona. Był ulubieńcem Grzegorza, Jacek jest młodszy. Człowiek, który ma ksywę Jaszczur – jak się napije jednego piwka, budzi się w nim jaszczur.

Oni grali wcześniej w innych zespołach?

Tak się zaczęła nasza przygoda. To był czas, kiedy nie do końca wszyscy byli przygotowani do akcji, także przerwaliśmy manewry i oni założyli zespół Breslauer.

Kojarzę. Mieli nawet jakieś koszulki.

Wszystko dopracowane: koszulki, logo

Od początku byli zaangażowani w tworzenie nowych numerów? Słychać to wyraźnie na nowej płycie, że wkład trzech, czy sześciu muzyków jest istotny.

Myśle, że to słychać w każdej konstelacji. W tej to może nawet bardziej, bo oni sa pod tym względem bardziej ambitni. Im przede wszystkim na tym zależy. Były takie składy, gdzie muzykom zależało przede wszystkim na cashu. I na tym, że oni się podłączają, łapią Pana Boga za nogi, a nagle się okazuje, że to nie jest Pan Bóg, tylko dwie sztuczne nogi....

(śmiech)

Nie ma tego, co sobie wyobrażali, że będzie, mimo że zawsze była zapowiadana z góry sytuacja taka jak pod Stalingradem: musimy wytrzymać do końca (śmiech). I takimi ludźmi byli Marcin Ciempiel, Artur Hajdasz.

Czy brzmienie Apteki jest dokładnie przemyślane? Jest słyszalna ewolucja na poszczególnych płytach, ale główny trzon soundu jest zachowany. Wiele osób, gdy usłyszeli singla Aktor Traktor mówili, że od razu poznają - po kilku taktach, że to Apteka. Z tym pewnie przeplatają się inspiracje. Na samym początku, gdy zaczynałeś grać inspirowali Cię: The Stranglers, Sex Pistols.

Tych okresów było od chuja, ciut, ciut. Przez długi czas nie słuchałem Doorsów, bo to byli dla mnie, hipisi. W końcu jak już zacząłem ich słuchać, katowałem się nimi z rok, ale wiesz, na okrętkę. Tak samo jest z graniem. To nie jest jakaś skomplikowana sytuacja, gust się zmienia. Przecież cały czas nie można grać tego samego, tak jak niektóre zespoły zespoły, np. punkowe, te które zaczynały grać tzw.punk rocka w latach osiemdziesiątych, na początku i teraz cały czas zapierdalają to samo.

Ostatnio znalazłem na Youtube występ Apteki w ZSRR, gdzie ponoć graliśćie trasę.  – jeszcze w latach osiemdziesiątych. Jak do tego doszło?

To też czysty przypadek. Zbieg okoliczności, który został wykorzystany. Na tysiąc takich sytuacji, kiedy ktoś się pojawia i mówi po koncercie: "Zapraszam Was do Stanów, przyjedziecie?". Widzisz, że facet jest najebany to się mówi na odczepnego: "Jasne, stary, jesteśmy umówieni w Nowym Jorku".  

Gdzie Ci się najlepiej gra w Polsce?

Tam gdzie jest dużo ludzi, choć niekoniecznie. Czasami było zupełnie na opak. Mieliśmy koncert w pierwszym okresie grania z Jackiem i Grzegorzem. Miałem nowy wzmacniacz: Riverę, który wziąłem w kredyt z firmy z Zamościa, która je zaczęła sprowadzac. Zajebisty wzmacniacz. Siłą rzeczy, nie spłacałem go, bo nie było żadnych przychodów. Wzmacniacz kosztował dwanaście koła. Przyjechaliśmy do tej Częstochowy i okazało się, że właściciel klubu gdzieś tam został zamknięty do puszki, czy coś – w każdym razie nie było go. Gdzieś tam zdobyliśmy klucze, klub udało się otworzyć, nie było żadnej aparatury, tylko jedna kolumna. Było jedenaście osób, a to był najlepszy koncert, jaki został zagrany na przestrzeni ładnych paru lat. Na koniec przyszła psiarnia i zawinęła ten wzmacniacz, ale wcześniej się zatrzymali, podłączyli się do słuchania muzyki. Zajęcie mienia poleciało dopiero po występie (śmiech).

Jaki to był klub? Zero?

Jakaś taka suterena, kurwa. W Częstochowie wszędzie wygląda tak, jakbyś był na przedmieściu. Poza Jasną Górą, ale to Jasnej Górze nie było. Równie dobrze mógł być tam wcześniej jakiś zakład pogrzebowy - po schodkach się schodziło, były miejsca, gdzie mogłeś trumienki postawić. Pełny syf (śmiech).  Zimno, kurwa, chujowe to pomieszczenie, kafelki powyrywane z podłogi, wody w ogóle nie było, bo odcięli.

Ale koncert najlepszy, mimo warunków?

Tak.

Ostatnio graliście też w Proximie w Warszawie? Koncert był transmitowany online.

Nie w Proximie, tylko w Hydrozagadce. Tam się fajnie grało.

Z wszystkimi gośćmi – tak samo ma być na Offie.

Powiem Ci, że ten saksofonista...

James Morton.

Faktycznie – nie wiem na czym to polega, ale grałem z wieloma muzykami, którzy grają na dętych – on ma największe wyczucie. I w ogóle fajna postać.

W niektórych utworach była dublowana melodia, improwizował te fragmenty na saksofonie, były takie sytuacje.

A mieliśmy wcześniej dwie próby.

Było widać, że wchodzi na żywca. Nie był jakoś specjalnie przygotowany, tylko wszedł w klimat.

Tak to wyglądało.

A w Bogarcie w Gomunicach?

Tam też się fajnie grało. Minusową stroną Bogartu było kimanie. Z tyłu są pokoje gościnne...

Są mało gościnne?

(śmiech) Po koncercie, jak jest pora zimowa, wiadomo, że  Bogart idzie spać do siebie, w piecu nikt nie pali, także nad ranem jest pełny zębaty. Wszyscy z urzędu uparli się spać pod pierzyną w ciuchach, w butach – chyba wszyscy się kładą spać w ten sposób, a pościel nie jest zmieniana, także nie ma się co wyłamywać z tej zasady.

(śmiech) Jeszcze a propos Warszawy, grałeś kiedyś solowo z Maciejem Cieślakiem ze Ścianki? Gdzieś o tym czytałem.

Rojek sobie wymyślił konferencję prasową w klubie, gdzie się schodzą lekko upolitycznione postacie. Niby jeszcze punki, ale już zaangażowane.

Grałeś tam solowo? Gitara akustyczna, elektryczna?

Nie solo, tylko z Cieślakiem.

We dwóch - razem?

Tak. Dwa, czy trzy razy przyjechał do mnie do Milanówka i coś tam żeśmy wymodzili, ale jak zaczęliśmy grać w klubie, okazało się, że to porozumienie przepadło i nie było mowy, żeby ktoś komuś starał się zrobić trochę miejsca. A że ja miałem dwa wzmacniacze, a on jeden malutki, to taka kakofonia zapierdalała przez dwadzieścia minut (śmiech) i żesmy się wyłączyli.

(śmiech) Znaliście się wcześniej - z Trójmiasta?

Poznaliśmy się dopiero w Warszawie.

Patrząc na współczesnych polskich gitarzystów, widzę przede wszystkim dwie postacie, których brzmienie jest rozpoznawalne, charakterystyczne i oryginalne. Nie chcę Ci tu kadzić, ale widzę Ciebie i właśnie Cieślaka. 

Teraz kupiłem nowy zmacniacz, niby zajebisty, ale jest taki skomplikowany, że go jeszcze nie mogę ujarzmić.

Jakiś lampowy?

Tak, Mesa-Boogie. Niby najwyższa półka, a zaczyna mnie powoli irytować.

Całkiem inne brzmienie. Mam porównanie z fotografią, bo przez trzy-cztery lata robiłem zdjęcia analogowo, teraz robię cyfrowo. Całkiem inne efekty. Ty też kiedyś robiłeś zdjęcia?

Tylko analogowo – wszystko na oko. Jak robiłem zdjęcia w nocy, nastawiałem długi czas i na oko otwierałem przysłonę. Faktycznie, parę razy udało się zrobić ostre zdjęcie, ale większośc była bardziej jak obrazy Picassa.

Rozmyte, bardziej plastyczne.

Nie no, po prostu chujowe zdjęcie (śmiech).

(śmiech) Byłeś na koncercie Kyuss – jako fotoreporter. Był jakiś motyw z Joshem Hommem.

Tak. To jeszcze nie była taka znana postać, a może ja miałem na to bardziej wyjebane?

Nie, wtedy nie był znany tak, jak teraz.

Byłem na tym koncercie. Jak słuchałem płyty, podobało mi się. Na koncercie mieli taki odjazd, że wszystko miało być w analogu. Nawet efekty wizualne. Mieli filtry olejowe z lat siedemdziesiątych – mechaniczna sytuacja – i parę kolorowych substancji, które się mieszają ze sobą, a to było rzucane mocnym, punktowym reflektorem na ścianę. Popsuł się silnik, filtr się rozszzczelnił, rozjebało się to w czasie koncertu, a poza tym zaczęły strzelać te wzmacniacze. Wokalista podchodził do mikrofonu: "Sorry, wybaczcie". Wszyscy mieli pełne zrozumienie dla tej sytuacji – że trzeba to skumać, że takie sytuacje się zdarzają - a ja znowu stanąłem w opozycji, po całości robiłem obciach i krzyczałem: "Frajerzy! W chuja nie walcie, oddajcie za bilety". Ale to było w Berlinie, więc mało kto to kumał. Olaf był w niezręcznej sytuacji -  nie wypadało mu powiedzieć: "Jędrzej, robisz trochę obciachu".

Tam się poznaliście?

Jo, tam się spotkaliśmy.

Teraz już nie robisz zdjęć?

Ja tam pojechałem z braku laku. Dziewczyna mi to załatwiła - pojechałem jako fotorepoter z "Metal Hammera". Był tam Piotr Kaczkowski, jako reprezentant radia. Dostaliśmy klucze do chaty w blokach po stronie Berlina Wschodniego. To była chata przerobiona przez jakiegoś schizola, która chciał sobie zrobić studio w mieszkaniu. Wygłuszyć tak, żeby można było napierdalać. Wchodziło się po drabinie do przestrzeni metr dziesięć – podłoga podniesiona. Pod podłogą magazyn ze sprzętem – no kurwa, odjazd. Też woda i prąd odłączone, siedzieliśmy przy świeczkach. Różne teksty tam leciały, Piotrek mówi: "Kurde, normalna sprawa, jesteśmy dziennikarzami z Polski, nie jesteśmy na dobrym układzie". Na koncercie Clawfinger byli dziennikarze z Holandii, którzy mieszkali w hotelu Karpiński. Podeszli do nas z tekstem: "Mamy pokoje w Karpińskim, jak coś, wpadajcie z rana na kawę". Niespecjalnie mi sie to spodobało, mówię: "Pierdolę to, być dziennikarzem i być jak szmata, która zapierdala po bazarach i wozić jajka".

Coś o tym wiem (śmiech).

Szliśmy piętnaście klimetrów na chatę bez prądu i bez wody, bo nie opłacało się wydać dwudziestu marek za taksówkę. Ktoś tam mówił: "Tyle kasy? Rano kupię coś dla córki w prezencie" (śmiech). Też nie miałem kasy, także z tą złością poszedłem do tego mieszkania, przespałem się i postanowiłem, że, niestety, nie wchodzę w to. A w Polsce Piotr Kaczkowski w tamtym czasie to była postać, która jeździła od Empiku do Empiku, miał jakieś odczyty i przychodziło po klikaset osób. "Panie Piotrze, bardzo dziekujemy za to, że puszcza Pan Zeppelinów. Kiedy będzie można posłuchać znowu drugiej płyty?" - takie rozmowy. On siedział, jak taki guru i mówi: "Zobaczymy, może w przyszłym miesiącu" (śmiech)

(śmiech) Trójka miała w pewnym sensie monopol na kształtowanie gustów Polaków w tamtym okresie.

Powiem Ci, że po tym czasie, okazuje się, że dziennikarze, którzy wykształcili się w dzisiejszych czasach, w ogóle nie mają żadnego charakteru.

Wróćmy na chwilę do przeszłości - czy Apteka uczestniczyła w polskiej scenie punkowej lat osiemdziesiątych: Siekiera, Brygada Kryzys, Jarocin. Apteka była chyba raczej z boku? Powstaliscie w 1983.   

W 1983 były jakieś pierwsze podrygi. Dwa lata wcześniej powstały Pancerne Rowery. Postanowiliśmy, że założymy zespół, ale nikt na niczym nie umiał grać.

Ty grałeś na basie?

Losowaliśmy, kto na czym będzie grał. Potem to się i tak przetasowało. Kto pierwszy, ten lepszy.  Losowanie zadecydowalo, że ja gram na perkusji, kolega na basie, drugi na gitarze. Poszedłem do sklepu, kupiłem gitarę basową i mówię: "Mam gitarę basową, Ty będziesz grał na perkusji".  

Bardziej chodzi mi o filozofię i ideologię punkową. Jak Ty widzisz siebie na tle tych idei w tamtych czasach?

Słuchaj, na pewno zupełnie inaczej, niż taki pacjent, który przychodził do nas na przerwy do szkoły. Korespondował z muzykami zespołu Crass i był opierdolony na bieżaco w sterotypie: jak punkowiec myśli? itd. Wszystkie jego propozycje na początku były negatywnie odbierane i komentowane, a na koniec dostał wpierdol. Jak zaczął krzyczeć, że nienawidzi Słowian, bo tu nikt nie ma normalnych znaczków, tylko przypinają sobie jakieś wieśniackie. Wyciągał jakieś listy – korespondował z wokalistką z Crassu albo z Poison Girls – najstarszej załogi, najważniejszej, która wszystko wiedziała: o co chodzi? itd.    

Czyli byłeś w opozycji do opozycji?

Wiesz, można być punkowcem, ale nie trzeba być frajerem.

Nie chodzi mi o kwadratowe podejście do sprawy.

Były takie postacie, które doskonale się wpasowały w cały układ. Wiekszość z nich nie żyje, np. śp. Darek "Skandal". To była nietuzinkowa postać. Można powiedziec, że od czasu, kiedy zabrakło go w zespole (Dezerter – przyp. redakcji), coś stracili. Mimo, że są technicznie lepsi, wszystko jest bardziej poukładane, maja dobre wzmacniacze i gitary, czegoś brakuje.

Nie ma tej indywidualności.

Był pełnym mistykiem. Miał pełny odjazd, nie jadł mięsa itd.

Przejdźmy do lat dziewięćdziesiątych. Jak Ci się współpracuje z Yachem Paszkiewiczem? Robil pierwszy i ostatni teledysk Apteki.

Pojawiła się taka postać. Na jego temat była rozpompowana informacja: koleś, który zajebiście filmuje, robi teledyski "takie, jak na Weście" – ten bajer leciał. Skontaktowaliśmy się, zamówiliśmy produkcję, zaplecze zostało przygotowane. I faktycznie, jak na tamte czasy, jak z perpsketywy czasu na to patrzę, całkiem nieźle to zrobił. Choć pamiętam, że jak to nakręcił i nam pokazywał, byłem bardzo rozczarowany.

To były Marzenia, które mam. A teraz był Aktor Trakor. Nic więcej nie robił?

Tylko te dwa. Kręcił jeszcze jakieś koncerty.

Ale teledysków już nie?

 Myśle, że te Marzenia... były niezłe, bo znowu Aktor Traktor tak nie do końca...

Mi się tez nie podoba (śmiech).

W ogóle, powiedzmy sobie szczerze, to jest zrobione, kurwa...

Na blueboxach.

Może na tych blueboxach można by coś zrobić, ale... no po prostu mrok!

(śmiech)

Przy okazji całej sytuacji wytworzyła się niezręczna przestrzeń. Miałem do niego kontakt, chciałem mu powiedzieć, że może by to jakoś podreperował. Odebrał człowiek - najebany naftą na maska - i mówi: "Ale żesmy im dojebali, Kodym, ale żeśmy im dojebali!", ja mówię: "Yachu, wiesz, nie do końca", a on: "To super, zajebiście!" i się rozłączał – tak z tydzień. Było ciśnienie, wydajemy płytę. Uwierzyliśmy w te rzeczy, które wiadomo, że do końca nie są sztywnymi zasadami – że jak się ustali termin wydania, że nie mozna go przesunąć, bo wiadomo, że zawsze można, nie? Ale u siebie też się dopatruję tego, że mogłem się tym bardziej zainteresować. Nigdy nie lubiłem oglądać żadnych teledysków, bo mi się wtedy chujowo muzyki słucha, wiesz?

Dwa zmysły są zaangażowane.

Z telewizora z reguły chujowo to słychać. Można podłaczyć jakiś sprzęt, ale jest to jakaś chora forma słuchania muzyki.

To jest promocja. Najlepiej na koncercie.

Może i można, ale w telewizorze, na ekranie, to co można? Ładnie się ubrać, albo odwrotnie -  zatuszować minusy, których chcesz się pozbyć np, garbatych pokazuje się z przodu tak, że wygląda w tym ujęciu, jakby był prosty.

(śmiech) Są dobre teledyski, np. Chrisa Cunnighama – robił klipy dla Aphex Twina, Bjork, Autechre.

Są, Firestarter faktycznie mi się podobał, jak tam na pajęczynie skakał taki czub, ale mówiłem, że mi się podoba, bo już nie wypadało powiedziec, że mi się nie podoba. Naprawdę, muzyka najlepiej istnieje bez obrazu, bo myślę, że wtedy działa na wyobraźnię.

Można słuchać z zamkniętymi oczami.

Wiesz, w samochodzie też jest fajnie.

(śmiech) Wtedy oczu nie zamkniesz. Przede wszystkim działa na wyobraźnię. Podobnie na wyobraźnię może działać koncert, o którym mówiłeś podczas wywiadu transmitowanego online w czasie rzeczywistym. Mówiłeś o koncercie w pojedynkę -  z gitarą elektryczną i efektami. Grywasz czasami solowo?

Gdy przeniosłem się pod Warszawę, pisali o "wielkim powrocie Apteki". Nie było powrotu, cały czas grałem – na wsi, tylko miałem wyjebane na tę marketingowo-buchalteryjną stronę. Grałem sam.

Normalna sprawa.

Jeśli chodzi o samo granie, niedościgniony jest poziom, która osiąga się w takiej sytuacji. Zupełnie inna jest opcja, gdy grasz w bardziej ludożerkowych realiach.

To bylo ciekawe. Mówiłeś, że grasz sam, loopujesz, podłączasz efekty. Chciałbyś tak kiedyś wystąpić?

Występowałem u mnie na wsi. Jak ktoś przyjechał, chcąc, nie chcąc, był moją widownią.

(śmiech)

Ale tak. Były takie plany, są takie plany.

Taki koncert mógłby szerzej pokazać Twoje zainteresowania, umiejętności i wyobraźnię muzyczną. Na pewno jest sporo improwizacji.

Tylko, że to może być cięższe dla odbiorcy.

Na pewno, ale myślę, że mogłoby to zainteresować sporo osób.

Kwestia dogadania terminu. Chciałbym, żeby to było kumato przygotowane. Koncert solowy –  jak muzyka filmowa, ale musiałyby być bardzo długie kadry (śmiech).

Tak, to mogłoby być bardzo ciekawe. Myślę, że w tym klimacie jest utwór Bo snu nova – ponoć główny riff tej ballady był zainspirowany Twoją podróżą do Ameryki Południowej? Co się tam działo?

To byl urlop, który posiadał stronę oficjalną i nieoficjalną. Tam się działy różne rzeczy, ale jeśli chodzi o sprawy muzyczne - zupełnie odwrotna sytuacja, niż w Europie. Ci, co grają, nie mają nic. Grają tylko po to, żeby sie rzeczywiście  lepiej poczuć, rozweselić, bo muzyka jest jedyną rzecza, która jest nośnikiem pozytywnych emocji. Jak się kończy granie, zaczyna się kac i stanie na streecie. Wiadomo, że nikt nie pracuje. W Peru poznałem zespół, który grał od dwudziestu paru lat. Byli bardzo profesjonalną formacją, bo wydali własnym sumptem dwie kasety.

Pamiętasz jak się nazywali?

W ogóle się nie nazywali. Są znani z tego, że grają. Coś jak u nas, gdy przyjeżdżali Indianie z fletniami pana i grali po deptakach.

Całkiem inna kultura. Grałeś z nimi?

Miałem taki wzmacniaczyk: Marshalla 15V. Tam, gdzie było źródło prądu, podłączałem się i i tak byłem najgłośniej – bo oni raczej grają akusycznie.

W klubach, pubach, mieszkaniach, na ulicy? Jak to wyglądało?

Tak, raczej na świeżym powietrzu. Miejsca zadaszone, ładnie przystrojone. I w kościele. W miejscach, gdzie się przychodzi celebrować. Powycinane zdjęcia z toreb plastikowych – bo jak pada, papier się wytraca pod wpływem deszczu. A jak masz torbę celofanową z domu towarowego ze złotym nadrukiem, już możesz gwiazdkę wyciąć – i to na tej zasadzie. Tak jak biedna choinka  jest przystrojona łańcuchem ulepionym przez biedne, głodujące dzieci, tak cała Ameryka Południowa jest przystrojona. Tam każdy przychodzi w najlepszym zestawie, jaki ma – czyli: sandały, do tego skarpety, jak ma fajne, to też wciąga.

Z tego grania wyszedł utwór Bo snu nova?

Oni grają bardzo prosto. Dużo prościej, niż tutaj – Europa jest  pojebana pod tym względem. Grają na czuja. Klient wziął gitarę, która w ogóle nie stroiła i nie, że stroił, tylko tak się wpasował, znalazł na niej takie miejsce, które stroiło, cały czas trzymał te struny – jeszcze trochę naciągnięte paluchami – i zapierdalał. Ma to sens. Inni grają na instrumentach, rytmy się zmieniają. Wchodzi koleżka, który zna te wszystkie przyśpiewki, leci rytm zupełnie inny, a on zapierdala te swoje melodie -  na to nakłada.

Z takich sytuacji wziął się ten utwór?

Nauczyłem się tego akordu – że nie łapie się riffu, tylko łapiesz dwoma palcami przez gryf. I grasz – jak mówiłem, tamten muzyk nawet nie stroił gitary. Też tak próbowałem, niestety, już jestem obciążony, w pewnym momencie się przełamałem i zacząłem stroić. Jak jest nienastrojona, mam paranoję. Co prawda już też się wyleczyłem, bo kiedyś miałem wiekszą. Kiedyś na koncercie wydawało mi się, że coś nie stroi. Tak w to wszedłem, że stroiłem przez półtorej godziny na calej piździe, aż się w końcu tak zmęczyłem, że był koniec koncertu. Znajoma stała przed sceną i woła: "Zagraj Ujarane całe miasto", a ja: "Cicho, cicho, jeszcze chwila".

Wydaje mi się, że ludzie, którzy Cię słuchają, nie znają Cię od tej strony. I o to m. in. chodziło w moim pytaniu o przemyślane brzmienie Apteki.

Zawsze to idzie w parze z całokształtem. Są takie odstepstwa, jak w tej Częstochowie, że wszystko jest odwrotnie, a sytuacja najbardziej wyklarowana – tak się utrwaliła w pamięci, ale to jest subiektywne, nie zostało to utrwalone. Może, gdyby to ktoś nagrał i byśmy to dzisiaj przesłuchali, okazałoby się, że była pełna kupa, tylko wszyscy się zaczarowali – nie wiadomo czym. Im poważniejsza impreza, np. na tym Openerze, sam wymiar imprezy tak działa, że dobrze się gra. Wie się, czuje się, kiedy jest dobrze. Dzisiaj cały czas czułem, że jest chujowo, nie podoba mi się. Jest też coś takiego, że można się tak nastawić.  

Nagłośnienie było kiepskie. Było za dużo niskich tonów, głównie było słychać stopę, gitary też, ale jakby zduszone. Na przodach przynajmniej.

Jak na przodach jest chujowo, to na tyłach też i słychać kwaśny nastrój tego, który się miota – czyli mnie w tej sytuacji. Mam też takich znajomych, którzy potrafią robić keep smiling w takiej sytuacji. co mnie wkruwia: ja się miotam, a on udaje, że wszystko jest ok. I jeszcze mówi: "To moja wina".

Jakoś tragicznie też nie było, było ok.

Nie. Ta gitara mi nie brzmiała. Są takie pomieszczenia, gdzie jest fatum kiepskiego brzmienia. Co by się nie zrobiło, i tak jest syf. Jedyne, co pozostaje w tej sytuacji to przetrwać do końca. Z perpsketywy czasu człowiek jest nauczony doświadczeniem, że większość nic nie słyszy – tym się można pocieszyć.

Ostatnie pytanie: ponoć często zmieniasz teksty przed podejściem do nagrywania wokali? Ostateczna wersja pojawia się przed wejściem do studia.

Nigdy nie ma ostatecznych tekstów. Były ze trzy wyjątki potwierdzające tą regułę. Powiedzmy sobie inaczej: w ogóle nie ma tekstów.

[Łukasz Folda]