



W kontraście do występu przed Swans w Stodole w 2010, w Pardon James Blackshaw grał dla publiczności skupionej w bezruchu. Zaserwował jej godzinę dopracowanego, elegancko brzmiącego i wyważonego fingerpickingu. Blackshaw ma nienaganną technikę i bystrze buduje utwory jak minisuity, ale czegoś mi w jego muzyce brakuje - może odrobiny surowości lub subwersji, przełamania nienagannych kaskad dźwięków czymś szorstkim, a może przebłysków takiej błyskotliwego prostoty, jaką miał np. Jack Rose. Przez to słucha mi się go przyjemnie, ale bez większego poruszenia, i tak też było na tym koncercie.
[zdjęcia: Piotr Lewandowski]