polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Richard Dawson, Eric Chenaux
Petit Bain | Paryż | 08.02.20

Richard Dawson na scenie od dawna osiąga intensywność ocierającą się o transgresję. Teraz, wyposażony w gitarę elektryczną i czujnie grającą sekcję rytmiczną, Dawson dołożył ciężar, którego w jego muzyce wcześniej nie było. Podobnie, jak nie było aż tak współczesnych i politycznych tekstów, jak na 2020. Na początku paryskiego koncertu Dawson żartował, że musi się pilnować by koncert nie wydawał się zbytnio rockowy. Fakt, nowy materiał, zagrany na żywo ostrzej niż w studio, chwilami był rockowy, a ekscytacja publiczności przy "Jogging" pokazała, że Dawson dorobił się pierwszego "hitu", a może raczej quasi-hymnu. Ale nawet w najbardziej riffowych momentach Dawson nie zgubił swojej istoty, zanurzenia w brytyjskim folku, zabaw archaicznym językiem, i surowości, która charakteryzuje jego muzykę od lat. Na setlistę złożyło się sześć albo siedem utworów z 2020, dwa z Peasant, oraz trzy numery a capella ze starszych płyt, z obłędnym "The Ghost of a Tree" wykonanym tradycyjnie na zamknięcie koncertu. To był mój trzeci koncert Dawsona i utwierdził mnie w przekonaniu, że niewielu jest obecnie "piosenkarzy" tak przesuwających na scenie granice swojej muzyki.

Wieczór otworzył Eric Chenaux, finezyjnym występem na głos, gitarę i loopy. To akurat jego metoda od dawna, ale niespodzianką była ilość soulu w wokalach i groove osiągany za pomocą minimalnych środków. Chenaux zagrał dobry koncert, ale został trochę przytłoczony frontalnym atakiem Dawsona.

[zdjęcia: Piotr Lewandowski]

Richard Dawson [fot. Piotr Lewandowski]
Richard Dawson [fot. Piotr Lewandowski]
Richard Dawson [fot. Piotr Lewandowski]
Richard Dawson [fot. Piotr Lewandowski]
Richard Dawson [fot. Piotr Lewandowski]
Richard Dawson [fot. Piotr Lewandowski]
Eric Chenaux [fot. Piotr Lewandowski]
Eric Chenaux [fot. Piotr Lewandowski]
Eric Chenaux [fot. Piotr Lewandowski]