



The Necks, tym razem dość nietypowo, w pierwszym secie zagrali mocniej niż w drugim. Australijczycy totalnie odpuścili sobie ambientowy klimat ostatniego Bleed i za sprawą Lloyda Swantona koncert rozpoczęli motywem przypominającym otwarcie płyty Travel. Basowe ofensywy, które przywołały na myśl „Signal”, najpierw stopniowo wzbogacane były przez przeszywające, magiczne partie Chrisa Abrahamsa, a nieco później, z potężnym rozmachem odpalił się Tony Buck. Masywne trzy kwadranse, choćby w porównaniu do koncertu z trasy po wydaniu Body, wybrzmiały niezwykle surowo, intensywnie, a przede wszystkim zaskakująco mrocznie.
Gdy wydawało się, że po tak mocnej i oczyszczającej pierwszej części trio w całej drugiej odsłonie znacząco spuści z tonu, w okolicach jej trzydziestej minuty swobodnie kreowane zapętlenia i repetycje zaczęły przyjmować formę ostrych i bezkompromisowych cięć. Zespół zaszył się w szybkich, chwilami niebywale gwałtownych i chaotycznych nawałnicach, a w finale prowadzącą parę Swanton-Abrahams głośną, trwającą ponad kwadrans perkusyjną szarżą, znowu zdominował Tony Buck. Końcówka koncertu tempem i dynamiką przypominała znajdującego się na płycie Three „Bloom”, z tym że zagrana tego wieczoru partia zawierała więcej cech ekstremy, była o wiele bardziej masywna, momentami nawet nieco klaustrofobiczna.
Australijczycy zakończyli drugą część po pięćdziesięciu minutach. Oba sety wypadły fantastycznie, ale pierwszy był równiejszy.
[Dariusz Rybus]
[zdjęcia: Ewelina Kwiatkowska]