polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
ZEITKRATZER Neue Volksmusik / Songs / Grand Orchestra

ZEITKRATZER
Neue Volksmusik / Songs / Grand Orchestra

Prowadzony przez Reinholda Friedla kolektyw Zeitkratzer zasłynął akustycznymi wykonaniami muzyki elektronicznej i elektrycznej, od Stockhausena i Xenakisa przez Whitehouse’a po Nicolaia i E2-E4 Göttschinga, no i Lou Reeda. Jednak na ostatnich trzech płytach (wszystkich zarejestrowanych live), które ukazały się na przestrzeni kilku miesięcy, kompozytorem jest przede wszystkim Friedl. Neue Volksmusik to adaptacje szwajcarskiej muzyki folkowej, czy wręcz wariacje na jej temat, zarejestrowane na regularnym festiwalu folkowym w Szwajcarii. Czasem frywolne niczym okładka i taneczne, czasem poważne i eksponujące zaskakujące akustyczne fenomeny. Album przeplata te dwa podejścia, jak też tempa i natężenia dźwięku. Czasem głównym odniesieniem do muzyki ludowej jest wykorzystanie jej instrumentów, a efekt jest abstrakcyjny bądź ambientowy. Czasem, wykorzystując klasyczne instrumentarium muzycy stawiają na taneczność, czy podkreślają pewną wspólnotowość muzyki ludowej. To, powiedzmy, eksperymentalne podejście do materiału folkowego okazuje się mieć jednak czasem punkty styczne (nie dotyczy to jodłowania) z tym, jak gra Kapela Ze Wsi Warszawa, jak interesujące ich wątki muzyki tradycyjnej przetwarzają Wacław Zimpel bądź Mikołaj Trzaska, czy też z podporządkowanym dramaturgii charakterem muzyki do filmu „Cienie zaginionych przodków” przygotowanej przez A Hawk and a Hacksaw. Ale często jest to coś zupełnie oryginalnego. Istotne wyzwanie dla Zeitkratzer zdaje się leżeć w źródłowej tradycji (rogi alpejskie, jodłowanie i te kamizelki fikuśne), chyba mniej wdzięcznej do ambitnych trawestacji niż na przykład surowy folk skandynawski czy gorzki, bluesowy wschodnioeuropejski. Zeitkratzer, skupieni na wyrazistości i sugestywności swojego akustycznego krajobrazu, przetwarzają te górskie piosnki w różnorodną, pełną detali i zaskakującą muzykę.

O ile Neue Volksmusik to druga „folkowa” płyta grupy, to zarejestrowana na koncercie w Lublanie i wydana na winylu przez Bocian Recods Songs jest wedle mojej wiedzy bezprecedensowa. Tytuł wymownie i nieco przewrotnie wskazuje na charakter muzyki – faktycznie są to piosenki, ale szczególne. Piosenka nie jest przecież własnością popu i sam Friedl już to pokazywał choćby na płycie Bernhard Schütz & Reinhold Friedl Play Robert Schumann Dichterliebe, wydanej w cyklu Populista (również polskiego) wydawnictwa Bôłt. Piosenki to po prostu określone w czasie formy, wykorzystujące ten czas kompletnie poprzez melodię, harmonizację, rytm, (w praktyce w konsekwencji też zazwyczaj repetycję bloków) i pewien odcień emocjonalny. Osiem utworów na Songs to w tym znaczeniu piosenki pełną gębą. Kilkuminutowe, zamknięte formy, w których Marc Weiser, członek grupy zazwyczaj okazjonalnie wykorzystujący głos, staje się wokalistą pełną gębą. To wciągający, różnorodny, ale spójny zestaw. Przykładowo, otwierajacy płytę „Krrr” to noise’owa aria, „Bieps” puszcza oko w stronę Einsturzende Neubauten, „Children” w kierunku Sun City Girls, ostatnie na płycie „Groove” – Naked City czy Moonchild, a obecny na obu stronach płyty „Sweet” albo „Walz” wydają się twin-peaksowymi odpowiedziami na Toma Waitsa. I wszystko akustycznie, z kapitalnym wyczuciem dramaturgii i soniczną odwagą zarazem. Piosenkopisarze rzadko nagrywają dobre nie-piosenkowe płyty, ale Songs pokazuje, że przejście w drugą stronę może mieć sens i świetne efekty.

Tegoroczny album Grand Orchestra (Tochnit Aleph) to już bynajmniej nie piosenki, lecz zwrot w przeciwną stronę, w odpowiedzi na pytania: jak nagłośnić muzykę bez prądu i jak ją grać, jeśli brakuje „profesjonalistów”? Propozycja Friedla polega na połączeniu relatywnie prostego materiału muzycznego i potężnej liczby wykonawców – ponad 60 osób, wśród których muzycy Zeitkratzer odgrywają rolę liderów podgrup, wypełnionych innymi muzykami, ale głównie uczniami szkół muzycznych i amatorami. Podobną technikę zastosowali Boredoms w perkusyjnym projekcie Boadrum, gdzie kilkadziesiąt osób, często o podstawowych umiejętnościach, grało śledząc umieszczonych między nimi przeszkolonych współpracowników zespołu. W wydaniu Zeitkratzer nie chodzi jednak o krążący rytmiczny huragan, lecz o akustyczną chmurę dźwięku, która wydaje się muzycznym odpowiednikiem olbrzymiego roju owadów, w którym każdy stara się przemieszczać po swojemu, ale możliwie blisko sąsiadów, natomiast z boku widać zdumiewającą, podlegającą ciągłej zmianie strukturę. Pojedyncze tony, drony, tremolo, vibrato, stopniowo włączające się grupy instrumentów, gdzieniegdzie melodie wysnuwające się z pulsu – furkocząco-buzująca materia dźwiękowa z czasem nabiera niebywałej mocy, zwłaszcza słuchana odpowiednio głośno. Grand Orchestra to imponujące, maksymalne dzieło minimalistyczne i zarazem bardzo berliński koncept (nagranie powstało na koncercie w Haus der Kulturen der Welt w 2011 roku) – inkluzywny, schodzący z muzyką niemasową do mas i wyrównujący je wobec niej tak, by nawet aktywnie w niej mógł uczestniczyć każdy zainteresowany bezrobotny, emigrant albo biznesman.

[Piotr Lewandowski]