polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Carla Bozulich wywiad

Carla Bozulich
wywiad

Click here for the English version of this article

Pełna pozornych sprzeczności i kontrastów, niespokojna, eklektyczna, wędrowna dusza. Oto Carla Bozulich w największym skrócie. Ze sztuką obcowała chyba z każdej możliwej perspektywy – twórcy, odbiorcy i poszukiwacza, a także krytyka. Niedawno miałem sposobność przeprowadzić z nią wywiad przy okazji premiery jej najnowszego albumu solowego, Boy.

Trudno uwierzyć, że muzyczna kariera Carli sięga już ponad trzech dekad. Po dekadzie w ejtisowym podziemiu, zaczęła na dobre jako gothka w Ethyl Meatplow – electro-industrialnym, mechanicznym wodewilu z naleciałościami rapu, który doczekał się kultowego statusu zarówno wśród krytyków, jak i fanów. Mimo tego rozpadł się jednak dosyć szybko, pozostawiając po sobie tylko jedną płytę . Następnie przyszedł czas na flirtowanie z alt-country w The Geraldine Fibbers – zespole, który przez kontrakt z Virgin otarł się o mainstream. To właśnie tam wkroczył, zarówno do zespołu, jak i do życia Carli pewien jazzowy gitarzysta imieniem Nels Cline, który od tamtej pory na stałe zaczął jej towarzyszyć, zarówno w sferze artystycznej, jak i prywatnej (w tej drugiej do jakiegoś czasu).

Fibbers było interesującą mieszanką archaizmu (muzyki korzeni) z futuryzmem (kowerowali choćby Can), zawadiackiej dekadencji z sielską melancholią (którą akcentowały bardzo prominentne skrzypce), wstrzykującą kontrolowane dawki szaleństwa w mimo wszystko piosenkowe ramy, z interesującą dynamiką przypominającą momentami nieco Breeders czy Pixies (z domieszką Sonic Youth i Arto Lindsaya), a momentami bardziej śmiałe, bardziej abstrakcyjne momenty Mazzy Star, by gdzie indziej raczyć nas melodiami skłaniającymi się ku klasyce country. Było to zderzenie wielkomiejskiej histerii z prowincjonalną nostalgią. Dzięki niestabilnej, wokalnej osobowości Carli trudno jednak Fibbers porównać bezpośrednio do jakiegokolwiek innego zespołu z tamtej epoki, (nawet gdy zamkniemy się w obrębie alt-country) pomimo pozornych podobieństw i właśnie w tym tkwiła siła zespołu. Niestety, sielanka u Virgin trwała tylko dwa albumy i pomimo świetnych recenzji w prasie i bardzo dobrych opinii o koncertach, The Geraldine Fibbers podobnie jak Ethyl Meatplow nie przetrwało.

Tuż po rozpadzie Fibbers, Carla założyła z Cline’em nieco efemeryczny projekt Scarnella, który zaczął dość nietypowo, bo kowerem Jamesa Browna na jednej z kompilacji w hołdzie królowi funku, by potem nagrać dosyć osobliwą mieszankę na debiutanckim a zarazem jedynym wydawnictwie zespołu w 1998. Krzyżowały się bowiem tam: z jednej strony gitarowy prymitywizm ala Baley czy Chadbourne z transcendentalną gitarą w tradycji Basho czy Faheya; z drugiej – chłodne, gitarowe dźwiękobrazy o subtelnie kinematograficznej dynamice z architekturą budowania gęstych ścian dźwięku całym arsenałem gitarowych efektów.

W międzyczasie Carla zaangażowała się w różne projekty artystyczne – np. tworzenie ścieżek dźwiękowych do filmów czy sztuk teatralnych, aczkolwiek nie zawsze były one stricte związane z muzyką, były wśród nich także instalacje multimedialne czy też “preparowane” przyjęcie w Domu Schindlera, będące reakcją łańcuchową skalkulowanych artystycznych gagów, mających na celu stopniowe wytrącenie gości z ich strefy bezpieczeństwa.

Swój pierwszy solowy album wydała w 2003 i była to interpretacja klasyku country Williego Nelsona Red Headed Stranger. Następnie przyszedł czas na album Evangelista z 2006r., który zwiastował zmianę kierunku w jej karierze i od tamtej pory Evangelista stała się jej nową osobowością sceniczną, z którą wydała trzy kolejne płyty długogrające. Evangelista to projekt o podejściu bardzo radykalnym i konfrontacyjnym, kompletnie pozbawiony piosenkowej formy, a jednocześnie pełen sprzeczności, mieszający upiorne fragmenty z anielskimi w opętańczym strumieniu świadomości. Jest to sztuka, której stylistyczne klamry zawarłbym pomiędzy muzyką, którą skłonny jestem nazwać post-kameralną i elektroakustyczną. Opiera się ona przeważnie na elementach noise rocka, industrialu, psychodelii i gotyku lecz całością kieruje nieliniowa (i przeważnie) psychotyczna narracja, która sprawia, że elementy składowe są zdeformowane w niezwykle groteskowy sposób. O ile The Geraldine Fibbers było muzyką ze skraju wielkiej metropolii i bezdroży, to Evangelista jest ewidentnie muzyką ze zgliszczy cywilizacji. Cały zamysł tego projektu można odbierać jako pewną formę egzorcyzmowania własnych demonów oraz dychotomię dobra i zła, które są wymieszane w każdym z nas i ciągle się ze sobą zmagają…

Jak widać, poczynania Carli w przekroju jej muzycznego dorobku nie kierowały się żadnym racjonalnym, liniowym ciągiem i nie inaczej też będzie w przypadku wywiadu, który niedawno z nią przeprowadziłem i do którego lektury serdecznie zapraszam.

 

 

Carla, patrząc na Twój życiorys – ze świecą trzeba by szukać artystycznych przedsięwzięć za które się jeszcze nie wzięłaś. Zastanawiałem się jakie musiało być Twoje dzieciństwo – kim chciałaś zostać i czy trudno było Ci zdecydować na co przystać? 

Carla Bozulich: Będąc dzieciakiem, myślałam, że w przyszłości zajmę się zwierzętami. Gdy byłam nastolatką, z kolei coraz bardziej interesowałam się malarstwem – ale do tego momentu byłam pewna, że przyszłość będzie wypełniona wyłącznie robakami. Miałyby one uszy, którymi pochłaniałyby dźwięk i wypluwały by go z powrotem w postaci zamrożonych promieni laserowych niosących w sobie bardzo małe (lecz śmiertelne) dawki hałasu. Dużo czasu spędziłam na malowaniu tego, co wydawało mi się, że będzie zapomniane przez te robaki. Chciałem udokumentować lody, tampony, pułapki na myszy, klatki, ogrodzenia, ściany…ale wszystko się paliło…wszystko co malowałam kończyło w płomieniach, więc aby rozwiązać ten problem zaczęłam rysować dziewczynki. Trzymałam kartki papieru pod stołem albo skrywałam je dłońmi …a one nigdy nie wiedziały jaką czułością je obdarzałam przez te 10 minut w kawiarence albo obskurnym klubie bez ograniczeń wiekowych.

W trakcie swojej kariery bardzo często się przeprowadzałaś. Czy specjalnie szukałaś weny w różnych miejscach czy tak po prostu Ci się układało w życiu? Czy któreś z tych miejsc miało dla Ciebie jakieś szczególne znaczenie jeśli chodzi o inspirację?

Przyszłam na świat pozbawiona biologicznej potrzeby rozmnażania – to jakby urodzić się z dodatkową ręką czy coś w tym stylu. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że niosło to ze sobą wiele zalet. Robię to na co, do cholery, mam ochotę.

No to porozmawiajmy teraz o Twoich muzycznych projektach…

Ethyl Meatplow był w porównaniu do reszty Twojej kariery czymś z zupełnie innej bajki ale czas spędzony tam wydawał się być niezłą zabawą. Mogę jednak sobie wyobrazić, że emanujące stamtąd szaleństwo mogło być męczące psychicznie. Czy właśnie dlatego postanowiliście wziąć przerwę i poszliście w osobne strony?

No cóż, rozstaliśmy się po 5 latach bycia razem i po ponad 500 wspólnych koncertach…Trzeba też wspomnieć o tym, co w sporej mierze było naszą inspiracją do założenia zespołu. Chcieliśmy aby zespoły “hair-metalowe” zakrztusiły się własnymi rzygami – grały to, co określaliśmy mianem “cock rocka”, a my chcieliśmy nasrać na ich machismo tematyką homoseksualną. Dużo działaliśmy z wywrotowymi aktywistytami na rzecz AIDS. W momencie gdy rozwiązaliśmy zespół w 1993, nie było już hair metalu – zabił go grunge – a to sprawiło, że trudniej było nam realizować nasze pierwotne założenia.

Grunge właśnie się zaczynał, Sonic Youth działało już od dawna. Nagrali już Sister i EVOL…było wiele innych rzeczy, które uwielbialiśmy – Swans, Neubauten, Public Enemy, NWA, zespoły, które już nie istniały, jak Slits czy ESG, itp. Wszystkie te mega ciekawe rzeczy z Earache Records zaczęły wychodzić gdy my mieszkaliśmy w vanie. Były to świetne czasy, gdy muzyka rozgałęziała się w zwariowany sposób. Odkrywanie tych wszystkich białych kruków było zarazem nie lada wyzwaniem, ale jednocześnie niesamowitą pożywką dla umysłu. Znaleźliśmy kiedyś kasetę przepięknie grającego zespołu Low. Dowiedzieliśmy się, że są wierzący i wydało nam się to takie ekscentryczne – niemal egzotyczne. Gdy puszczaliśmy ich muzykę, wszyscy zamierali w milczeniu – słuchaliśmy tę kasetę aż do zdarcia. W tym czasie zaczynali też Masonna, Merzbow, Boredoms, Butthole Surfers. Przyjaźniliśmy się z Crash Worship. Koncertowaliśmy razem z Oxbow (zaczynają się rysować ciekawe analogie!). Koncertowaliśmy z Caroliner Rainbow (więcej ciekawych analogii!). Graliśmy też z The Cows (jednym z najlepszych zespołów koncertowych wszech czasów), no i obracaliśmy się też w towarzystwie grup takich, jak Helmet… Tak więc zdarzały się i większe zespoły grunge’owe, które uwielbiały Ethyl Meatplow ale większość sceny undergroundowej była przekonana, że używanie zapętlonych sekwencji, automatów perkusyjnych, sampli, syntezatorów i nagrań polowych było równie skomplikowane co odtwarzanie muzyki z CD – pomimo tego, że samplowaliśmy na żywo, a nasz perkusista, Harold, był istnym zwierzakiem scenicznym. Wee Wee (John Napier) śpiewał / rapował jak upośledzone dziecko w ciele dorosłego człowieka, z oczami Charlesa Mansona i prawdziwymi tatuażami z więzienia. Często mieliśmy na scenie planowanych (i nie) świrusów, tańczące dzieci kosmitów robiące dziwne rzeczy z tyłkami i kowbojskimi kapeluszami, itd. Wyobraź sobie jakby na to zareagował Pavement – właśnie tego typu rzeczy sprawiały, że chciało nam się żyć. „Postaw na swoim” – to było nasze motto. Brak gitar był naszym głównym środkiem do wkurzania ludzi – to naprawdę działało, a Wee Wee dobrze o tym wiedział. Co śmieszniejsze, był jednym z najlepszych gitarzystów jakich znałam ze sceny punkowej, ale nie daliśmy nigdy publice szansy by przekonać się jak nam było by łatwo grać „prawdziwą” muzykę. Za każdym razem gdy wkurzyliśmy kogoś, kogo podziwialiśmy – skakaliśmy z radości i przybijaliśmy piątki.

Można zaryzykować stwierdzenie, że wszystkie Twoje projekty zajmowały się w jakiś sposób tematyką dekadencji. Stąd pytanie – czy wybór Barry’ego Adamsona, podopiecznego mistrza dekadencji Nicka Cave’a na producenta płyty Happy Days, Sweetheart był z góry upatrzony?

Bardzo go szanowaliśmy za to, czego dokonał z Nickiem Cave’em i Magazine ale na naszej decyzji zaważył jego solowy album Moss Side Story. Niestety tylko kilku wydanym przez nas piosenkom udało się uchwycić esencję zespołu i oddać intensywność tej mieszanki noise’u i rapu z naszym homo-nerdowskim tańcem. Nikomu z nas nie udało się znaleźć odpowiedniego formatu by to wydobyć. Album długogrający był zbyt formalny. No i z czasem byliśmy bardziej popowi. Nie pasowało to do tego projektu. Są winyle i kasety wyprodukowane przez naszego perkusistę Harolda i można znaleźć tam świetne elektroniczne dziwactwa, ale powinniśmy raczej nagrać dobry koncert ze sklepu piwnego Kirby’s w Wichita, Kansas i wydać to jako album.

Odnośnie rozpadu Ethyl Meatplow – czy chciałaś zacząć na nowo i odciąć się od przeszłości czy też może ciągle masz miłe wspomnienia z tych czasów?

Kocham Ethyl Meatplow. Najzabawniejszy zespół na świecie. KOCHAM. Przykro mi, że nie dane będzie Ci tego doznać. Wszystko co po nas zostało jest gówniane. CD jest słabe. Teledyski niby są fajne, ale nie oddają wszystkiego w pełni. Najlepsze co można znaleźć to youtube’owy bootleg koncertu z Norman w stanie Oklahoma, jednego z najbardziej konserwatywnych miast w USA obok Wichity w Kansas. 

Porozmawiajmy teraz chwilę o The Geraldine Fibbers. Co się działo pomiędzy rozpadem Ethyl Meatplow a założeniem The Geraldine Fibbers? Jak doszło do powstania tego drugiego? Od strony stylistycznej, to nie można by znaleźć dwóch bardziej odmiennych zespołów. Co sprawiło, że zrobiłaś skok z post-industrialnego goth-kabaretu w stronę czegoś bardziej związanego z muzyką korzeni?

Jeśli chodzi o mnie to ćwierć mojego życia minęło w tourbusie. Tam też napisałam wiele początkowych utworów Geraldine Fibbers – takie tam pioseneczki country, jak np. „They Suck” mijając tysiące kilometrów pól kukurydzy lub zatrzymując się w zajazdach dla kierowców ciężarówek.

Czy Twoja słabość do country zaczęła się z momentem założenia The Geraldine Fibbers, czy jakiś czas wcześniej?

Zakochałam się mocno i szybko w wieku 21 lat. Były to albumy George’a Jonesa. Całe moje życie zmieniła jedna chałupniczo wydana kaseta. Przedtem w ogóle nie lubiłam takich rzeczy. „Co za wieśniaki” – mówiłam sobie wtedy.

Jak to się stało, że podpisała z wami umowę tak duża wytwórnia, jak Virgin?

Znaleźliśmy się we właściwym miejscu i właściwym czasie – byliśmy w LA i mocno przykładaliśmy się do tego jak gramy, po tym jak wiele osób z A & R (Arts & Repertoire – przyp. tłum.) przegapiło Bleach Nirvany i patrzyło się jak Geffen zarabia grube miliony na Nevermind. No wiesz, majorsi podpisywali wtedy umowy z każdym, o kim ktokolwiek mówił dobre słowo. Kupowali pakiety większościowe każdej dobrej wytwórni niezależnej, która tylko na to przystała (wliczając Sub Pop). Nie chcieli za wszelką cenę obudzić się z ręką w nocniku. To właśnie ich na dłuższą metę wykończyło. A dla mnie była to szansa na życie takie, jakie chciałam i przy okazji pomaganie wielu innym ludziom. Nasz kontrakt był porównywalny z Adele. Nawet jeszcze dzisiaj płyną z tego jakieś zyski. Nie jest mi tych ludzi żal. Nie mogę po prostu uwierzyć, że naprawdę myśleli, że będziemy sławni.

Jak doszło do waszej współpracy z Beckiem Hansenem? Czy nadal macie ze sobą kontakt, czy było to zbyt spontaniczne by przełożyć się na bardziej trwałą znajomość?

Beck i ja znaliśmy się od dawna. Robił co robił – po prostu zjawiał się i miał ochotę wyjść na scenę i wypluć z siebie to co przynosiła mu ślina na język – nie miało dla niego znaczenia czy było tam 5 czy 25 osób. Grał dla każdego i wszędzie i na pewno nie dostawał za to żadnej kasy, w okresie kiedy często go widywałam. Piękne z niego stworzenie o dziecięcych rysach z wnikliwym, dzikim spojrzeniem i oczami kosmity. Napisałam o nim piosenkę, gdzie jego niebieskie oczy nazwałam czarnymi. Wtedy był u progu sławy i wydawał się być z tego powodu bardzo spięty. Była to Blast Off Baby - jedna z pierwszych piosenek jakie nagrałam z Fibbers. Beck zajmował się folkiem z abstrakcyjną narracją, którą okraszał swoim donośnym, świetnie brzmiącym głosem. Pomogłam mu nauczyć się jak samplować i tworzyć pętle na moim Ensoniq EPS 16+. Ja też się od niego sporo muzycznie nauczyłam. Dyskietki! Niech ktoś je przywróci!

Począwszy od albumu Butch Nels Cline wstrzyknął w Twoją muzykę coś totalnie odjazdowego, ale jak mniemam spodobało Ci się to, bo od tamtej pory ze sobą stale współpracowaliście. Jak byś określiła to, co wniósł w sferę artystyczną Twojego życia?

Bardzo lubię gdy zmienia się cała ta chemia, którą przekazujemy sobie nawzajem w przestrzeni artystycznej. Gdyby właśnie nie to, to nie byłabym muzykiem, a jeśli nawet – to na pewno nie takim, jak teraz. No ale trochę nuży mnie gdy słyszę o tym jakoby samo przyjście Nelsa nagle sprawiło, że staliśmy się dziwni. Dokładnie wiedziałam czego chcę. Nels nie jest egomaniakiem więc mogłam mu mówić co ma robić, a on potrafił zrobić to jeszcze lepiej. Przekazałam mu od siebie tyleż dziwactwa i partnerskiego ducha co on mnie. Widzę uszami! Strzelam pająkami z opuszków palców a każdy z nich działa jak podwodny dzwon. Wybacz, że to powiem, ale wydaje mi się, że większość ludzi chciałoby wierzyć, że to za wizją kobiety zawsze stoi mężczyzna. No więc…czy bierzesz to za odpowiedź czy mam cisnąć w Ciebie wściekłym kotem, który przegryzie Ci tętnicę szyjną? Ha ha, tak wygląda żart w moim wydaniu.

Wiem, że nakręciłaś teledysk do „California Tuffy”, zdawało się to być bardzo spontaniczne i dawać dużo frajdy, ale założę się, że wszystko było drobiazgowo zaaranżowane. Jakie to uczucie pracować nad teledyskiem? Nie miałaś już dość ciągłego maglowania tej piosenki by upewnić się, że wszystko idealnie się zgrało?

Cudownie, że o to zapytałeś – bo teoretycznie całą zasługę przypisano komuś innemu. Była to – bez dwóch zdań – jedna z najtrudniejszych rzeczy jakie kiedykolwiek robiłam: stworzenie tak zwartej struktury, klatka po klatce, aby rozwinęła się z tego 4-minutowa przygoda, w trakcie której mielibyśmy naprawdę masę frajdy. I naprawdę byliśmy wtedy cali w skowronkach. Było nas stać zrobić to wszystko aż pięć razy bo kręciliśmy to na taśmie 35mm. Teledysk jest chirurgicznie precyzyjny w każdym ruchu, sekundzie i klatce – chcieliśmy się zastosować do listy wymagań MTV dla udanego teledysku, np. szybkie zmiany kadru, lip-sync, zbliżenia, solówki – wpasowaliśmy się we wszystkie te kryteria, ale w sposób dla nas absurdalny i zabawny. MTV odrzuciło jednak ten teledysk bo sądziło, że palenie perkusji i skrzypiec może zachęcić kogoś do piromanii…

A teraz trochę poważniejszy temat…Co prawda moja wiedza związana z rozwiązaniem The Geraldine Fibbers jest ograniczona, ale jak mniemam to wasza wytwórnia wymusiła to na was. Czy czujesz, że mogłaś osiągnąć coś więcej z Fibbers i żałowałaś tego? Czy projekt Scarnella oddawał stan Twojego ducha po tym jak rozwiązaliście Fibbers?

Wiem, że nie jest to popularna opinia, ale wytwórnia nie miała w kontrakcie absolutnie żadnej kontroli nad nami. Ani piksela, nutki, teledysku, czegokolwiek…Po prostu dawali nam pieniądze, autobus, sprzęt, pensje dla nas i naszej ekipy, no i generalnie starali się nam pomóc na tyle na ile tylko mogli. Wielce ich to ucieszyło, że tak naprawdę chcieliśmy wykonywać naszą pracę i grać koncerty bez końca. Chyba wychodzi na to, że większość zespołów po podpisaniu kontraktu leży do góry dupą i wsadza sobie tam marchewki. Gdy poprosiliśmy ich o pieniądze dla artystów, którzy z nami koncertowali – powiedzieli „spoko!”. I takim właśnie trafem cała masa ludzi mogła usłyszeć o Quintronie i Pussycat, gdy koncertowali z nami przez sześć tygodni. Pewna młoda kobieta, która zwała się Cat Power też dostała swoje pięć minut – do dzisiaj słyszę od ludzi ich pierwsze wrażenia z jej koncertów z tamtych lat. Dzięki Ci, Wujku Virgin! Zrobili sporo dobrego dla obsrańców z najniższego szczebla korporacyjnej drabiny. I słuchaj – nikt nigdy nie zmusiłby mnie do rozwiązania zespołu. Trzymamy się razem póki tylko możemy. W ten sam sposób nikt nigdy nie zmusiłby mnie do tego, bym uwierzyła w Boga.

Mogłabyś trochę przybliżyć temat kompozycji Scarnelli? Jak się one różniły od tego, co robiłaś z The Geraldine Fibbers? W jakim stopniu były one improwizowane lub aleatoryczne, a w jakim stopniu były z(a)warte w jakichś ramach?

Nagrywanie tego albumu Scarnelli było przezajebistym uczuciem od którego emanowało czułością, pracą zespołową i zaufaniem. Oboje wnieśliśmy w to wszystko co w nas najlepsze. Nie chodziło nam o przykucie niczyjej uwagi. Cieszyliśmy się, że mamy po prostu dość pieniędzy i wystarczająco dobry samochód by dojechać do Seattle. Nagrywaliśmy w Reciprocal Studio. Wcześniej zatrzymaliśmy się po drodze w Big Sur i tam dokończyliśmy pisać nasze kompozycje. Nagraliśmy i zmiksowaliśmy cały album – 16 ścieżek i jednocalową taśmę – w dwa dni. Cudownie. Dużo grałam na basie, toteż zaczęłam dawać czadu na Ensoniqu – ach te loopy!

Inspiracje muzyką korzeni były, zdaje się, w Geraldine Fibbers od zawsze, ale co Cię skłoniło do nagrania pełnoprawnego albumu na cześć Williego Nelsona i wydania go jako pierwszego nagrania pod własnym imieniem i nazwiskiem? Czemu w ogóle zdecydowałaś się na reinterpretację dzieł kogoś innego i czemu właśnie ten album? Jak to było, móc pracować z Williem? Co dla Ciebie znaczy jego muzyka?

Mmm, uwielbiam Williego Nelsona, a gdy słuchasz tego właśnie albumu, on po prostu przenosi Cię w konkretne miejsce w konkretnym czasie. Nie mam tutaj na myśli miejsca gdzie przebywa Willie lub tamtego okresu w historii…Chodzi mi bardziej o to, że coś nadaje mi absolutnego sensu, gdy go słyszę. Słuchając jego czuję się odmieniona na lepsze. Jest bardzo uroczy, ale nie oczekuj tego, że automatycznie Cię zaakceptuje. Tak – uśmiechał się i był miły jak cholera gdy się spotkaliśmy, ale rozmawiał ze mną i patrzył na mnie oczami ostrymi jak brzytwa. Bardzo mu się podobało to, co nagrałam na tym albumie. Gdy rozmawialiśmy o czymś zabawnym, zarażał mnie śmiechem momentalnie – wtedy zauważyłam, że już mnie nie bada wzrokiem i wszystko było już totalnie na luzie. Po jednej z rozmów na temat nagrań, zapytał „a kim u licha jest ten koleś z gitarą hawajską? On naprawdę wie co robi!”. Ha, ha – to była cudowna chwila.

To teraz porozmawiajmy chwilkę o Evangeliście. 

Mogłabyś wytłumaczyć dlaczego zaczęłaś wydawać albumy pod tą właśnie nazwą, mimo, że już wcześniej wydawałaś tak zatytułowany album pod własnym imieniem i nazwiskiem?

Pomysły na Evangelistę rozwinęły się organicznie w studio i rozmnożyły niczym organizm wielokomórkowy. Lwią część materiału napisaliśmy ad hoc lub totalnie improwizowaliśmy. Czułam, że 2 z piosenek Evangelisty udźwigną tematycznie cały album. Trudniej było mi wtedy kontrolować swoje uczucia niż kiedykolwiek wcześniej. Nie byłam w stanie zapanować nad nimi w normalny sposób. Z jednej strony – byłam bardzo świadoma tego do czego zmierzam a z drugiej – starałam się uchronić moją jaźń od tego co się głęboko w niej formowało. Ludzie, którzy mi towarzyszyli na tym albumie, a w szczególnośći Elfrim Menuck, mocno się ze mną sprzeciwiali w kwestii 2-3 pomysłów, które mogły odebrać moc całemu dziełu. Było to bez wątpienia najbardziej intensywne przeżycie jakiego doznałam w studiu, no i właśnie stamtąd wszystko wyszło…Evangelista to opiekuńcza, mściwa czerwonooka pani z czarną zbroją rycerza, gotowa pociąć cię plugawymi szponami i nakarmić Cię Twoim własnym sercem jeśli przez to poczujesz się lepiej.

Gdy swego czasu dowiedziałem się, że John Eichenseer został członkiem Evangelisty, to się trochę zdziwiłem, bo znałem go z muzyki (wyrafinowany drum’n’bass / post-techno, itp.) która zdawała się być z kompletnie innego wymiaru niż Evangelista. Jak się poznaliście?

To super, że znasz dzieła Johna (JHNO). Znaliliśmy się od długiego czasu. Grywał z Nelsem wiele lat temu. Zakradał się do mojego pokoju. Patrzył, gdzie śpi Carla.

A teraz porozmawiajmy o Twoim najnowszym dziele. Na Boy porzuciłaś pseudonim Evangelista. Co Cię do tego skłoniło? Czy czujesz, że wyczerpałaś artystyczną personę Evangelisty czy chciałaś może nakreślić granicę między tymi kreacjami?

Evangelista nadal żyje!!

W niektórych momentach Boy emanuje afroamerykańskością – można tu natknąć się na wielokrotne, celowe powtórzenia fraz i głosek (Ain’t No Grave, One Hard Man). W jaki sposób zainteresowałaś się tą kulturą?

Myślę, że raczej nie musisz znać całego mojego dorobku a tym bardziej całej mojej kolekcji płyt, ale odpowiadając na Twoje pytanie: kocham tańczyć, perkusja – to jest to (!), jazz był moim smoczkiem, funk rządzi, soul jest boski. To właśnie dzięki rapowi powstało Ethyl Meatplow. W moim życiu było więcej elementów afroamerykańskich – jedzenie, taniec, ubiór, sztuka, pewni pisarze, tacy jak Ralph Ellison (Invisible Man!!), James Baldwin, Maya Angelou czy Malcolm X – niż jakichkolwiek innych inspiracji. Wszystko to otaczało mnie już od dziecka. Odkąd tylko pamiętam słyszałam prawie wyłącznie czarną muzykę. Ale do tej pory raczej niezbyt dobrze wychodziło mi pokazanie tego w swojej twórczości. Chociaż potrafię zaśpiewać coś zwariowanego w tym stylu. 

Sprawdź sobie cover Hot Pants Jamesa Browna w wykonaniu Scarnelli a przy okazji obadaj sobie wytwórnię założoną przez świetny holenderski zespół The Ex – Terp Records.

Jeśli chodzi o inspiracje albumu Boy – czy to nie było tak, że chciałaś na nim skomasować nieustanną ruchliwość Twojej wędrownej duszy i uchwycić ją w ramach dzieła sztuki?

Wiesz co? Nie miałam już wyjścia. Ciągle się gdzieś przemieszczałam. Cały nasz dobytek mieścił się w dwóch skrzyniach i dwóch torbach. W pewnym sensie chciałam to wszystko udokumentować – gdy wszystko jest cudowne i spontaniczne. Jeździsz wszędzie, coś znajdujesz, coś gubisz, jesz super rzeczy, ludzie klaszczą ci gdy wychodzisz na scenę i przepasasz się gitarą, a potem w środku piosenki chcesz jej użyć i uświadamiasz sobie, że jej nie podłączyłeś! Takie momenty, gdy deszcz leje ci na skrzynię z efektami albo gdy biegniesz po wzgórku z kocich łbów by złapać autobus, który ucieka ci tuż sprzed nosa i nie masz już szans by zdążyć na umówioną audycję w radiu. Ale chwilę potem widzisz o zmroku cztery identyczne psy, patrzące się jeden na drugiego. Tego typu rzeczy. To jest właśnie Boy.

Jeden z utworów, Gonna Stop Killing, nawiązuje do tytułu Twojej koncertówki z 2004. Czy ma on dla Ciebie jakieś znaczenie?

Od zawsze uważałam, że to świetny tytuł na piosenkę, mogę to porównać do tego, że czasami malowałam obrazy bo znajdowałam cudowne ramy w sklepach charytatywnych. W tym przypadku starałam się napisać tę piosenkę przez wiele lat tak, by w końcu „rama” zaczęła wyglądać dobrze. 

Jako osoba która od czasu do czasu interpretuje dzieła innych, czy Twoje zainteresowanie idzie także w drugą stronę? Czy interesujesz się tym co z Twoją muzyką zrobili inni? Co Cię skłania do interpretowania czegoś na nowo?

No więc…uwielbiam współpracować i uwielbiam czerpać od innych inspirację, tworzyć aluzje i zapożyczać z dzieł innych artystów. Moje własne pomysły, mimo, że często przychodzą szybko, rodzą się w bólach. Tak więc jest dla mnie przyjemnością gdy oddaję pierwsze skrzypce odmiennemu arsenałowi magicznych sztuczek – oczywiście pod warunkiem, że w pewnym momencie dostanę je z powrotem.

Począwszy od dodawania do mojej muzyki chórków na produkcji skończywszy, uwielbiam wczuwać się w atmosferę, którą stwarza ktoś inny. Gdy muzyka zmienia się i rozwija wraz z wpływem kogoś innego, tak jak z Jhno na Boy, jest to dla mnie doznanie wręcz nieziemskie. Osobiście uważam, że uczucie, jakie ze sobą niesie wzajemne przekazywanie muzycznej energii i pomysłów jest tak intensywnie stymulujące, że na samo wspomnienie, ledwie potrafię teraz o tym myśleć.

Jesteś niewątpliwie zapaloną entuzjastką odkrywania muzyki i sporo się na ten temat wypowiadałaś. Zastanawiałem się jednak, czy są jacyś (głównie mam tutaj na myśli współczesnych, świeżych) artyści, którzy szczególnie przykuli Twoją uwagę?

Noveller, Magik Markers, Crass, Bags, Wendy Carlos, Matana Roberts, Blue Willa.

Bardzo dziękuję za poświęcenie czasu na ten wywiad!

English Version

Carla, taking a glance at your CV, as far artistic endeavors are concerned, there is very little that you haven’t already taken up. I was wondering what did you want to be when you were a child and if you had much trouble deciding?

Carla Bozulich: When I was small I thought if there was a future world I would take care of the animals. When I was in my teens I got more and more into painting but by that time I was sure there would only be bugs with ears that could eat sound and the ears would be able to spit the sound back out in the shape of frozen laser beams shooting very small (but deadly) noise. I spent a lot of time painting what I thought would be forgotten by the bugs. I wanted to archive ice cream and tampons and mousetraps and cages, fences and walls - but everything was on fire - everything I painted was already gone into fire and invisible. So for that problem, I just started drawing girls with paper under the table or far inside my arms. They never knew how carefully I loved them in those 10 minutes in a coffee shop or at a dirty all-ages club.

You’ve been relocating throughout your career quite frequently. Have you been specifically searching for inspiration in different places or was it just life? Anyhow, has any of these places had any special significance to you as far as inspiration is concerned?

I was born without a biological urge to reproduce -similar to being born with an extra hand or something. It has been to great benefit. I do whatever the fuck I want.

Now, let’s talk about your musical projects in particular.

Ethyl Meatplow was unlike anything you’ve done since and it seemed like a lot of fun, but I can imagine the madness emanating from the music being psychologically exhausting. Is that why you’ve all taken a break from it and went separate ways?

Well, it was time after we were together 5 years and did more than 500 gigs..... also much of the reason we formed was to make the "hair-metal" bands throw up in their own throats because they were playing what we called "cock rock" and we were gaying all over that. We were doing lot of stuff with rebel AIDS activism groups and stuff. Misogynist and not homophobic and not only looking for an audience of "cool" kids to make them feel cool. By the time we quit in ‘93 hair metal was totally killed by grunge so the original idea was harder to direct. Grunge was starting and Sonic Youth was already long playing when we started. Sister was out and so was Evol and there was so much stuff we loved: Swans, Neubauten, Public Enemy, NWA, the gone bands like Slits and ESG, etcetera... all the Earache stuff started happening while we were in the van, it was a great time for music getting crazy branches and discovering hard to find gems was so difficult and so incredibly nourishing. The Walker Bros played in the van a lot. We found a cassette by an intensely beautiful band called Low. We heard they were religious and that seemed so eccentric -almost exotic. Everyone would hush up in the van - we played their tape to death. Masonna, Merzbow, Boredoms, Buttholes, etc were starting up. Crash Worship were our comrades. We played with Oxbow (interesting Parallels)! We played with Caroliner Rainbow (more interesting parallels)! We played with The Cows (still one of the greatest live bands ever) and there were people like Helmet.... So there were bigger people in grunge and stuff who loved the project but most of the regular underground scene thought that triggering sequenced music, drum machines, sampling, synths and field recordings were like playing from a cd, even though we were doing a lot of live sampling and the drummer, Harold, is a force of nature. Wee Wee (Napier) was sort of a damaged baby-style singing/rapping from a grown man's body, fagging up to their macho legs with eyes like Charles Manson and real jail tattoos. We often had planned and unplanned whacko, dancing alien children doing stupid stuff involving butts and cowboy hats, etcetera. Imagine Pavement reacting to that - those looks are what we lived for. Take a fucking stand, said us. No guitars was our primary means of pissing people off, it really worked and Wee Wee knew that. He was actually one of the greatest guitarists I knew from the punk scene but the audience never knew how easily we could have played "real" music. Every time we offended someone that we admired we did jumping high-fives. 

It could be argued that all your projects dealt with the subject of decadence in one way or another. Hence the question is - was Barry Adamson, an alumni of the master of decadence Nick Cave, a specific target for the producer’s role for Happy Days, Sweetheart? Or was it a lot more random than I’m making it out to be?

We loved his work with Nick Cave and Magazine but that decision was based completely on his album Moss Side Story. Unfortunately there are only a few songs ever released that capture the nature and potency of the band and the intense incorporation of noise and rap into our gay-dork dance thing. None of us went the right way with that. The full-length album was too formal for us by 1000 miles. Also, we went kind of pop. It wasn't right for that project. There are vinyl and cassette only releases produced by our drummer, Harold (Biff) that are excellent electronic freak-o weird-o things. But we should have just recorded a good gig at Kirby's beer store in Wichita Kansas and made that our album. 

As regards the break-up of Ethyl Meatplow, did you want to reset your creative existence and start anew, sever all ties from the past or do you still have fond memories of these days but simply moved on?

I love Ethyl Meatplow. Funniest band ever. Love. I'm sorry you can not ever experience it. The documentation is shit. The cd is weak. The videos are fun but don't communicate the thing at all. The best thing you'll find, and it's sweet, is someone's Youtube video of a show we did in Norman Oklahoma, one of the most conservative towns in the USA, along with Wichita, Kansas. Ethyl Meatplow, Norman Oklahoma - that will get you there.

Let’s talk about The Geraldine Fibbers for a moment.

What was happening in-between the breakup of Ethyl Meatplow and the formation of The Geraldine Fibbers? How did Geraldine Fibbers come about? Stylistically, both bands were wildly different, what made you want to jump from post-industrial goth cabaret to something more rootsy (though in a way no less extravagant even if subtler)?

For me, in my life about 1/4 of the things have happened in a tour van. I wrote many of the first Geraldine Fibbers songs - little country songs like "They Suck" in the van driving through 1000's of miles of corn fields and truck stops. 

Has your hankering for country thing started around the time you’ve formed The Geraldine Fibbers or way, way before?

I fell in love hard and fast with the work of George Jones very suddenly at the age of 21. My life was changed by one handmade cassette. I never liked it before that. Buncha rednecks, said I.

How did you end up being signed by something as major as Virgin of all labels?

We were in the right place at the right time. Doing good music in LA after so many A + R persons missed the discovery of Nirvana's Bleach and then had to watch Geffen making a billion on Nevermind. You know the majors signed everyone that anyone said was good. They bought 51% or every great indie label that would agree (including Sub Pop). They couldn't be caught with their pants down. That is what killed them. The "pissing match". And that is what made it possible for me to live the life I wanted and help so many people long the way. We had a contract worthy of Adele. I still benefit by it from time to time. I don't feel bad for them. I can't believe they thought we would get a hit. 

How did you get involved in collaboration with Beck Hansen? Are you still in touch or was it too hectic and random to coalesce into any sort of a professional relationship?

Beck and I were friends from long ago. He got what he got by just fucking showing up and following his urge to get down and fucking sing it, didn't matter if there was 5 or 25 people. He played for anyone, anytime and for sure he wasn't getting paid most times I saw him around. Beautiful child creature with curious, feral, spaceman eyes. I referred to his blue eyes as black in a song I wrote for him when he started to break and seemed nervous about it. Blast Off Baby - one of the first Fibbers. He did that abstract story folk music with that great big, beautiful voice. I thought him how to make his first sample/loop on my Ensoniq EPS 16+. I took a couple of tricks from him, too, spirit-wise. Floppy disks! Bring 'em back.

Beginning from Butch, Nels Cline has injected something totally “spaced out” into your music, but I take you really liked it since you have been collaborating with him ever since. How would you describe what has he brought to your artistic endeavors?

I am very into being influenced by the changes in chemistry when we pass through each other's artistic space. I would not be a musician if it were not for that and certainly not as good. Still, I'm a little tired of that idea of Nels stepping into the Fibbers and making us weird. I knew exactly what I was doing. Nels is not an ego-tripper, so I could tell him what to do and he'd do it even better. I gave him every bit as much weird and instinctual collaboration as he did me. I fucking see with my ears. I shoot arachnids out of my fingertips and each one rings an underwater churchbell. Excuse me to say this but sometimes I think people need to believe there's a man behind the woman's vision. So..... did that answer the question or should I also kill you by swinging an angry cat into your jugular vein? Ha ha ha that's my version of a joke.

I know you directed the video for “California Tuffy”, it seemed like a lot of fun and spontaneous but I bet it was painstakingly choreographed. What was it like to work on a video? Weren’t you tired of going through the song over and over again to ensure everything was perfectly synced?

I love you for asking me that. There's another guy credited for that. It is, by far, one of the hardest things I ever did to create a frame-by-frame structure so solid that it would not need any edits and to write it in a way where we would have that much fun and unfold a 4 minute adventure. We were all so in love, then, too. We could afford to do the whole thing 5 times because it was shot on 35 mil film, dude. The video is precise and deliberate in every intention, every second, every frame. It has much to do with taking MTV's list of requirements for a successful video ie.: fast edits, lip-synching, close-ups, guitar solos and doing them all but in a way that me and our friends would think was absurd and fun. MTV rejected the video on the grounds that burning the drums and violin would inspire pyromania. 

Now, probably something less fun - my knowledge related to the disbandment of Geraldine Fibbers is scarce and limited, but I presume the decision was pressured by your record label. Have you felt you could’ve achieved something more with Fibbers and you regretted this fact? Did Scarnella reflect your state of mind after how you felt about the disbandment?

I know it's not popular to say this but the record company had absolutely no contractual control. Not 1 single pixel, note, video, nothing you can even think of. They just gave us money, a van, gear, salaries for us and our crew and tried hard to help us as much as they could. They were psyched that we actually wanted to do our job and tour our asses off. I guess most bands sign up and just lay around stuffing carrots up their butts. When we asked them for money to pay other artists on tour they said cool. Quintron and Pussycat got heard by a fuck of a lot of people in 6 weeks on the road with us. A young woman calling herself Cat Power made quite the splash - I still hear people's initial impressions of her from those gigs. Thank you Uncle Virgin. They did good for giant poop-caked corporate bottom feeders. And listen, no one could ever make me break up a band. We all hold it together until we don't. No one could ever make me believe in God, either. 

Could you shed some light upon Scarnella’s compositions? How did they differ from doing stuff with Geraldine Fibbers? To what extent was it improvised or left to chance and to what was it contained (I mean something akin to movements)? 

Oh, making that Scarnella record was just too fucking cool and hazy with tenderness and teamwork and trust. We both brought our best to that. There was no spirit of doing something important or the opposite. We were just happy to have enough money and a good enough vehicle that could make it to Seattle. We recorded at the old Reciprocal Studio (look it up). We stopped in Big Sur on the way and finished the last of the written parts. The album was recorded and mixed, 16 tracks and 1" tape in 2 days. Perfect. I played a lot of bass. I started rocking my Ensoniq for that - loops!

I guess the rural undertones have always been in Geraldine Fibbers, but what made you make a full-fledged tribute to Willie Nelson and release it as your first album under your own name? Why did you wanted to reinterpret anything in the first place, and why this particular album? What was it like to work with Willie by the way and what does his music mean to you?

Oh, I love Willie Nelson and that album just puts you in one exact place, in one exact time when you listen. I do not mean the same place as Willie or the time-period of the story. I mean to feel like there's something making sense that moment when I hear him. He straightens me out in a good way. He's a very sweet guy but he doesn't just automatically except you. Yes he smiled and was nice as hell when I met him. But he talked to me and looked at me with a sharp as hell eyes. He liked what I had recorded of the album a lot. As we spoke his laughter quickly got me laughing and something was very funny... I looked at his eyes again and I saw that he was not studying me anymore and all was just cool. That's a great moment between people. After talking to me generally about the recordings he said, "and who the hell is that lap steel player? That dude's really on to something". Ha ha ha, marvelous.

Let us now turn to the subject of Evangelista. Could you explain what made you assume Evangelista moniker after releasing such titled album under your own name first?

The concept multiplied like a cellular organism in the studio... Much of the material was improvised or written on the spot. I knew that the 2 Evangelista pieces were going to carry a concept for the album. My feelings were more difficult to control than ever before that in my life. I did not control the thing in my normal way. I was, on one hand, fiercely aware of what my intentions were and also just trying to keep my conscious brain from the thing that was forming. The people on that album and Efrim Menuck, in particular, stood up to me against 2 or 3 ideas that might have really taken the power away from the work. It was, by far far far the most intense experience I've had in the studio and something came out of there..... Evangelista is a protective, vengeful red-eyed lady in black knight's armour ready to cut you with filthy claws and feed you your own heart if it will make you well and able to see yourself and be proud.

To me, Evangelista is partly about exorcising inner demons but it is actually about some spiritual dichotomy with something devilish juxtaposed with something angelic. I’ve got a feeling that this very dichotomy has a conceptual significance. Is that what you wanted to communicate – that there is a bit of a good and evil in everyone but tangled up in-between and in constant struggle? Where do you put yourself as an artist carrying out a message in all this?

The concept of Evangelista is written in our first album (the one under my name) liner notes. I'll try to find them.

When I first learned that John Eichenseer became a part of your band I was surprised because the music from which I had known him (intricate drum’n’bass / post-techno, etc.) seemed to be from a totally different sphere than Evangelista. How did you meet him?

It's deep cool that you know John Eichenseer's (JHNO) work. I've known him a long time. He played with Nels years ago. Snuck in my room. Looked at where Carla sleeps.
And now let’s talk about your latest ouevre.

With the release of Boy you’ve abandoned the Evangelista moniker. What prompted this decision? Did you feel you exhausted the Evangelista persona or wanted to draw a line between those two entitites?

Evangelista lives!

In some parts Boy seems to have a distinctively vernacular feel to it, features a lot of phrasal and phonemic repetition (“Ain’t No Grave”, “One Hard Man”). How come you’ve become interested in African-American culture?

There's no reason you should know my whole catalog and certainly not my record collection but I love to dance, the drums rule, jazz was my baby bottle. Funk is king, soul is god. Rap spawned Ethyl Meatplow. My heritage has more African-American cultural influence via jazz, food, dance, clothing and art and with certain authors, such as Ralph Ellison Invisible Man!), James Baldwin, Maya Angelou, Malcolm X, than any other cultural influence on me. All these things surrounded me as a child. I heard almost nothing but black music from before I remember. The ways that it manifests in me are almost wasted, so far. But I can sing some sick shit. Check out our James Brown cover, Hot Pants, by Scarnella on Youtube. Check out the label made by the great Dutch band The Ex, Terp Records.

As far as the inspiration for Boy is concerned, did you want to accumulate the restlessness of your nomadic soul and channel it into a body of work?

There was no choice, you know? Just had to keep moving. We had all the stuff in the 2 cases and 2 bags. In a way I did want to document a little bit about when it's wild and wonderful and you go everywhere, find things lose them, eat incredible foods, people clap when you walk out in front of them and out on your guitar and they clap in the middle of a song when you realize you did not plug it in. And to document when it's raining into your peddle case and you're running up a cobblestone hill to catch a bus that leaves before you reach the top and you miss the radio show. But then you see 4 identical dogs in the dark sitting and facing eachother, exactly. You know? That's the new album. That's Boy.

One of your songs - “I’m Gonna Stop Killing” - harks back to your live album from the 2004 in its title. What’s the significance of this?

I always thought it was a great title for a song. I've also done paintings because I found great picture frames at the thrift store. I tried to write that song for many years so it would make the frame look good. I think we got a good bit further than that.

As someone who occasionally reinterprets others, are you also keen on what other artists did with your music? What draws you to reinterpretation in general?

Well I love collaborating and I love being influenced, referencing and borrowing from other people's work. My own ideas come so hard and fast that it's a pleasure to have another set of magic take a front seat as long as I get it back some time. From backup vocals to being produced, I love sliding into someone else's vibe. When the music changes and develops with their influence, as with JHNO on this album Boy it's an unearthly pleasure for me. I'm telling you the truth. For me, the feeling of trading musical energy and ideas is so stimulating I can barely think about it right now.

You are no doubt an avid listener and explorer of music and this is well-documented. However, I’m wondering - has any up and coming artist (or just about any artist) from recent times caught your attention in particular?

Noveller, Magik Markers, Crass, Bags, Wendy Carlos, Matana Roberts, Blue Willa.

Thank you for taking your time and taking part in this interview.

[Jakub Krawczyński]