polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Ought More Than Any Other Day

Ought
More Than Any Other Day

Debiut Ought zdaje się jedną z najbardziej piosenkowych płyt w katalogu Constellation, na dodatek o innej piosenkowości niż np. ostatnie nagrania Sandro Perriego czy Saltland – parę lat temu nazwałbym tę płytę indie-rockową, ale w międzyczasie termin się dość splugawił. W każdym razie, to dość nietypowy album jak na CST, może dlatego, że choć grupa działa w Montrealu, to nie tworzą jej Kanadyjczycy. To przyjemna, gitarowa muzyka o umiarkowanej nerwowości – zapatrzona w Television (choć bynajmniej nie zbliżająca się do zawiłości i instrumentalnego  wysublimowania Marquee Moon, zafascynowany Verlaine’m wydaje się przede wszystkim wokalista Tim Beeler), puszczająca oko do bardziej popowych wątków klasycznego katalogu Dischordu, zasłuchana także w pierwszej generacji ich naśladowców (późne At the Drive-In) i lekko poetyckiej gitarowej tradycji ostatnio z sukcesem prezentowanej przez Protomartyr. Na dodatek pierwsze akordy albumu brzmią jak Battles, w kilku utworach w tle słychać dysonansowe smyczki a la Mt. Zion (CST zobowiązuje), zdarzają się echa dance punka. W tym galimatiasie tropów i zapożyczeń Ought przemycają zestaw solidnych piosenek, które jednak trochę jednym uchem wpadają, a drugim wypadają, także dlatego, że Ought grają tak, jakby nikogo nie chcieli urazić. Zespół ma potencjał, ale za bardzo opowiada się po piczforkowej stronie mocy. Choć być może na ten rodzaj ekspresji i emocji, który wraz z natężeniem podnosi rejestry, jestem już trochę za stary.

[Piotr Lewandowski]