polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Off Festival 2019
Katowice | 02-04.08.19

Off AD 2019 przyniósł powrót tego festiwalu do niezłej formy po najsłabszej w historii 13. edycji. Choć koncertów wybitnych nie było wiele (a właściwie był jeden, o czym zaraz), to kilka naprawdę udanych koncertów oraz dobry poziom dźwiękowy całej imprezy wystarczają w dzisiejszych czasach by festiwal uznać za udany. Absolutnie wyróżniającym się wydarzeniem był występ Daughters. Od niedzielnego koncertu na Offie Daughters zaczęli europejską trasę. Dobrze, że na Off zagrali praktycznie na koniec festiwalu, bo gdyby grali wcześniej, to nic innego nie zrobiłoby na nas wrażenia. Ubiegłoroczny powrót grupy albumem You Won't Get What You Want przyniósł jedną z najciekawszych płyt roku, zaskakującą odejściem od grindowych spazmów na rzecz dłuższych, osadzonych industrialnie form. Na żywo, w sześcioosobowym składzie, Daughters pokazali jednak ultraagresywne oblicze tych (i starszych utworów). Sejsmiczne ustawienie basu zdjęło obowiązek prowadzanie riffów przez gitarzystów, otwierając im przestrzeń do operowania zgrzytem. Daughters w spektakularnie pokazali, że skalkulowane brzmienie i żywiołowa forma to (chyba jedyny) sposób na to, by muzyka rockowa nadal mówiła coś nowego. Plus charyzmatyczny wokalista – Alexis Marshall dodaje charakteru muzyce Daughters tak jak David Yow kiedyś swoim zespołom. Jeden z najlepszych koncertów w historii Offa.

Głośno i dobrze zagrali też Electric Wizard, choć w ich wypadku liczyła się głównie konsekwencja i ujarany puls. Oczywiście można było mieć wrażenie, że zespół grał przez godzinę ten sam utwór, ale krytyka tego byłaby równie jałowa jak zastrzeżenie, że jedyne przemowy do publiczności polegały na pytaniach, kto jest upalony – jak coś działa, to po co zmieniać? A muzyka Electric Wizard na Offie działała – to był równy, dobry set z świetnym „Funerapolis” na koniec (szkoda, że nie pojawiło się „Saturnine”). Rozczarowali za to Amerykanie z The Body, którzy na Offie pojawili się w trzyosobowym składzie. Choć, w przeciwieństwie do poprzednich występów w Polsce, The Body tym razem nie zapomnieli instrumentów, to jednak nie zmazali złego wrażenia z poznańskiego koncertu dwa lata temu: trzydziestominutowemu występowi na scenie eksperymentalnej brakowało intensywności i agresji. Lee Buford za perkusją starał się nadać siły brzmieniu, to stłumione i pozbawione głębi sample nie potrafiły oddać charakteru znanego z płyt. Na usprawiedliwienie można dodać, że przez pierwszą część koncertu Chip King walczył z nagłośnieniem swojej gitary. Jednak nawet będąc życzliwym, łatwo zauważyć wypalenie formuły.

Lżejsze gitarowe granie zostało de facto zdominowane przez Brytyjczyków. Zespoły z UK zawsze były na Offie faworyzowane. Jednak nie przypominamy sobie sytuacji, w której na sześć wieczornych występów na głównej scenie aż pięć należało do brytyjskich kapel. Dwie z nich warto było zobaczyć: Stereolab i Jarv is. Stereolab na scenę wrócili po dziesięciu latach. Był to powrót szczery i satysfakcjonujący, chociaż prezentujący muzykę zespołu trochę jednowymiarowo, głównie przez pryzmat gitarowych, wysublimowanych piosenek. Momentami prosiło się, aby Lætitia Sadier wyraźniej przełamała gitarowość syntezatorami, tak jak w świetnej końcówce ( „Lo Boob Oscillator”), by Stereolab głębiej zanurzyli się w abstrakcji. Piątkowy headliner Jarvis Cocker przyjechał do Katowic z enigmatycznym projektem JARV IS… Jarvis pokazał, że nawet nerd może być znakomitym showmanem, ale przede wszystkim, że nie boi się odcięcia od dziedzictwa britpopu („Must I Evolve? Yes, yes, yes”). Jasne, jego nowy projekt nie przyniósł rewolucji, ale był nieźle skrojonym i świetnie zagranym zestawem gitarowych piosenek. Przypadła nam też do gustu konferansjerka Jarvisa – w dzisiejszych czasach z UK płynie tyle idiotyzmu, że dobrze jest posłuchać bystrego angielskiego dystansu, nawet jeśli w efekcie w setliście zmieści się przez to jeden utwór mniej.

Znacznie gorzej wypadły koncerty pozostałych dwóch brytyjskich headlinerów. Foals w sobotę na pewno przyciągnęli na Offa trochę publiczności, powiedzmy, bardziej ołpenerowej. 10 lat temu, po pierwszej płycie wydanej w Sub Pop widzieliśmy ich w Dour i wtedy był to sympatyczny zespół próbujący wskoczyć na ostatnią falę dance punka. Szkoda, że poczuł stadionowy zew i teraz gra festiwalową papkę, na dodatek dość drętwo. Za to kasa się na pewno zgadza. W osłupienie wprawił nas jednak koncert Suede, bo dzięki ich pompatycznym utworom wiemy, jak brzmiałby Pink Floyd z Maciejem Maleńczukiem na wokalu. Brzmiałby bardzo źle, choć mógłby się przebić na trójkowej liście wszechczasów. Oczywiście, co my nazwiemy bufonadą Bretta Andersona inni nazwą charyzmą, ale dla nas był to koncert nieznośny.

Ciekawe były za to piosenki kameralne. Dobry koncert zagrała Aldous Harding. Sceniczną introwertyczność Nowozelandka doprowadziła do poziomu swoistej robotyczności, kontrastującej z krystalicznym i mocnym wokalem. Jednak zarówno w ascetycznym początku, jak i z pietyzmem zaaranżowanych utworach z zespołem (głównie z ostatniej płyty), Harding dała jeden z najlepszych wokalnych performansów weekendu. Świetnie zaśpiewała też Tirzah, choć trochę szkoda, że instrumentaliści (w tym Mica Levi) dopiero pod koniec występu przełamali studyjne aranżacje. Urokliwy koncert zagrał Urugwajczyk Juan Wauters. Śpiewający po hiszpańsku i angielsku Wauters, w przerwach między swoimi bezpretensjonalnymi piosenkami o codzienności, biegał po scenie, śpiewał a cappella, a przy tym wszystkim zachował autentyczność. Był to niezły koncert, choć brakowało muzycznego tła w postaci dęciaków czy bongosów obecnych na jego ostatnich płytach. Niedosyt pozostawili niestety Brazylijczycy z Boogarins. Ich nowy materiał, trochę miałki na płycie, wypadł mocniej, ale zdecydowanie zabrakło brzmieniowego niuansu, kolorytu innego niż głos wokalisty. Charyzmatyczności zabrakło Soccer Mommy. Nie był to zły koncert, ale w połowie stał się strasznie przewidywalny, a to jednak problem przy i tak krótkim występie.

Polskich zespołów widzieliśmy w tym roku mało. Nie przypadkiem. Pierwszy raz mieliśmy okazję usłyszeć nowy materiał grupy Trupa Trupa, który był intrygujący – czasem bardziej popowy, czasem agresywniejszy niż starszy, znany materiał. Pojawiło się też kilka starszych utworów. Porządny koncert, ale setlista była trochę chaotyczna i zabrakło nam większego narracyjnego łuku, który kojarzymy z tą grupą. Wczasy, poznański duet Bartłomieja Maczaluka i Jakuba Żwirełło, swoimi piosenkami o miłosnych rozczarowaniach i marzeniach o tantiemach z ZAIKS-u porwał publiczność zgromadzoną w trójkowym namiocie. Widać, że ten zespół stopniowo zyskuje na żywo, balansując na pograniczu szczerości i błaznowania, osiągając formę przyciągającą bardziej niż sama płyta.

Ciekawe były dwa koncerty okołojazzowe. Świetny koncert zagrał kwartet Polmuz, trawestujący wątki muzyki ludowej w faktycznie współczesną muzykę, która nawiązuje do jazzu, operuje fakturami, zaskakuje rytmicznie. W swoistym power space jazz granym przez The Comet is Coming była i moc, i przestrzeń, a Shabaka Hutchings grał niemalże riffy (i z efektami znanymi z muzyki rockowej). Ale obok świetnych momentów były też momenty kiczowate, obok intrygujących brzmieniowych zestawień były banalne redukcje formy do quasi-techno.

Muzyka afrykańska ostała się na Off jedynie w formie elektronicznej. Byłoby nam tego nawet szkoda, ale Bamba Pana & Makaveli zagrali jeden z najbardziej porywających koncertów festiwalu. Ich hiperintensywna, frapująca rytmicznie muzyka była w całej swej imprezowej sile doskonale skomponowana. Był to jeden z nielicznych prawdziwie innowacyjnych momentów Offa. Lekkim rozczarowaniem okazał się natomiast koncert Ammar 808. Materiał z Maghreb United Ammar zaprezentował sam, wykorzystując go de facto jako punkt wyjścia do sobotniego techno. Które nie było złe, ale jednak gubiło niuanse i urok oryginalnych kompozycji, samych w sobie przecież już tanecznych.

Jedynym hip-hopowym artystą, jakiego zobaczyliśmy, był Slowthai. Artystę trochę zaskoczyła entuzjastyczna publiczność, publiczność trochę zaskoczył punkowo nastawiony artysta – skończyło się na pogo w trójkowym namiocie. Płynący na takiej energii koncert musiał się udać, zwłaszcza, że pojawiały się kolejne niespodzianki, przede wszystkim polski raper niespodziewanie wykonujący jedną zwrotkę.

Okazało się też, że Slowthai był najbardziej politycznym artystą tej edycji. Wtórował mu Jarvis Cocker i jego zespół. Brexit było więc słychać bardziej niż rodzime kontrowersje, których przecież nie brakuje. Dezerter śpiewający „Ku przyszłości” z refrenem „Kapitalisto Miły” był przewrotnym potwierdzeniem apolityczności Offa: znanym na pamięć, przewidywalnym ćwiczeniem w duchu „stare a takie aktualne” (przy całym szacunku dla Dezertera, to przecież nie ich wina, że w line-upie odegrali rolę listka figowego). Czasy są dość burzliwe i wyjątkowo polityczne, więc ten brak aktualnej narracji był dość głośny.

Druga ogólna refleksja dotyczy tego, że kiedyś dość głośnym echem odbijały się koncerty na scenie eksperymentalnej. Nasze relacje w połowie dotyczyły tego, co się na niej działo. Nadal zdarzają się na niej ciekawe koncerty, ale muzyki eksperymentalnej już na Offie nie ma. Apelujemy o zmianę nazwy np. na scenę kameralną albo scenę jakiegoś partnera lub patrona (chętni na pewno będą). Przyszłoroczna, 15. edycja to dobry moment na takie odświeżenie. Tyle terminów zostało już wypranych ze znaczenia, że ten warto oszczędzić.

[tekst: Piotr Lewandowski, Mateusz Nowacki]

[zdjęcia: Piotr Lewandowski]

Daughters [fot. Piotr Lewandowski]
Daughters [fot. Piotr Lewandowski]
Daughters [fot. Piotr Lewandowski]
Daughters [fot. Piotr Lewandowski]
Daughters [fot. Piotr Lewandowski]
Daughters [fot. Piotr Lewandowski]
JARV IS... [fot. Piotr Lewandowski]
JARV IS... [fot. Piotr Lewandowski]
JARV IS... [fot. Piotr Lewandowski]
JARV IS... [fot. Piotr Lewandowski]
JARV IS... [fot. Piotr Lewandowski]
Stereolab [fot. Piotr Lewandowski]
Stereolab [fot. Piotr Lewandowski]
Stereolab [fot. Piotr Lewandowski]
Stereolab [fot. Piotr Lewandowski]
Slowthai [fot. Piotr Lewandowski]
Slowthai [fot. Piotr Lewandowski]
Slowthai [fot. Piotr Lewandowski]
The Comet is Coming [fot. Piotr Lewandowski]
The Comet is Coming [fot. Piotr Lewandowski]
The Comet is Coming [fot. Piotr Lewandowski]
The Comet is Coming [fot. Piotr Lewandowski]
Electric Wizard [fot. Piotr Lewandowski]
Electric Wizard [fot. Piotr Lewandowski]
Electric Wizard [fot. Piotr Lewandowski]
Off 2019 [fot. Piotr Lewandowski]
Aldous Harding [fot. Piotr Lewandowski]
Aldous Harding [fot. Piotr Lewandowski]
Aldous Harding [fot. Piotr Lewandowski]
Tirzah [fot. Piotr Lewandowski]
Tirzah [fot. Piotr Lewandowski]
Tirzah [fot. Piotr Lewandowski]
Bamba Pana & Makaveli [fot. Piotr Lewandowski]
Bamba Pana & Makaveli [fot. Piotr Lewandowski]
Bamba Pana & Makaveli [fot. Piotr Lewandowski]
Ammar 808 [fot. Piotr Lewandowski]
Boogarins [fot. Piotr Lewandowski]
Boogarins [fot. Piotr Lewandowski]
Boogarins [fot. Piotr Lewandowski]
Polmuz [fot. Piotr Lewandowski]
Polmuz [fot. Piotr Lewandowski]
Polmuz [fot. Piotr Lewandowski]
Polmuz [fot. Piotr Lewandowski]
Trupa Trupa [fot. Piotr Lewandowski]
Trupa Trupa [fot. Piotr Lewandowski]
Trupa Trupa [fot. Piotr Lewandowski]
Trupa Trupa [fot. Piotr Lewandowski]
Suede [fot. Piotr Lewandowski]
Suede [fot. Piotr Lewandowski]
Suede [fot. Piotr Lewandowski]
Suede [fot. Piotr Lewandowski]