polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Primavera Sound 2019
Barcelona | 30.05-01.06.19

19. edycję Primavera Sound 2019 z ogromnym rozmachem zainaugurowali 50-minutowym koncertem The Necks. Australijskie eksperymentalne jazzowe trio w swoim stylu, a więc bardzo starannie i bez żadnych pauz, głęboko zanurzyło odbiorców w wyjątkową, roztaczającą magiczny klimat, opowieść. Nie było wybuchów, uderzeń, klarowności charakterystycznych dla wydanego w zeszłym roku, znakomitego Body. Dominowała estetyka klawiszowej neoklasyki. Trio w niezwykle podniosłym, pełnym dramatyzmu, katastroficznym przesłaniu postawiło na subtelność, minimalizm oraz repetycje. Narastająca z każdą minutą całość zabrzmiała jak soundtrack do filmu o rychłym końcu świata. Zaczęli od pojedynczych partii, wśród których liderował niesamowity Chris Abrahams. Skończyli wirtuozerskimi, genialnymi, przenikającymi się popisami całej trójki. Maestria.

Mocy otwarcia pomimo uzasadnionych oczekiwań nie utrzymał duet Terry Riley & Gyan Riley. Spodziewałem się poruszającego konceptu na fortepian i gitarę, czegoś podobnego do tego, co muzycy przedstawili na zeszłorocznym Tusk Festival. Zamiast trwającego w jednym ciągu koncertu, Rileyowie najpierw zaprezentowali kilkanaście pourywanych odcinków obejmujących wokalne zawołania, keyboardowe mini-pieśni, piszczałkowo-organkowe wstawki oraz gitarowe zajawki w stylu rock-blues, americana i country. Potem były fortepianowe partie, gitarowe przestery oraz wydarte z flamenco solówki. Wyszło to chaotycznie i zaskakująco słabo, jednym słowem rzewnie.

Zupełnym przeciwieństwem słowa rzewny okazał się pierwszy z występów pod gołym niebem, a więc fantastyczny live Marie Davidson. Kanadyjka połowę czasu wykorzystała na imprezowy retro synth-pop, czyli pozycje z ostatniej płyty Working Class Woman („So Right”, „The Psychologist” oraz „Work It”), po to by drugą jego część przeznaczyć na rave'ową techno eksplozję. Całość była oczywiście perfekcyjnie wymieszana. Zaczęła od elementów digital hard-core, potem po każdym z regularnych utworów były wejścia z witch-, cosmic- aż po acid-techno. Miazga. Lekkość, old-schoolowa maniera, pomysł na siebie to największe atuty Davidson. Naturalnie w finale nie mogło zabraknąć magicznego „Adieu Au Dancefloor”.

Po jazzowym resecie, elektronicznym chill-oucie przyszła pora na gitarowy wstrząs. Carcass zanotował równie udaną prezencję jak w latach wcześniejszych Angel Witch czy Venom. Obawiałem się thrashowych zagrywek pod publikę jakimi na Primaverze raczyły już Slayer czy Gojira, ale Liverpoolczycy pod dowództwem będącego w rewelacyjnej formie wokalnej Jeffrey'a Walkera nie mieli żadnego takiego akcentu. W setliście znalazły się pozycje z każdego z sześciu albumów, ale najwięcej było bodaj z Heartwork. Najbardziej zaskoczyły te zwalniane i najbardziej połamane fragmenty, w których kwartet doskonale balansował między przeciwnościami - garażową surowością, a eksplodującą z ogromnym hukiem energią.

Kolejnym miłym zaskoczeniem okazał się także Demdike Stare. Anglicy z Manchesteru po zeszłorocznym, rozlazłym występie na Sonar, po wydaniu wyśmienitego LP Passion, w tym roku postawili na konkrety. Najpierw przez pół godziny dominowały precyzyjne uderzenia w stylu Byetone, następnie, z pełnego grozy matematycznego porządku i ekstatycznej klarowności, wyodrębniły się industrialno-ambientowe sprzeczności. Doskonałym posunięciem organizatorów było utworzenie w garażu/ magazynie, obok sceny Pitchforka, nowej 15. festiwalowej, zwykle totalnie zadymionej miejscówki Ray-Ban Studios (The Warehouse), w której można było zakosztować dźwięków ambitnej elektroniki, stojąc w odległości jednego metra od wykonawcy.

Z 10-minutowym opóźnieniem na scenie pojawiła się, będąca w bodaj piątym miesiącu ciąży, Amalie Bruun. Kolejne podejście Primavery do około black-metalowych tworów okazało się lepsze od choćby zeszłorocznego Zeal and Ardor. Myrkur w dość krótkim, trwającym nieco ponad pół godziny secie, niemal całkowicie porzucił folkowe zagrywki. Kwartet skupił się na ciężkim graniu, unikając melodyjnych i momentami nieznośnie kiczowatych elementów, co wpłynęło na dobry ich odbiór. Dunka bez wątpienia ma zaplecze wokalne. Gdyby tylko Myrkur poszedł drogą na przykład Chelsea Wolfe byłoby z tego naprawdę coś fajnego.

Obfity dzień miałem zamknąć livem, rokującej duże nadzieje Anastasii Kristensen, ale wieść o klimatycznym The Warehouse szybko rozeszła się po wszystkich zakątkach festiwalu i od około drugiej w nocy przed wejściem do magazynu ustawiały się już kilkunastometrowe kolejki, co skutecznie zniechęciło mnie do przywitania wschodu słońca na terenie festiwalu.

 

Do Parc del Forum wypoczęty powróciłem więc drugiego dnia i od razu trafiłem na jeden z najlepszych koncertów tej edycji. Sons Of Kemet w wersji XL z dwoma dodatkowymi perkusistami i materiałem z Your Queen Is A Reptile przebił najśmielsze oczekiwania, głównie za sprawą czterech różnych pełnych perkusyjnych partii, których siła na żywo wprost imponowała. Napisać, że było energetycznie i z wielką mocą to jak nie napisać nic. Muzykom udało się utrzymać intensywność z płyty przez okrągłą godzinę, w czym duża zasługa saksofonowo-tubowych solówek oraz co bardzo ważne, atmosfery, o którą zadbali wodzireje Shabaka Hutchings, Theon Cross oraz pojawiający się w finale Joshua Idehen. Czapki z głów!

Szkoda, że do tej intensywności chociaż w 30% nie udało się zbliżyć Beak>. Wyszli totalnie rozbici. Najpierw były kłopoty techniczne, potem przemowy Geoffa Barrowa m.in. o tym, jak to wczoraj ostro balowali z okazji urodzin Willa Younga i w sumie wciąż nie są do końca trzeźwi. Kraut-acidowy klimat dało się odczuć tylko przy „Brean Down”, „Eggdog” i „Wulfstan II”, czyli krótko, znaczy słabo. A więc podobnie jak na ostatniej, zeszłorocznej płycie >>> trzy-cztery utwory z wokalami, a reszta to tzw. zapychacze, czyli mizerna instrumentalna otoczka. Mimo wcześniejszych dobrych doświadczeń z Beak> ten koncert pokazał jak trudno jest się skoncentrować na muzyce kogoś, kto sam nie jest na niej skupiony. Zespół miał zarezerwowane 50 minut, a wzmagających napięcie wątków starczyło tylko na niecałe pół godziny. To było zdecydowanie największe rozczarowanie tego roku.

Zupełnym przeciwieństwem okazał się, ba, wręcz zaimponował, Jawbreaker. Reaktywowane po prawie dwudziestu latach trio zaskoczyło witalnością, przygotowaniem, mocą i czystością dźwięku. Ktoś powie – no tak przecież to szczera stara szkoła. No tak, to był prawdziwy powrót do jakże szczerych lat dziewięćdziesiątych. Nirvana, Dinosaur Jr., Descendents itp. itd. Znakomita forma wokalna Blake'a Schwarzenbacha niosła od utworu do utworu przez bite 75 minut. Zagrali ich aż piętnaście od „The Boat Dreams From the Hill”, „Jinx Removing”, „Accident Prone” po „Boxcar”. Momentami było trochę zbyt melancholijnie, ale chyba też po to są te reaktywacje.

Po udanej teleportacji szybko do pionu postawiła kolejna wizyta we wspomnianym The Warehouse. Tym razem przy okazji Overmono. Duet nie ma na koncie jeszcze nawet jednej płyty, ale to pewnie kwestia czasu. Brytyjczycy zaprezentowali najciekawsze cechy współczesnego undergroundowego techno. Od intensywności industrial po przestrzenność cosmic, a gdzieś w połowie drogi z rozluźniającą odsłoną tech-house. Raz brutalni, zero-jedynkowi, innym razem z baśniową wrzutką. Pewnie wkrótce będzie o nich głośno.

Na 100% głośno będzie o bardzo głośnym Amyl and The Sniffers. To był jeden z dwóch najlepszych koncertów festiwalu. Piękny szok, cudowny knockdown. Mistrzostwo! Młodzi, zbuntowani i ambitni wyruszyli z Australii trzy lata temu z dwiema krótkimi punkowymi epkami. Utwory „I'm Not a Loser”, „Mole (Sniff Sniff)”, „Mandalay”, „Westgate”, a do tego z wydanego kilka dni przed barcelońską imprezą, płytowego, podrasowanego garażowym uderzeniem debiutu pt. Amyl And The Sniffers, m.in. „Go Fuck Yourself”, „Got You”, „Cup of Destiny” czy „Monsoon Rock”. Amy Taylor ma głos, ma charyzmę, ma talent, nie ma scenicznych zahamowań. Trzy kwadranse po których w Parc Del Forum szalał tajfun. Oczywiście nie byłoby tego bez zgrania całej czwórki. W tle wokalistki genialni Bryce Wilson, Declan Mehrtens oraz Kevin Romer. Każdy z nich ma pomysł na siebie i oby im jak najdłużej starczyło pomysłu na zespół, bo ten prezentuje się wprost obłędnie.

 

Trzeci dzień festiwalu, w sali Auditori zainaugurowało, wsparte wokalistką Dead Can Dance Lisą Gerrard, The Mystery of the Bulgarian Voices. Nim jednak Australijka pojawiła się na scenie przez około pół godziny można było delektować się potencjałem wokalnym 18-osobowego chóru, któremu towarzyszył 5-osobowy zespół. Gdy wybuchł otwierający album BooCheeMish „Mome Malenko” stało się jasne, że będzie to wieczór wyjątkowy. Podszyte psychodelią bułgarskie ludowe pieśni były delikatnie podrasowane wpływami world-music, co w sumie wzmacniało ich przekaz, chociaż w pierwszej fazie koncertu jednak brakowało mi jakiejś dłuższej, odważnej wokalnej solówki. Sytuacja się diametralnie rozwinęła gdy na deski Auditori wyszła wspomniana Lisa Gerrard. Powstały dwa wokalne duety, jedno trio, a całość uzupełniały rozbrajające solówki. To był wspaniały pokaz zakończony dwiema owacjami na stojąco.

Shellac też nie należy do tych co zawodzą. A już na pewno nie jest z tych, których ma się dosyć. A jakże, tryskał energią Steve Albini. Pozytywną aurę roztaczał Todd Trainer. I niemożliwe – a jednak, poza podziękowaniami żadnych zaczepek, uszczypliwości wobec fotografów czy pogaduch nie robił Bob Weston. Ze staroci zagrali „My Black Ass”, "Copper", „Riding Bikes”, „Steady As She Goes”, „Squirrel Song”, „Wingwalker”, „End of the Radio”, ale uwaga były też aż cztery nowości. Twistowe, porozbijane w klimacie math/ noise, ale raczej spokojne. To była niezwykle wyciszająca wersja zwykle nadpobudliwych Amerykanów.

Ogromnego kolorytu do pięknie rozwijającego się dnia dodała następnie Suzanne Ciani. 73-letnia legenda zagrała, a jakże w The Warehouse, dając live utrzymany w kosmicznej tematyce. Było bardzo acidowo i bardzo wymagająco. Pulsująca, niemalże migrenowa intensywność przez dwadzieścia minut nie wygenerowała żadnego uderzenia. Powrót do strefy komfortu nastąpił dopiero około 25 minuty. Pojawiły się podbicia, delikatne quasi-trance'owe dodatki, strzępy, otarcia oraz pourywane i wzmagające koncentrację mikromotywy. Było dużo repetycji oraz efektów echa, a od trzydziestej minuty plamy basu, po których set przepięknie dobił. Finał wypełniły falujące odgłosy i piski, a końcówkę Amerykanka wzbogaciła ekstatycznymi elementami drone noise. Oczyszczająca całość trwała idealne 35 minut i był to jeden z najlepszych elektronicznych pokazów ze wszystkich jakie widziałem na Primaverze w ogóle.

Jarvis Cocker czy też jak kto woli JARV IS wcale nie potrzebuje nowego zespołu, z którym gra już nawet nowe piosenki. Jarvis Cocker potrzebuje uwagi, ale przede wszystkim Jarvis Cocker potrzebuje występu spoken word! Niech ktoś zorganizuje mu dwu, a może i nawet trzy-godzinną pogaduchę, a potem da zagrać koncert. Przed każdą piosenką minimum dwuminutowa nawijka o powstaniu świata, o jego historii, o epoce kamienia łupanego, o ekologii, o złu... idziesz na JARV IS zapomnij o muzyce. Nie da rady się na niej skupić ponieważ po kilku utworach quasi-filozoficzny słowotok grozi przeciążeniem sensorycznym. To był niebywale drażniący, wręcz irytujący indie performance.

Precyzja Shellac. Bogactwo wątków Slint. W mocniejszych momentach wyrazistość Unsane. June of 44. Drugi najlepszy koncert tej edycji to popis amerykańskiego kwartetu z Louisville, który tak jak Jawbreaker, wrócił po około dwudziestu latach przerwy. Genialne prowadzenie Jeffa Muellera, któremu bacznie asystował Sean Meadows. Ważne role pozostających w tle Freda Erskine'a i Douga Scharina. Takie bandy powinny grać minimum 80-90 minut. Perfekcyjnie zgrani, zataczający cudowne harmonijne pętle, z każdym kawałkiem wbijali się coraz głębiej w umysł. Posępne, dokładne i bardzo głośne. Najjaskrawsze tego wieczoru były zwłaszcza “Of Information & Belief” i “Does Your Heart Beat Slower”.

Tegoroczna Primavera miała kilka koncertów wybitnych, kilka bardzo dobrych i dobrych. Z kraks, mimo wszystko, najbardziej żałuję Low, szkoda, że Efrim Manuel Menuck nie występował na regularnym festiwalu (zamykał go w klubie w nocy z niedzieli na poniedziałek). Niestety, nie dało rady zobaczyć też nikogo z polskiej reprezentacji (Lonker See, Tęskno, We Will Fail) i szkoda, że scenę Night Pro przeniesiono z mega klimatycznego zakątka nad samym morzem pod same bramki wejściowe.

Podsumowując edycja 2019 była bardzo udana, a obchody na 20-lecie już teraz przygotowywane są z wielką pompą. Co w rozwój Primavery wniosą jej nowe odsłony w Benidorm (w formacie legendarnych festiwali ATP), Los Angeles i Londynie okaże sie już niebawem.

[Dariusz Rybus]

[zdjęcia: Dariusz Rybus, Dani Canto, Eric Pamies, Sharon Lopez, Paco Amate]

The Necks [fot. Dariusz Rybus]
The Necks [fot. Dariusz Rybus]
Terry Riley & Gyan Riley [fot. Dani Canto]
Marie Davidson [fot. Dariusz Rybus]
Carcass [fot. Eric Pamies]
Demdike Stare [fot. Dariusz Rybus]
Myrkur [fot. Dariusz Rybus]
Sons Of Kemet XL [fot. Dariusz Rybus]
Sons Of Kemet XL [fot. Dariusz Rybus]
Sons Of Kemet XL [fot. Dariusz Rybus]
Beak> [fot. Dariusz Rybus]
Beak> [fot. Dariusz Rybus]
Jawbreaker [fot. Dariusz Rybus]
Amyl and The Sniffers [fot. Sharon Lopez]
 
Amyl and The Sniffers [fot. Dariusz Rybus]
Amyl and The Sniffers [fot. Sharon Lopez]
The Mystery of the Bulgarian Voices + Lisa Gerrard [fot. Eric Pamies]
The Mystery of the Bulgarian Voices + Lisa Gerrard [fot. Dariusz Rybus]
The Mystery of the Bulgarian Voices + Lisa Gerrard [fot. Dariusz Rybus]
Shellac [fot. Dariusz Rybus]
Shellac [fot. Dariusz Rybus]
Shellac [fot. Dariusz Rybus]
Suzanne Ciani [fot. Dariusz Rybus]
Jarvis Cocker JARV IS [fot. Dani Canto]
June of 44 [fot. Paco Amate]
 
Paco Amate [fot. Paco Amate]