polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
windhand grief's infernal flower

windhand
grief's infernal flower

Moc brzmienia Electric Wizard, nastrojowość Pallbearer, zacięcie Kylesy z czasów Static Tension, bogactwo kompozycji Conan. Tak w największym skrócie można scharakteryzować jeśli nie najlepszy, to jeden z najlepszych metalowych albumów 2015 roku.

Windhand zawsze wyróżniało się solidnością. Płytowy debiut oraz druga w kolejności Soma to pozycje niezłe, momentami ciekawe, ale jednak niewychodzące poza pewne ramy polotu. Dość powiedzieć, że z ich dotychczasowej twórczości najbardziej wybijał się split z Cough pt. Reflection of Negative z 2013 roku. Wszystko wskazywało więc na to, że trzecie LP Windhand będzie co najwyżej źródłem lekkiej dozy uniesień, których z paru oczywistych powodów nie jest w stanie wywołać wspomniana na wstępie, pogrążająca się w żenującej poopy metalowej twórczości Kylesa, tymczasem Grief's Infernal Flower okazuje się ponad 70-minutowym arcydziełem, w którym emocje i dźwięki rozkładane są na czynniki pierwsze, a z których to następnie powstają cudownie przetworzone i skomplikowane formy.

Wyrazistsze brzmienie i delikatniejsze wokale z jednej strony plus niespotykane wcześniej ogromne bogactwo kompozycji i wynikająca z nich monumentalność współgrają doskonale porywając już na otwarciu połączoną parą utworów „Two Urns”/ „Forest Clouds”. Harmonijność gitar, spokojny śpiew oraz podkręcanie i łamanie tempa przez perkusję, zwłaszcza w drugim z nich, powodują totalne zawieszenie się umysłu, którego ożywiają, najsubtelniej jak to tylko możliwe, mistrzowskie na tej płycie solówki. Prawie dwudziestominutowy, dogłębnie oczyszczający myśli wstęp, przyjmuje następnie format natężonego, bardzo epickiego „Crypt Key”, który z każdym fragmentem zapada się coraz mocniej w ołowianej flegmatyczności. Z owej drastycznie wybudza dopiero fantastycznie druzgocące basowe wejście w najlepszym z całości, niebywale sfuzzowanym „Tannsgrisnir”. Potęga! Hipnotyczność, dostojność, klarowność miażdżą. Każda następna, szybsza i mocniejsza partia podwyższa temperaturę ciała, by nagle, niespodziewanie zapaść się w balladowym „Sparrow”. Znowu sprzężenie zwrotne, głębia i wstrząs. Niepokój i destrukcja tnącego jak brzytwa „Hyperion”, a zwłaszcza jego przedłużenie w postaci gigantycznego, wręcz migrenowego „Hesperus” przenoszą ten krążek o kolejny poziom wyżej. Efekt kontrastu zaserwowany od 9:15 do końca trwającego niemal piętnaście minut utworu pochłania w swojej mocy resztki potencjału percepcji słuchowej, zbliżając jej zaangażowanie do kresu wytrzymałości. A to nie koniec. Tak jak wybitny koncert okraszony jest bisem, tak tutaj wydawnictwo rozwija swój kolejny, ostatni już rozdział w formie bardzo swobodnego „Kingfisher” oraz akustycznego, świetnie dobranego na finał płyty „Aition”.

Grief's Infernal Flower powala w swojej kompozycyjnej doskonałości, niesamowitym klimacie oraz mocy brzmienia. Z niecierpliwością wypatruję trasy Windhand na Starym Kontynencie. Jej amerykańska kopia, podczas której w roli supportu wystąpił Monolord jest mile widziana.

[Dariusz Rybus]