polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
RAFAEL - DAMIAN Archiwum 1983-1986

RAFAEL - DAMIAN
Archiwum 1983-1986

Wielu młodych muzyków marzy o tym, żeby ich nagrania brzmiały jakby pochodziły ze starych kaset. Stosują specjalne zabiegi studyjne lub pożyczają sprzęt od dziadka, aby to osiągnąć. I w sumie nic w tym złego, każda kombinatoryka jest dobra, ale jednak miło jest znaleźć coś co jest teleportowane z innych czasów, z prawdziwej, nieudawanej przeszłości, a brzmi jak muzyka zrobiona teraz. Album Rafael - Damian Archiwum 1983-1986, album - znalezisko, mógłby być nagrany dziś, z powodzeniem. To muzyka zawieszona ponad czasem, rozpostarta między epokami, aktualna w koncepcji i wykonaniu.

Rafael i Damian kreują własną wizję świata, albo po prostu filtrują przez swoją wrażliwość to, co widzą dookoła, co w danym momencie napędza ich emocje, co dziwi, straszy, zastanawia. Jest w tej muzyce eteryczność, delikatność, nie ma ani odrobiny agresji i hałasu, ale jest bardzo dużo szerokiej dynamiki. I choć utwory poprzez skromne instrumentarium i bardzo spójną koncepcję wykonawczą są do siebie dosyć podobne, to w żadnym wypadku nie pojawia się jakikolwiek rodzaj monotonii. Są całkiem rozmaite, złożone harmonie, klawisze grają lekkie, powietrzne drony z wyraźną słowiańską nutą, ale bez niepotrzebnego tutaj folku. Panuje nieśpieszność i spokój. Warstwa perkusyjna jest żywa, wykorzystanie powszednich przedmiotów, stuknięć, dzwonień, wibracji potęguje różnorodność i choć nagranie siłą rzeczy jest bardzo matowe, to perkusyjnie momentami błyszczy. W kilku miejscach pojawia się automat perkusyjny przepuszczony przez jakieś proste efekty, pogłosy, dodając aranżacjom niejednoznaczności.

Bardzo szczególne są wokale – prawie zawsze co najmniej w dwugłosie, bez konkretnego tekstu, czy może raczej ze słowami śpiewanymi w nieznanym języku. Są też gdzieniegdzie teksty po polsku czy pojedyncze słowa po angielsku. Dość symptomatyczne nawiązania w tytułach i samych tekstach do szeroko pojętego bajkowego świata („O Krasnalu“, „Pajacyk“, „Syrena“, „Ferdynand Wspaniały“, „Walc Kolibra“). Bracia, pomimo dość smutnych melodii, nie odżegnują się od wyraźnego poczucia humoru („Karzeł też chce być czasem duży“, „Utopić Wieszcza“).

Oczywiście w archiwalnych nagraniach duetu Rafael - Damian czujny badacz prędko zauważy wątki typowo ejtisowe, ten bardzo specyficzny rodzaj atmosfery, melancholii, zastosowanie określonych sposobów grania na instrumentach by odpowiednie wrażenie wywoływać, ale te nawiązania są bardzo delikatne i naturalne. Zresztą w tych nagraniach wszystko jest niewymuszone, można powiedzieć, że są zrobione na luzie, lecz nie brakuje w nich skupienia, może raczej trzeba je określić jako idealną wypadkową skupienia i luzu właśnie.

Swoboda tych nagrań oraz pewne po-etniczne wtręty kojarzą całość również z muzyką psychodeliczną, żeby nie powiedzieć hipisowską, może nawet jakiś spokojniejszy krautrock jest tutaj także na miejscu. Jest obecny jakiś rodzaj rytualności, a improwizacja, ta z innego korzenia niż jazzowy oczywiście, jest tutaj podstawą.

Bardzo trudno znaleźć konkretne podobieństwa do znanych zespołów, a jeśli już nasuwają się, to tylko na chwilę (Wolfgang Press chociażby? Young Marble Giants? This Mortal Coil? czy nawet Marek Grechuta i Anawa z najlepszego okresu? To ostatnie byłoby całkiem sensowne, omawiana tutaj muzyka również powstała w Krakowie).

To wszystko czyni Rafaela i Damiana Kozubów duetem niezwykłym na polskiej scenie, odkrytym po latach kolejnym brakującym ogniwem. Ile ich jeszcze? A gdy wiemy, że nagrywali swoje rzeczy w domowych warunkach, na analogowym czterośladzie, często korzystając z pożyczonych instrumentów, sprawa staje się jeszcze bardziej niezwykła. Rozstrojone czy wręcz zdekonstruowane i spreparowane pianino, klawisz Student, domowym sposobem udoskonalona perkusja, zebrane od znajomych pogłosy i przystawki, zmodyfikowane gitary - wtedy trzeba było się konkretnie natrudzić, żeby osiągnąć poszukiwane brzmienie, a nawet żeby w ogóle zagrać. Panowie budowali również instrumenty sami z dziecięcych zabawek chociażby.

Kozubowie, gdy już mieli to, co w danym momencie mogli zgromadzić, dokładając do tego przedmioty codziennego użytku w charakterze perkusji oraz swoje własne głosy, oddawali się wspólnej improwizacji, ad hoc wymyślając utwory lub tylko ich szkielety i od razu nagrywając efekt, co bardziej udane fragmenty zostawiając na taśmie. Czasem były one później uzupełniane o kolejne warstwy, ale zawsze utrzymując charakter chwili oraz nieszlifowaną doraźność. Taki sposób pracy był bardzo płodny, w trakcie swojego istnienia jako duet/zespół nagrali kilkanaście a może nawet kilkadziesiąt sesji, większość z nich wydając na kasetach sumptem BN.exp records i dystrybuując w wąskim, podziemnym obiegu. Potem pojawiły się także jakieś cd-ry czy udziały w kompilacjach, ale dopiero niniejszy album jest pierwszym w pełni profesjonalnym wydawnictwem i, mam nadzieję, trafi do szerszego odbiorcy. Po raz kolejny ukłony dla Requiem Records za nieustanne starania o to, by kolejne brakujące ogniwa polskiego undergroundu znaleźć, a białe plamy zapełnić wartościową treścią. Trzeba dodać, że tradycyjnie dla tej wytwórni, album jest pieczołowicie wydany, zarówno graficznie, wizualnie, ale również merytorycznie – wywiady z twórcami i ich przyjaciółmi z okresu, fotografie prawdziwych instrumentów z epoki, reprodukcje okładek wszystkich wydanych przez zespół kaset, a nawet pochodzące już z okresu po rozwiązaniu duetu prywatne prace malarskie i rysunkowe, pozwalające lepiej zrozumieć świat Panów Kozubów, ten sprzed i już po ich emigracji do Niemiec. Wzorowa praca reedycyjna i archiwistyczna.

To jedna z takich płyt, które automatycznie włączają pytanie - „co byłoby gdyby?“: gdybyśmy mieli taki system muzyczny jak na Zachodzie, gdyby w latach 80tych oficjalne wydanie płyty w Polsce było czymś normalnym, gdyby było możliwe wejście utworów Rafaela – Damiana na listę przebojów, gdyby Polska mogła być lepszym krajem dla muzyków i muzyki po prostu, wtedy i teraz? Czy nie byłoby fajniej nie zastanawiać się nad archiwalnymi znaleziskami i dziwić się, że poznajemy je dopiero teraz, ale opiewać raczej kolejną świetną reedycję klasycznej płyty? Czy może polskie zespoły byłyby wymieniane jednym tchem obok tych z Rough Trade, 4AD, Factory i tak dalej? Albo czy w takiej sytuacji mogłoby być czymś nagminnym, że to zachodnie zespoły kopiują dokonania naszych rodaków, a nie odwrotnie? Efektywny system muzyczny, realny rynek płytowy i koncertowy podparty sensownymi mediami mógłby wykreować Rafaela i Damiana na międzynarodowe gwiazdy, wielu innych muzyków stąd również. Można się zastanawiać, czy byłoby to jednoznacznie dobre, oczywiście, każdy kij ma dwa końce, ale uważam, że to wielka szkoda, że takie kwestie ciągle możemy rozważać jedynie czysto teoretycznie, a historia w przedziwny sposób się w kółko powtarza, marnując niezliczone talenty.

[Wojciech Kucharczyk]