polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Ame Zek Rostfrei

Ame Zek
Rostfrei

Ame Zek już w pierwszych sekundach swojego debiutanckiego albumu wrzuca nas na głęboką wodę: chroboty, odgłosy potrącanych sprężyn, pokiereszowana muzyka orkiestrowa (z zakłóceniami, więc może z radia?). Potem całość porządkuje jakiś szmerowy loop, na tym glitche, trochę uspokojenia, ale nie wyciszenie. Drugi i trzeci utwór kojarzą się z When Snakeboy is Dying Roberta Piotrowicza przez syntezatorowe motywy wsparte czymś, co mogłoby być dźwiękami wydobytymi z gitary (ale nie jest, Ame Zek używa tylko syntezatorów Clavia Nord Micro i Electron Drummachine). Jeśli czyjaś czujność została uśpiona, to następna odsłona ją rozbudzi, jest trochę jak u Evol, z tym, że przełamuje to stopniowo rozrzedzana struktura jak z kompozycji algorytmicznej wczesnej muzyki elektronowej.

Ciekawe, że pochodzący z Chorwacji twórca powołuje się też na inspiracje etniczną muzyką z Istrii i Macedonii. Przypomina to o tym, jak swoje fascynacje tradycjami muzycznymi przeobraża w coś zupełnie odmiennego, osobnego i osobistego Rashad Becker. Trudno porównywać ich twórczość, ale łączy ich umiejętność fascynującego połączenia elementów organicznych i syntetycznych.

Ame Zek przeprowadził się do Berlina w 2005 roku i od tego czasu współpracował m.in. z Jamie’em Lidellem, Andre Vidą, Timem Exile’em i Claytonem Thomasem. Te różne doświadczenia wzbogaciły jego język muzyczny i wyobraźnię, co zaowocowało tak dobrym albumem. Nie obcuję z nim jeszcze wystarczająco długo, żeby stwierdzić to z całą pewnością, ale wydaje się, że faktycznie może on się okazać, jak wskazuje tytuł, nierdzewny i zachwycać świeżością zmysłu kompozytorskiego jeszcze długo.

[Piotr Tkacz]