polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Föllakzoid wywiad z Domingo Garcia-Huidobro

Föllakzoid
wywiad z Domingo Garcia-Huidobro

Click here for the English version of this article

Na ubiegłorocznym albumie II chilijska grupa Föllakzoid zaprezentowała doskonałe połączenie transu i piosenkowej wrażliwości, które na koncertach nabierało jeszcze bardziej hipnotycznego wymiaru. Za sprawą repetytywnych struktur i rockowego instrumentarium Föllakzoid często opisywany jest jako zespół nawiązujący do krautrocka, ale raczej należy na niego spojrzeć jako reprezentanta kolejnej fali poetyckiej, eterycznej chilijskiej psychodelii, która znajduje wspaniałą muzyczną odpowiedź na bezkresne przestrzenie tego kraju. Wywiadu udzielił nam gitarzysty grupy, Domingo Garcia-Huidobro.

Chile to wyjątkowy kraj pod względem ukształtowania geograficznego – jest bardzo długi i wąski, a połowa ludności mieszka w Santiago i okolicach, skąd jesteście też Wy i Blow Your Mind Records. Zorganizowanie trasy koncertowej w Chile wydaje mi się dość trudnym zadaniem. Często gracie w kraju albo w Santiago?

Gramy jako Föllakzoid już od siedmiu lat. Na początku oczywiście graliśmy wszędzie, bardzo często graliśmy w małych klubach i tego typu miejscach. Teraz gramy na kilku większych festiwalach w Chile, raz – w 2012 roku – graliśmy na Lollapaloozie i na festiwalu BYM Records, a poza tym dostajemy coraz więcej coraz lepszych propozycji koncertów zagranicą. Tutaj to jest ciągle ten sam klub. To bardzo fajne, kiedy rozwijasz się jako zespół, ale niezbyt fajne, kiedy masz już porządny set, musisz dopilnować strony technicznej, a klub nie jest w stanie tego zapewnić. Kiedy się podniosło poprzeczkę, to lepiej jej nie obniżać, bo to stawia pod znakiem zapytania całą prezentację muzyki. Dlatego zdarza nam się odmawiać małym klubom, nie tylko tutaj, ale też w Europie. Kiedy koncertujemy, staramy się wybrać miejsca z dobrym technicznym zapleczem, a nie squaty między jednym krajem a drugim, ten etap już mamy za sobą. Staramy się występować w lepszych klubach i dawać lepsze koncerty. Dlatego kiedy gramy w Chile, szukamy po prostu dobrego miejsca na koncert i to nie ma żadnego związku z pieniędzmi. 

Czy macie w Santiago całą infrastrukturę nagraniową?

Mamy własną salę prób i studio w Blow Your Mind Records. To porządne studio, obie sale dzieli szklana szyba, jest tam dużo magnetofonów. Mamy tam cały sprzęt zespołu i wytwórni. Jest spoko, mamy stare analogowe decki z lat 70.

Blow Your Mind stoi na czele odrodzenia chilijskiej muzyki psychodelicznej, ale już na przełomie lat 60. i 70. w Chile działało wiele zespołów grających psychodelię czy szalony folk. Teraz to brzmi inaczej, ale słychać, że mamy do czynienia z kontynuacją tamtych wibracji. Czy Twoim zdaniem da się wytłumaczyć genezę psychodelicznej sceny w Chile?

Zastanawialiśmy się już na wyjaśnieniem, dlaczego scena psychodeliczna dobrze się tu trzyma, więc oczywiście mam też swoje zdanie na ten temat. Uważam Amerykę Południową za miejsce o pradawnej duchowości; uważam, że miejsce, w którym mieszkamy, jest bardziej uduchowione niż powiedzmy Missisipi. Ta duchowa łączność sięga pradawnych czasów. I nieważne, jak silna jest obecność polityki w naszym życiu, zawsze czuje się ten podstawowy związek między ziemią a człowiekiem. Hiphopowcy, punkowcy czy fani psychodelii – większość z nas spróbowała kiedyś jakiegoś starożytnego medykamentu czy czegoś w tym stylu. Czyli można powiedzieć, że nasze podejście do kreatywności różni się od innych miejsc na świecie, a poza tym to podejście szczególnie łączy się z psychodelicznymi środkami artystycznego wyrazu, itp. To pojęcie, które daje ci medycyna starożytnej kultury. Tak ja tłumaczę sobie, dlaczego właśnie w Chile rozwinęła się psychodelia – z powodu naszego pradawnego dziedzictwa. Są także bardziej praktyczne kwestie związane z obecnością w mediach. Nasze płyty były bardziej wyeksponowane w ciągu ostatnich kilku lat dzięki naszej nowojorskiej wytwórni, co pomogło nakierować wszystkie zagubione dusze w Internecie, podsunąć im jeden trop. Ale wydaje mi się też, że Caleb Braaten z Sacred Bones też miał podobne odczucie jak Ty: „Co tam się dzieje w tym Chile?” Skąd nagle tyle psychodelicznych zespołów na południu? Nie wiem, co było pierwsze, ale wydaje mi się, że to jakaś kombinacja tych dwóch czynników.

Wasz pierwszy album różni się znacznie od drugiego i od EP-ki, którą wydaliście między nimi. Możesz powiedzieć kilka słów o ewolucji Waszego brzmienia?

To był po prostu powolny, wieloletni proces. To nie tak, że któregoś dnia nagle postanawiasz zmienić swoje brzmienie. Kiedy zaczęliśmy grać siedem lat temu, byliśmy bandą dzieciaków zasłuchanych w dronach. Spotykaliśmy się i graliśmy drony, paliliśmy trawkę, znowu graliśmy drony i tak sobie eksperymentowaliśmy. Nie było tam żadnych struktur, tylko jeden wielki dron. Było nas wtedy pięciu, czasem sześciu, więc wszystko brzmiało dość eklektycznie. Nasz perkusista grał w stonerowej kapeli, ja wtedy też słuchałem trochę stonera. Z drugiej strony mieliśmy takiego zakręconego wokalistę, który śpiewał jak kobieta, i dwóch gości, którzy byli bardziej wkręceni w Stone Roses i w klimaty Manchesteru.

Słychać takie brytyjskie brzmienie na Waszym pierwszym albumie.

Dokładnie. Na pierwszym albumie znalazło się mniej więcej wszystko, co stworzyliśmy w ciągu półtora roku wspólnego grania. To był bardzo eklektyczny album, ale był na nim dwuczęściowy utwór „Sky Input”. Moim zdaniem to był pierwszy prawdziwy kawałek Föllakzoid, bardzo długi i bez wyraźnej struktury, riffu czy refrenu. To nie była tradycyjna piosenka, tylko raczej wysłanie pewnego nastroju w przestrzeń. To był ostatni numer, jaki powstał z myślą o tamtym albumie, którego nagranie zajęło nam zresztą całą wieczność – chyba ze dwa lata. Byliśmy jak dzieci, które uczą się jak wszystko robić. Kiedy skończyliśmy nagrywać album, mieliśmy już to brzmienie, które pozwalało nam budować nastrój za pomocą piosenek. I po prostu wyszliśmy od tego. Na EP-ce, skoro już zaczęliśmy się zajmować tworzeniem takiego klimatu w muzyce, słychać krautrockowe wątki, ale nie zapożyczyliśmy ich dosłownie z krautrocka. Zawdzięczamy je Sonic Youth i innym młodszym zespołom, które też miały wiedzę ile można osiągnąć jednym akordem. EP-ka była swego rodzaju manifestem: Silver Apples, motorik, nie odkrywamy Ameryki, ale co z tego, jest fajnie. I tak to się zaczęło.

Czy Twoim zdaniem im dłużej gracie razem, tym bardziej staracie się grać minimalistycznie?

Widziałeś nas podczas ostatniej trasy w Europie?

Tak, na ATP.

Fajnie. Tak, cały czas ewoluujemy w stronę coraz większego minimalizmu. Nasza muzyka jest bardziej elektroniczna, ale to konkretna elektronika. Nie będziemy korzystać z sekwencerów czy innych tym podobnych urządzeń. Elektroniczny klimat naszych kawałków będzie opierać się na centrali i zaloopowanych hałasach pochodzących z mojej gitary.

Kojarzy mi się to z japońską grupą Nisennenmondai, która zaczynała od hałaśliwego rocka, potem zbliżyła się do krautrocka, a następnie zaczęła niemalże grać techno na perkusję, bas i gitary.

Tak, w tym kierunku idziemy w naszych ostatnich kompozycjach. Dzisiejsze techno to nie to samo co techno w latach 80. To otwarty, wszechobecny język – pojawia się i w reklamie kawy, i w bardziej undergroundowej muzyce na całym świecie, przekracza bariery muzyki.

Słuchasz dużo elektronicznej muzyki?

Jesteśmy częścią tego nurtu, nie chodzi nam o powrót do jakiegokolwiek klasycznego brzmienia. Nie wyobrażamy sobie naszego życia przy akompaniamencie jakiegoś starego winyla z lat 70. Chcemy, żeby nasza muzyka brzmiała świeżo, a techno jest teraz wszędzie, jest jak język. Tu nie chodzi o wybór. Po prostu jeśli nie grasz techno… to w pewien sposób zaczyna to wyglądać tak, jakbyś chciał dokonać jakiejś dziwnej operacji powrotu do przeszłości, co nie? Nie robimy tego z powodu żadnej ideologii, po prostu naprawdę słucham dużo techno, dużo minimal techno. Przez dwa miesiące mieszkałem w Berlinie i chłonąłem tam tyle techno, ile tylko mogłem, uwielbiam to. Mamy już trochę dosyć rozmów o odrodzeniu krautrocka, bo tak naprawdę wcale tak dobrze go nie znamy. Oczywiście znamy kilka zespołów, mamy parę płyt, ale nie jesteśmy żadnymi ekspertami w tej dziedzinie. Nie mamy do tego sprzętu, nie mamy specjalnych analogowych efektów czy co tam jeszcze jest potrzebne, żeby odtworzyć tamten sound. Zwykle przedstawia się nas jako spadkobierców całego tego pokolenia – kochamy ich muzykę, ale nie nadajemy się na ich ambasadorów. Nie znamy ich odpowiedzi na pytania. To się dzieje cały czas, ludzie non-stop pytają mnie o jakieś niemieckie zespoły, o których nie mamy pojęcia. Wiem, że powinniśmy je znać, bo gramy taką muzykę, ale naprawdę ich nie znamy.

Chyba zostaliście zaszufladkowani jako następcy krautrocka, bo taki revival po prostu wisiał w powietrzu jakieś 2-3 lata temu. Starsze niemieckie zespoły, takie jak To Rococo Rot, nagrywały albumy z krautrockowym brzmieniem, pojawiały się też nowe grupy, jak np. Camera z Berlina.

Znam Camera, graliśmy z nimi. On grają czysty krautrock. Mówią językiem krautrocka, cały czas mają rytm i riff, są jak grupa Michaela Rothera… Ale jeśli pójdziesz na nasz koncert, tak naprawdę nie usłyszysz krautrocka. Można powiedzieć, że punk zawsze brzmi tak samo, bo wszystkie punkowe kapele grają w jednym rytmie. Ale oczywiście to nie jest to samo. Cenimy sobie motorik, bo bardzo dobrze sprawdza się we współczesnej transowej muzyce, ale nie chcemy wstępować do krautrockowej armii. Chcemy to brzmienie rozwinąć. Nauczyliśmy się budować totalny klimat transu przy pomocy tego rytmu, nauczyliśmy się też jak to zrobić przy pomocy mniejszej liczby elementów, mniejszej liczby beatów, i to dla nas, i dla klimatu, który tworzymy, jest o wiele bardziej satysfakcjonujące. Kiedy uda ci się to osiągnąć przy pomocy mniejszej liczby elementów – ale tych właściwych – masz poczucie przestrzeni i umysłu, ogranicza cię mniej rzeczy. Do tego właśnie dążymy, żeby od czasu do czasu uderzać we właściwe tony i żeby wszystko było w całkowitym porządku.

W ciągu ostatnich lat niektórzy muzycy starali się wprowadzić przestery do techno, ale paradoksalnie muzycy wywodzący się z rockowego środowiska mają lepsze warunki, żeby to zrobić niż wielu muzyków elektronicznych, zwłaszcza opierających się na laptopach.

Teraz bardzo zależy mi na konkretnych dźwiękach, nie myślę o kupnie loopera, lepszego efektu laserowego, itp. Wolę coś podrapać i stworzyć porządny dźwięk, uderzyć gitarę dłonią, żeby wydobyć z niej beat. Podczas naszych koncertów, żeby uzyskać mój klasyczny beat, uderzam raz akord, a potem uderzam w gitarę, jak gdyby to była stopa, i to loopuję. To brzmi jak klasyczny beat, ale jest wzięty z powietrza i to czuć. To nie żaden pieprzony sekwencer, to nie stopa, ale brzmi jak stopa. Według mnie jest w tym więcej życia. Dużo muzyki rozwija się w tym kierunku, stosuje w beatach żywe dźwięki, takie jak klaskanie itp. To bardzo ciekawe.

Pracujecie teraz nad nowym albumem czy po prostu sobie improwizujecie?

Pracujemy nad albumem, ale generalnie sporo dżemujemy, więc Föllakzoid może się wydawać zespołem improwizowanym. Którym jest, ale nie do końca. Każdy z nas dość dobrze zna strukturę, którą gramy – ona jest elastyczna. Ale są pewne rzeczy, które się nie zmieniają, na przykład co osiem taktów coś się dzieje, a potem sprawdzasz, co robi każdy z zespołu. Gramy jam, co osiem taktów ktoś da znak „OK, jeszcze dwa razy” czy coś w tym stylu – ale zawsze mamy poczucie, że robimy to razem.

Ale wciąż poruszacie się w strukturze piosenek? Nawet jeśli na żywo są dłuższe albo gracie je inaczej, publiczność wciąż może od razu rozpoznać dany kawałek, prawda?

Tak, zawsze kończymy albo zaczynamy w ten sam sposób, albo zawsze wokal wchodzi w tym samym momencie, nawet jeśli przed wokalem może być jedna fraza albo osiem. To zależy od wersji danego kawałka, ale zawsze będzie ten jeden moment, w którym musi pojawić się wokal i wszyscy się zorientują. To elastyczna struktura, ale nie improwizacja. Może w pewnym sensie to jest improwizacja… Ale piosenka nie może się skończyć w inny sposób niż zaplanowany, to się nie zdarza. To tak jak DJ grający house czy techno może zagrać krócej albo dłużej, zależnie od mixu. Wie, co chce zrobić, ale ostateczny wynik zależy od tego, jaki jest klimat na imprezie.

Czy Wasze piosenki to efekt pracy zespołowej czy któryś z Was jest odpowiedzialny za większość pomysłów?

W naszym przypadku to zwykle działa jak rozmowa – ktoś podnosi jakiś temat, więc siadam i robię prezentację mojego ujęcia tego tematu, ktoś inny mówi swoje zdanie, a na koniec napiszemy na ten temat rozprawkę. To działa trochę na tej zasadzie. Przychodzę z riffem albo czasem mam pomysł, którego wcześniej nie próbowałem. Na przykład kawałek "IV, III, II, I" z EP-ki nie był nigdy zagrany ani skomponowany, zanim nie wpadliśmy na ten pomysł. Zastanawiałem się, jak by to było nagrać kawałek na 4/4, potem 3/3, a potem 2/2 w sensie rytmu – takie 1234, 1234 – i zapytałem o to Diego, perkusistę. Powiedział „spoko”, spróbowaliśmy i zadziałało – czasem zdarza nam się coś takiego. Mamy też takie symetryczne pomysły, na przykład binarną koncepcję rytmu, jak 00, 11, 00, 1, i tworzymy na tej podstawie. Zwykle mam pomysł co do struktury, np. „a może piosenka bez żadnego beatu przez 12 minut, a przez kolejne 12 minut prawdziwy huragan”. Gramy, wczuwamy się w klimat i kiedy mamy stabilne poczucie rytmu, to w tym stabilnym poczuciu rytmu zaczynamy rozmawiać. Kiedy już wibrujemy, mówię „OK, Diego, spróbuj jakoś przełamać ten rytm”, i potem on czegoś próbuje, ja czegoś próbuję i bez słów rozumiemy, które z tych rzeczy wyszły naprawdę dobrze i wpasowały się w koncepcję innej osoby. Żeby rozmowa miała sens, nie możesz gadać, kiedy ktoś inny mówi. Z czasem, przez granie tych kawałków, wszystko rozwija się w föllakzoidową strukturę piosenki. To rozmowa pełna szacunku – kiedy gitara mówi, bas się zamyka, potem gitara się zamyka i pojawia się wokal, a potem perkusja ma swoją partię i wszyscy są cicho. Czyli mamy do czynienia z grupą samolubów, darzącą się wzajemnym szacunkiem.

Gracie jeszcze w innych zespołach czy staracie się aktualnie skupić na Föllakzoid?

Chyba teraz nikt z nas nie gra w innych zespołach, ale kiedyś tak było. Diego miał stonerową kapelę, a Pablo grał w Chicos de Nazca, ja gram trochę ze znajomymi, głównie elektronikę. Nagrywałem też z Jozefem van Wissemem, który jest też autorem soundtracku do mojego filmu. Ale teraz głównie skupiamy się na tym. Musimy niedługo nagrać album i wysłać go do wytwórni, a w maju gramy trasę po Europie.

English Version

Föllakzoid’s album II presented a wonderful combination of spacious trance and song-writing sensitivity, and on stage the Chilean group is able to push its music even further into hypnotic dimensions. Due to repetitive structures and typical rock set up, Föllakzoid are often described as a krautrock band, but it’s better to look at them as representatives of a new wave of poetic, ethereal Chilean psychedelia, which creates a wonderful musical response to endless spaces of the country. We talked to Föllakzoid’s guitarist, Domingo Garcia-Huidobro.

Chile is a unique country in terms of its geography: it’s very long and narrow, and half of the population lives in or around Santiago, where also you and Blow Your Mind Records are located. Touring Chile seems a bit demanding to me. Do you play around the country or in Santiago a lot?

We've been playing for seven years as a band and of course in the first years we were playing everywhere, small bars or whatever, we've played a lot. Now we're playing at some bigger festivals here in Chile, we played once at Lollapalooza in 2012 and at BYM Records Festival and after that we're just getting more and better offers to play outside Chile. Here it's always the same bar. That is very cool to grow up as a band, but it's not cool when you have a proper performance, need the technical aspects of it and the bar can't deliver. When you cross a bar then it's better not to cross it back, otherwise it jeopardizes the whole presentation of the music. So we've been saying no to small bars, not only here but in Europe as well. If we're touring, we try to pick places with a good technical back-line instead of wild squat houses in between two countries, which we have done already. We're aiming at performing in better places and giving a better performance. So when we're playing in Chile, we're just looking for a good place to perform, which has nothing to do with money. 

Is the whole recording infrastructure available for you here in Santiago?

We have our own rehearsal space and a studio at Blow Your Mind Records. It’s properly built, with a glass between two rooms, a lot of tape machines. All of our gear and the label's gear is there. It's cool, we have an old analogue deck from the 70s.

Bands on Blow Your Mind are leading the current resurgence of Chilean psychedelic music, but there was also a lot of psychedelic or crazy folk bands in Chile in late 60s and early 70s. It sounds different now but one can feel that the vibe is continued. Do you think that there's an explanation behind the psychedelic scene in Chile?

We've built our explanation of why the psychedelic scene is strong here, so I have mine for sure. I believe that South America is an ancient spiritual place, like the land we inhabit is more spiritual than Mississippi or whatever. We have this ancient heritage of a spiritual connection. It doesn't matter how political things get, it's still like a ground-human-Earth thing going on. Hip hop guys here, punk guys or psychedelic guys – most of us have taken some ancient medicine or stuff like that. So there is a sort of mood towards creativity, different than in other places in the world. That mood is particularly connected to psychedelic or whatever kind of artistic expression. The notion that the medicine of the ancient culture gives you. That’s my understanding of why Chile and why psychedelic – it's because of the ancient heritage. It also has to do with the more practical sense of exposure. I know our records have been more exposed in the past few years thanks to the New York label, so that also helped all the lost eyes in the Internet to look somewhere, focus on a place. But I think that Caleb Braaten from Sacred Bones also sensed what you asked, like “what's going on down there?” What is this emergency of psychedelic bands in the south? I don't know which came first but I think it's a mix between the two now.

Your first album is quite different from the second one and the EP between them. Can you say a few words about the evolution of your sound?

Well, it was pretty much a slow growth during many years, it's not like one day you make a decision to change your sound. When we started playing seven years ago, we were just those droner kids, we just used to meet and drone, smoke some weed, drone some more, and get a bit crazy with it. There was no actual sense of songs, and it was just a big drone. At that time we were like five persons, sometimes six, so everything was pretty eclectic. We had a drummer who played in a stoner band and at that time I was into some stoner music as well. On the other hand we had this crazy singer who sounds like a lady and two guys were more into Stone Roses or Manchester mood.

I can hear a British vibe on the first album.

Yeah, completely. So the first record included pretty much whatever came out of a year and a half of doing things together. It was a very eclectic album, but it had a thing called “Sky input”, a two-part song. I would say that this was the first Föllakzoid song, very long and it didn’t rely on riff or chorus, it was not a proper song, but more like putting a mood into space. It was the last song we recorded for that album which we took forever to do, like two years, just like kids learning how to do it. From the time we finished recording that album we already had that vibe of turning the songs into an atmospheric experience. So we moved from there. On the EP, since we got into this business of atmospheric music, we had the kraut vibe, but we didn't take it from krautrock literally. We inherited it from Sonic Youth or something newer that also had this monochord knowledge. The EP was a sort of manifest: Silver Apples, motorik, we’re not inventing the wheel, but let’s go. Then it moved on from there.

Do you think that the longer the band exists the more inclined it is to play in a minimalist way?

Did you hear us on our last tour in Europe?

Yeah, at the ATP.

Cool. Yeah, it's moving towards being more minimalist all the time. It's more electronic, but it’s concrete electronic. We're not going to use a sequencer or stuff like that. We're just going to build an electronic mood with kicks and noises from the guitar that I’m looping. 

This reminds me of the Japanese band Nisennenmondai who started playing noisy rock, then became krauty and then got really close to techno played on drums, bass and guitar.

Yes, that’s what we're aiming for in our recent compositions. Nowadays techno is not what it was in the 80's. It’s an open language, it's everywhere, it's in the coffee commercial, it's in the more underground music across the world, it's trespassing the barriers of music.

Do you listen to a lot of electronic stuff?

We are a part of that, we're no revivalists. We're not imagining our lives listening to some old LP's from the 70's. We want our music to be fresh, and techno is everywhere now, it's like a language. It's not about choice. It's like if you're not doing techno… in a way, it’s like you're trying to do some weird revivalist operation, you know? We're not doing this ideologically, I just truly listen to a lot of techno, a lot of minimal techno. I've spent two months in Berlin sucking all the techno I can, I love it. We're getting a bit tired of all this revivalist talk about krautrock, because we don't know krautrock that much. We know some bands, of course, we have some records, but we're no experts at all. We don't have the gear for it, we don't have special analogue effects, or whatever to pull it off that way. We're usually being presented as revivalists of that whole generation – we love their music but we're not proper ambassadors. We don't know their answers. This happens all the time, people asking about some bands from Germany which we don’t know. I know we should, because we play it, but we really don't.

I think you were labelled krautrock revival, because there was something in the air, some 2-3 years ago. Older German bands like To Rococo Rot were recording albums with a krautrock vibe, and there were new bands emerging, like Camera from Berlin.

I know Camera, we've played with them. They're completely krautrock. They speak the krautrock language, there's beat and riff all the time, they're like Michael Rother’s band... But if you see our show, it's not really krautrock. You can say punk is all the same because punk bands share the beat. Of course it's not all the same. We praise the Motorik beat because of its capacity to do contemporary trance, but we’re not signing to the krautrock army. You can move it forward from there. We learned how to do massive trance atmospheres with that beat, we have also learned how to pull it off with fewer elements, with less beats, and that's a more fulfilling experience for us and for the atmosphere we create. When you pull it off with fewer elements, but the right ones, you get the feeling of space and the mind, you're connected to fewer things. That's what we aim for, to hit the right keys from one time to another and everything to be in order.

In last few years some musicians have tried to incorporate distortion into techno, but paradoxically rock-based musicians are often better equipped to do that than many electronic musicians, especially laptop-based.

Nowadays I'm all about incorporating concrete sounds rather than buying myself a looper, a cooler laser effect, etc. It’s like I just scratch something and create a proper sound, hit a guitar with my hand for a beat to come out of there. In our shows, in order to get the classic beat I use, I hit a chord one time and then hit the guitar as if it were a kick, and I loop that. It sounds like a classic beat but it's made out of air, and you can feel that, it's not a fuckin' sequencer, it's not a kick drum, it just sounds like a kick drum. It's more vivid, I think. A lot of music is evolving into that, it's incorporating vivid sounds like hand clap or stuff like that into the beat. I think that's very interesting.

Are you working on a new album now or is it more like jamming?

We’re working on the album, but we're doing a lot of jamming, so Föllakzoid can feel like an improvising band. And it is, but it isn't. Everyone knows the structure which we're playing pretty well and it's a flexible structure. But there are some things that are always the same, for example every eight times there's something going on, then you check out what is going on with everyone else. Like you're grooving and every eight times you go “OK, two more” or something like that, but there's always a sense of moving together.

But you still have songs and stick to them, right? Even if they're longer live or whatever, the audience can still recognize a particular song.

Yeah, we always end the same way or start the same way or the vocals always come in the same part, even if before the vocals there can be one verse or eight verses. It depends of the version of the song, but there will be the one point where the voice is definitely going to come and everyone's going to be aware. It's a flexible structure but it's not improvised. It is sort of improvised... It's not that the song can end in a different way, that doesn't happen at all. It's kind of like a house DJ or a techno DJ can play a track shorter or longer depending on the mix. He already knows what he’s going to do but he makes it depending on the mood of the night.

Are your songs results of a team work or is there anyone bringing most of the ideas to the table?

For us it usually works like a conversation – somebody would bring a topic, so I would sit down and do my presentation of my topic, and somebody else would give his opinion and then we would have a paper on that topic. It's sort of like that. I bring a riff or sometimes I have an idea which I haven't tried before, for example that song “IV, III, II, I” from the EP wasn't ever played or written before it was conceived. It was like “what if we do a 4/4 song, then a 3/3 song, then a 2/2 song” beat-wise, like 1234, 1234. I asked Diego, the drummer, about it. He said “cool”, so we tried and it worked, we get that sometimes. Also we have these symmetric ideas, for example binary ideas of rhythms, like 00, 11, 00, 1, and build from that. Usually I have an idea about structure, like “what if we do a song with no beat for 12 minutes and then like a super storm beat for 12 minutes”. We do that and we get in the mood, we're in stable mood of rhythm and in that stable mood of rhythm we start talking. When we're already vibrating, we say “OK, Diego, try something to break the beat” and then the other guy tries some shit and I try some shit and we understand without talking which of those things truly flew nicely without crushing the other's intention. You didn't talk while the other one was talking to keep a proper conversation. With time, just by playing the songs, it all develops into the Föllakzoid structure of the song. It’s a super respectful conversation – when the guitar is talking the bass shuts up, then the guitar shuts up and the voice comes in, and then the drums do one thing and everyone shuts up and it's pretty much like a selfish but respectful team.

Are you also playing in other bands or are you just trying to focus on Föllakzoid these days?

These days I don't think anyone is playing in other bands but for sure they have in the past. Diego had this stoner band and Pablo played in Chicos de Nazca, I do some of my own stuff with friends, mostly electronic stuff. I also did some recordings with Jozef van Wissem, who also did a soundtrack to my movie. But now we're pretty much focused on this. We have to record the album soon and send it to the label, and then we do some touring in Europe in May.

[Piotr Lewandowski]