



Zdarzają się takie koncerty, na których doskonale wiadomo co będzie i właśnie o to chodzi. W przypadku Stephena O'Malley generalnie chodzi o to, żeby się zanurzyć. Bo O'Malley jak zwykle gra drony, ale gra je charakterystycznie, w sposób rozpoznawalny, świetnie panuje nad brzmieniem. Nawet o inscenizację dba, bo bateria wzmacniaczy w równej mierze służy dźwiękowi co zwalczeniu horror vacui na scenie. Koncert w Pardon to był taki właśnie O'Malley na swoim bardzo dobrym poziomie, nawet jeśli grający ciut za długo.
[zdjęcia: Piotr Lewandowski]