polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Idles
Sala Cool | Madryt | 29.11.18

To już druga klubowa (i prawie w całości wyprzedana) europejska trasa Idles, która ominęła Polskę, a niewiele brakowało, aby i koncert w Madrycie nie doszedł do skutku. Najpierw przeniesiono go z Moby Dick Club do mieszczącej się w samym centrum miasta dyskoteki(!) Sala Cool, potem przed otwarciem bram co trzydzieści minut przekładano decyzję o wpuszczeniu ludzi do środka. Ostatecznie po około dwugodzinnej obsuwie, której oficjalną przyczyną były kwestie bezpieczeństwa, organizatorzy zrezygnowali z supportu (szkoda, płyta God Speed In The National Limit londyńskiego Johna jest znakomita) i do skrajnie ciasnej miejscówki weszło około pół tysiąca osób.

Bristolczycy, którzy po kapitalnym debiucie w postaci Brutalism, przyjechali z promocją najnowszego, jeszcze lepszego Joy As An Act Of Resistance, starali odciąć się od problemów jakie zastali, ale niestety przez pierwszy kwadrans działania te były bezskuteczne. Tubowe nagłośnienie niebywale wąskiej i bardzo niekomfortowej sali dusiło się niemiłosiernie. Poirytowany i wychodzący z siebie Joe Talbot trzy, cztery razy osobiście chciał dopaść speca od dźwięku, który sprawiał wrażenie niezbyt zaznajomionego z obsługą gitarowych imprez. Kwintet zapłacił wysoką cenę za chęć pozostania w „undergroundzie” (popyt na bilety wskazuje, że mogliby grać w nieco większych i lepszych do tego miejscówkach), a koncert po kilku technicznych korektach nabrał odpowiednich barw dopiero po trzecim „Mother”. W pierwszej jego odsłonie najmocniej wypadły „Faith in the City” oraz bardzo polityczny „Danny Nedelko”. Anglicy, tak jak na nowej płycie, dużo czasu w swoich przemowach poświęcili tematyce imigrantów, brexitowi oraz niepewnej przyszłości Starego Kontynentu, co w porównaniu do majowego, niezwykle luzackiego występu na barcelońskiej Primaverze zabrzmiało nad wyraz dojrzale. Z nowości najlepiej wypadły siarczysty, niebywale surowy „Television”, noise'owy, genialny „Gram Rock” oraz wolniejszy niż w albumowej wersji, masywniejszy i o wiele intensywniejszy na żywo, „Samaritans”. Z każdym kolejnym utworem było coraz głośniej, wyraziście, a gorąca atmosfera udzieliła się również obu gitarzystom. Mark Bowen oraz Lee Kiernan chodzili po zgromadzonych pod sceną jak niegdyś w zwyczaju miał Ben Weinman z The Dillinger Escape Plan. Oczywiście nie mogło zabraknąć numerów z wspomnianego Brutalism - w secie składającym się z dziewiętnastu pozycji najmocniej z tego zestawu zaprezentowały się rewelacyjny „1049 Gotho” oraz fenomenalny „Benzocaine”. Fantastyczną całość soczyście zamknął, rozbudowany o improwizacyjno-dronowe dodatki, makabryczne piski i krzyki, „Rottweiler”.

Widać i słychać u Idles niesamowitą moc i ciągłą chęć progresu. Dużo koncertują, są świetnie zgrani, wiedzą czego chcą, a postpunkową melodyjność coraz odważniej zastępują hałaśliwą noise'ową surowością. Prawie 80-minutowy przekaz oparty na nadzwyczajnej żywiołości potwierdził ogromny potencjał jednego z najciekawszych obecnie gitarowych bandów na świecie. Kariera Brytyjczyków w ostatnich miesiącach mocno przyspieszyła. Oby nie uszło z nich powietrze i oby w obficie wypełnionym bookingu na 2019 rok znaleźli miejsce i czas dla Polski. No, a przede wszystkim oby nie grali już w tak klaustrofobicznych suterenach jak ta w Madrycie, którą w awaryjnym tempie trzeba było opuścić bo równo o północy, jak co noc, startowała w niej niezwykle ważna miejska dyskoteka.

[Dariusz Rybus]

[zdjęcia: Dariusz Rybus]

Idles [fot. Dariusz Rybus]
Idles [fot. Dariusz Rybus]
Idles [fot. Dariusz Rybus]
Idles [fot. Dariusz Rybus]
Idles [fot. Dariusz Rybus]
Idles [fot. Dariusz Rybus]
Idles [fot. Dariusz Rybus]
Idles [fot. Dariusz Rybus]
Idles [fot. Dariusz Rybus]