polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

A Perfect Circle
Zitadelle Spandau | Berlin | 17.06.18

Billy Howerdel (Ashes Divide), Maynard James Keenan (Puscifer), Jeff Friedl (Ashes Divide i Puscifer), Matt McJunkins (Ashes Divide i Puscifer). Uzupełnione o znanego z Autolux Grega Edwardsa, w swoim mocno rezerwowym, bodaj piątym składzie, A Perfect Circle A.D. 2018 zabrzmiało właśnie jak miks najbardziej charakterystycznych cech Ashes Divide i Puscifer. Melodyjne, zaskakująco przystępne, niebywale klarowne i chwytliwe, a przede wszystkim do bólu rockowe sto minut przywoływało skojarzenia z takimi bandami jak Placebo, Audioslave czy System Of A Down. Jak to się stało, że jeden z najlepszych klubowych zespołów w historii alternatywnego rocka przemienił się w idealnego kandydata na głównego headlinera największych rockowych festiwali?

Określony mianem ekskluzywnego (jedyny poza festiwalowy termin supergrupy w Niemczech), koncert w berlińskiej, bardzo urokliwej twierdzy Zitadelle Spandau w momencie jego ogłoszenia, a więc na przełomie października i listopada zeszłego roku, zapowiadał się nader interesująco. Mając świadomość, że wyjątkowej, niepowtarzalnej i magicznej atmosfery kilku klubowych występów, których doświadczyłem w latach 2000-2004, na świeżym powietrzu i w nowym zestawieniu nie da się w pełni odtworzyć, wybrałem się do miejsca gdzie jeszcze kilka lat temu, w gronie trzech-czterech tysięcy ludzi i w miłej audiowizualnej przestrzeni, można było wziąć udział w znakomicie nagłośnionych koncertach.

Niestety. LiveNation zadecydowało by wpuścić do Zitadelle Spandau bite 10 tysięcy ludzi (bilety wyprzedano w marcu). Organizacyjne niestety po raz drugi: nie przewidziano żadnego supportu, który rozładowałby szybko gromadzący się pod sceną tłum. Organizacyjne niestety po raz trzeci: zespół pojawił się z dokładnie 45 minutowym opóźnieniem...

Zaczęli bardzo dostojnie od „Eat the Elephant”, który jako jedyny z nowej płyty zdołał się obronić, a pierwsza ciekawsza część wieczoru składała się głównie ze staroci. Wbijające swoją mocą w ziemię „Weak and Powerless”, cudownie liryczne „Rose”, niespodziewanie potężny „Thomas”, niebywale wciągający i energetyczny „Vanishing”, a zwłaszcza genialny, najlepszy z całości „The Noose” pozwoliły poczuć namiastkę klimatu tras po Mer de Noms i Thirteenth Step. Wokale będącego w znakomitej formie, ubranego w błękitny garnitur, Keenana wypadły miażdżąco. MJK czuł się swobodnie, był skoncentrowany i w swoim stylu rzucił kilka słów, m.in. ironizując z najważniejszego obywatela Ameryki. Szkoda, że totalnym przeciwieństwem były drażniące „So Long, and Thanks for All the Fish”, hiciorski „Disillusioned” oraz ogołocony z jakiejkolwiek siły rażenia „People Are People”. Zataczający spacerowe kółka oraz imitujący biegowe sprinty Billy Howerdel w paru niepotrzebnie podrasowanych partiach sprawiał wrażenie lekko otumanionego, a już na pewno oszołomiony był, mający pewne złe przyzwyczajenia z występów w Thirty Seconds to Mars, Matt McJunkins. Zastępujący Paz Lenchantin oraz Jeordiego White'a, ale totalnie pozbawiony ich uroku i osobowości, Amerykanin w trakcie pierwszych pięciu utworów rzucił w publikę z dwieście basowych kostek. Trzeba było uważać na oczy. Sukces, że sam basista w swoich wybuchowych pozach nie zderzył się na scenie z Howerdelem.

Drugą część koncertu wypełniły kiepskie remiksy „3 Libras (All Main Courses Mix)” oraz „Counting Bodies Like Sheep to the Rhythm of the War Drums”. Karykaturalnie, jeszcze bardziej groteskowo i jeszcze dziwaczniej niż w wersji studyjnej wypadł „Hourglass”. Do tego cukierkowaty „TalkTalk”, popowy „The Doomed”. To bez wątpienia najsłabsze partie charyzmatycznego wokalisty Tool, który dla odmiany fantastycznie zdarł gardło w finale mocnego „The Outsider” oraz w fenomenalnym „The Package”. Całość zaskakująco rockowego, fragmentami wręcz nieznośnego i męczącego „popisu” zakończyły mazgajowaty „Feathers” oraz - i tu uwaga - cover AC/DC „Dog Eat Dog”! Z całą pewnością w tego typu "błyskotliwym" repertuarze tkwi przyszłość i „potencjał” reaktywowanego A Perfect Circle. Szkoda. Oto nowa wizytówka mainstreamowego rocka.

PS.

Ze względu na decyzje zespołu i organizatora przyjęto restrykcyjną politykę w sprawie fotopasów – zdjęcia można było zakupić od wskazanych agentów już w promocyjnej kwocie 135euro za sztukę, czyli za tyle ile średnio kosztuje karnet na dobry europejski festiwal.

Ze względu na politykę zespołu, pod zakazem grzywny lub konfiskaty nagranego materiału, obowiązywał całkowity zakaz używania smartfonów (kamerki i aparaty zabierano przy wejściu, od godziny 19 do 21.30 nie widziałem ani jednej osoby, która trzymała by w ręku jakikolwiek elektroniczny przedmiot).

[zdjęcia: Dariusz Rybus]

A Perfect Circle Zitadelle Spandau [fot. Dariusz Rybus]