polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Auf der Maur Auf der Maur

Auf der Maur
Auf der Maur

Melissa Auf der Maur funkcjonowała do tej pory w świadomości odbiorców muzyki jako basistka Smashing Pumpkins i Hole, teraz przyszedł czas na emancypację jej autorskich pomysłów. Niby nie jest to album solowy (po prostu grupa zwie się tak jak liderka) ale ewidentnie tak się go odbiera. To wrażenie potęguje jeszcze udział plejady gości: pojawiają się członkowie Tomahawka, Fu Manchu, Hole i przede wszystkim Josh Homme i Nick Oliveri z Queens of the Stone Age. Album wyprodukował Chriss Goss, także związany z QOTSA. I to by nam określało w jakich klimatach przebywa ta muzyka. Uchowaj jednak Jahwe przed upraszczającym sprawę zaklasyfikowaniem Melissy. A to dlatego, że udowodniła ona, że pozycja osoby wiodącej w zespole należy jej się w stu procentach. Zarówno z roli kompozytorki, muzyka jak i wokalistki wywiązuje się pierwszorzędnie. Szczególnie pozytywnie jestem zaskoczony jej głosem.


    Ta dziewczyna autentycznie potrafi śpiewać, robi to w charyzmatyczny, zapamiętywalny sposób i wkomponowuje się w warstwę muzyczną. Swoich sił próbuje i w kawałkach ostrzejszych i w bardziej kobiecych, lirycznych. Muzycznie też jest bardzo dobrze, obyło się bez zawłaszczających sobie coraz to nowe terytoria elektronicznych cudactw, mamy czysto rockowe instrumentarium. I super. Bo to właśnie pozwala obronić się piosenkowym schematom dominującym na płycie. Bo nie ukrywajmy - nowatorskich eksperymentów tutaj nie odnajdziemy. Są za to porywające riffy, sporo energii i co nieco ciekawych zagrywek. Największe wrażenie robią na mnie utwory ostrzejsze, w których Melissa popada w lekko podniosły, pompatyczny ton - takie jak otwierające album Lighting Is My Girl, Followed the Waves, po prostu fantastyczne utwory, podobnie wypada finał płyty. Jest w nich wisielcza nuta, desperacja, uwypuklana przez gitarowe jazdy. W pamięci zapada też walczykowo-cyrkowy I'll Be Anything You Want. Trochę szkoda, że w balladowych kompozycjach nie udało się utrzymać podobnego poziomu oryginalności, są one właściwie typowymi piosenkami. Nie żeby słuchało się ich źle, ale nie posiadają tej siły rażenia, rozcieńczają album. Przez to mogło być świetnie, a jest po prostu bardzo dobrze. Zdecydowanie polecam, jest to jedna z płyt, na której dziedzictwo Seattle przybiera najlepsze emanacje. Nie chciałbym szufladkować, ale dzięki Melissie Auf der Muar oczekiwanie na nowe dokonania Queens of the Stone Age upływa mi o wiele przyjemniej.

[Piotr Lewandowski]