polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Primavera Sound 2022
Barcelona | 02-05.06.22

Les Savy Fav, Low, Napalm Death, Tropical Fuck Storm, Boy Harsher, Shellac oraz Black Midi, czyli jubileusz Primavera Sound.

Zaległa z 2020 roku, przełożona z powodu COVID-19, 20. edycja Primavera Sound rozpoczęła się od bardzo mocnego uderzenia. Les Savy Fav stworzyli niezwykłą mieszankę wybuchową art punku oraz post hardcore. O koncertach nowojorczyków krążyły legendy i tak, rzeczywiście są fenomenalne. W świetnej formie wokalnej oraz fizycznej był główny sprawca zamieszania Tim Harrington. Kończący występ w różowych majtkach frontman kilka razy lądował w zgromadzonym tłumie, w odległości nawet pięćdziesięciu metrów od sceny. Z publiką w najbardziej zażyłe relacje wchodzili członkowie takich grup jak The Make-Up, Savages czy Dillinger Escape Plan, ale przy Harringtonie to przysłowiowa bułka z masłem. Do tego wspaniałe nagłośnienie. Muzycznie największe wrażenie wywarły basowe partie Syda Butlera. Dominowały utwory z niezapomnianych Let's Stay Friends oraz Inches. Jedyna rzecz, której zabrakło to choćby jeden kawałek z The Cat and the Cobra. Pierwszy shot i od razu top3 całego weekendu.
Niestety podczas znakomitego występu Les Savy Fav wydarzył się najdotkliwszy tegoroczny programowy clash. Richard Dawson & Circle po wydaniu fantastycznego Henki, byli absolutnym must see. Grali na miejscówce obok, ale trudno jest dzielić takie koncerty na pół, więc trzeba było wybrać któryś od początku do końca.
Tym bardziej szkoda, że organizatorzy nie podmienili wyjścia Richard Dawson & Circle z Dinosaur Jr. Kolejne spotkanie z Amerykanami z Massachusetts i kolejna nagłośnieniowa porażka. Podobnie jak kilka lat temu w Porto, za słabo słychać było wokale, za głośno był bas, a przede wszystkim gitarowe solówki. Całość nieprzyjemnie falowała. Na tej scenie odbyły się potem inne dobrze zrealizowane koncerty, a więc winę za wtopę ponoszą raczej ludzie związani z zespołem. Trudno.
Primavera to również miejsce wielu odkryć, debiutów. Jako sympatyk twórczości takich bandów jak Converge czy wspomnianego już Dillinger Escape Plan (oczywiście tylko do Option Paralysis), musiałem zjawić się na The Armed. Hajp na ten kolektyw jest przeogromny (przy produkcji ostatniego krążka współpracowali, m.in. Ben Chisholm, Kurt Ballou, Mark Lanegan, Ben Koller, Troy Van Leeuwen...) i tak samo przeogromna była salwa śmiechu po zakończeniu ich popisu. Hyper pop-math noisowa hybryda, łącząca z jednej strony przesadnie chwytliwą melodyjność, a z drugiej głośne gitarowo-screamowe cięcia, wypadła jak wspólna sesja członków Foo Fighters, Green Day lub Cave In z muzykami Code Orange lub Oathbreaker. Ultrapop na żywo to do granic podkręcony, basowy, karykaturalny potwór, który wypluwa utwory z różnymi wokalistami na prowadzeniu, w tempie sztangisty robiącego serie powtórzeń po świeżym zastrzyku sterydów.
Po rozczarowującym bubblegum-core'owym chaosie przyszła pora na elektronikę. Pierwszy raz od lat nie było w Barcelonie polskiej reprezentacji w ramach cyklu „Don't Panic! We're from Poland”. Jedyną polską przedstawicielką była więc, znana jako VTSS, Martyna Maja. Polka w trakcie zaskakująco krótkiego, bo tylko 30-minutowego wyjścia zaprezentowała dwa wyjątkowo skrajne oblicza. Pierwszy porywający, w stylistyce industrial/ jungle/ hardcore techno niemal rozsadził przygotowany do ravingu garaż. Kiedy soczysty live przyjemnie się rozrastał, didżejka chwyciła za mikrofon i zaczęła... śpiewać (przykładowy utwór „Make You Scream” jest już dostępny na bandcampie). Candy Girl electro doszczętnie zniszczyło odbiór całości, budząc spore niedowierzanie, a nawet lekki szok.
Całe szczęście następne w kolejności było Black Midi. Opublikowanie kapitalnego Schlagenheim zapoczątkowało odrodzenie i powstanie nowej fali brytyjskiego gitarowego brzmienia, a Londyńczycy zaskoczyli tego wieczoru wychodząc z saksofonistą. Math-rockowe, potężne kompozycje zostały wzbogacone elementami improv i wypadły wprost wyśmienicie. Noise-jazzrockowa mikstura wbiła w podłogę. Dziwię się komentarzom ludzi, którzy tym młodym i utalentowanym muzykom zarzucali nadmierne skłonności do scenicznej buty oraz solowych popisów. Ilość podjętych przez Black Midi wątków i motywów jest wprost imponująca.
Bardzo zawiodło za to, mające ekskluzywny live w Sali Auditori, legendarne duo Autechre (kolejka do wejścia ustawiła się już 45 minut przed startem). Ich nadzwyczajny pokaz na Sonar Festival 2015, pomimo upływu wielu lat, wciąż pozostaje w mojej pamięci. Tym razem zamiast mocy i wielowarstwowości, Brytyjczycy postawili na klaustrofobiczne repetycje uderzeń, pisków oraz trzasków jakby rozbijanego szkła. Zabrakło pauz, szelestów, urozmaiceń czy choćby przejść w stylu ambient/ abstract, znanych z najświeższych SIGN i PLUS. Agresywny, drumowy, niezwykle surowy, jednostajny, odbywający się w całkowitych ciemnościach horror techno live bardziej pasowałby na którąś z elektronicznych miejscówek na zamknięcie dnia, niż do zamkniętej sali z krzesłami, z której ludzie zaczęli panicznie uciekać od około trzydziestej minuty.
Dobrze, że nigdy wcześniej, ani tym razem nie zawiódł Shellac. Znakomicie nagłośniony koncert obejmował aż cztery nowe kawałki, które zwiastują nadejście nowej, interesująco zapowiadającej się płyty. Trio było pełne energii, tzw. świeżości i koncertowego głodu. Steve Albini jedną z przemów i nowych utworów poświęcił zbieraczom złomu z jego rodzinnego Chicago. Ze staroci zdecydowanie najpotężniejszy był „Wingwalker”.
Wciąż po zawieszeniu działalności Savages, pomysłu na siebie szuka Jehnny Beth. Francuzka po wydaniu solowego, tylko średniego, elektronicznego To Love Is To Live, zdała sobie sprawę, że trzeba podkręcić brzmienie w wersji live. Jej nowy image to „Nine Inch Nails wanna be”. Podrasowane pozycje z albumu, a także te premierowe miały industrialny, fragmentami całkiem ciekawy, pazur. Wsparcie wokalne, drugi wokal oraz bas dodały animuszu, ale całość i tak wyszła tylko solidnie. Jak zwykle szczera Camille Berthomier nie kryła swoich inspiracji NIN wykonując cover „Closer”. Artystka pomimo pękniętej szwy w kroczu swoich spodni, nie miała oporów by parę razy zanurzyć się w zgromadzonej pod barierkami publice.
W publice zgromadzonej pod sceną, nie można było za to choćby przebywać w trakcie zaplanowanego na piątek (kalendarzowo była już sobota 1.20am) Tropical Fuck Storm. Koncert bowiem, bez żadnej zapowiedzi i informacji ze źródeł organizatorów, odbył się ponad pięć (!) godzin wcześniej, bo o 19.50. Nie wszyscy poświęcają kilka godzin dziennie na facebooka, aby ze strony zespołu dowiedzieć się o tej zmianie. A przecież w ubiegłych latach godzinowy rozkład jazdy był zawsze rzeczą świętą. Ogromna szkoda.           
Niestety, zmianie uległ też komfort przebywania na festiwalu. Niespodziewanie zamknięto dla publiczności most łączący tradycyjny teren Parc Del Forum z powstałym w 2016 roku terenem odbywającej się przy plaży, elektronicznej odsłony festiwalu, tzw. Primavery Bits. W czwartek ludziom nie chciało się nadkładać trasy (nie dziwię się, spacer 20 minut w jedną stronę) i po „starej stronie” Parc Del Forum zaczęły rosnąć bardzo niebezpieczne zatory oraz gigantyczne kolejki po wodę, piwo i jedzenie. Stanie prawie 50 minut po coś do picia nie jest fajne. Sprawa została nagłośniona, interweniowały lokalne władze, a o incydentach rozpisywały się największe, nie tylko katalońskie gazety, m.in. El Pais. Co więcej, do Sali Auditori, znajdującej się na obrzeżach parku, na „ekskluzywne” koncerty dla 3000 osób zarezerwowano m.in. Kim Gordon (ten występ nie był w sferze moich zainteresowań, ale kolejka przed wejściem na tzw. pełnym słońcu ustawiała się prawie dwie godziny przed startem, wiele osób nie weszło), Low (aby wejść trzeba było przyjść i wystać minimum półtora godziny) oraz wspomniane Autechre (45 minut stania w kolejce). Nie wszystkim udało się wejść do środku, festiwalowicze nie kryli oburzenia.
Organizatorzy ostatecznie oficjalnie przeprosili za powstałe problemy, podjęli skuteczne działania naprawcze i na sobotę zaplanowano, tym razem na otwartym terenie, drugi koncert Low. Gitarowe pętle, drone/ art rockowa intensywność, shoegaze'owa subtelność, cudowne wokale Alana Sparhawka, ale przede wszystkim Mimi Parker. Do tego skupienie i posępny klimat zwykle charakterystyczne dla koncertów cięższych kapel, takich jak choćby Neurosis. Amerykanie w swoim minimalizmie, bez żadnego wysiłku czy jakichkolwiek ozdobników, wykreowali niesamowitą aurę, przestrzeń będącą źródłem emocji, których się zupełnie nie spodziewałem. Dominował materiał z Hey What, ale w bogatszej, rockowej wersji. Obok Les Savy Fav był to zdecydowanie najlepszy koncert tej edycji.
Jak co roku, w Barcelonie, można było skorzystać z kapsuły cofającej w czasie. Pochodzący z Waszyngtonu Jawbox odmłodził wszystkich zainteresowanych o prawie trzydzieści wiosen. Amerykanie, za sprawą czystego brzmienia i doskonałych wokali, wypadli lepiej od grającego w 2019 roku Jawbreaker, a w kategorii lat 90. pod względem wygenerowanej gitarowej mocy można ich usytuować od razu za trójką Drive Like Jehu, Unsane, June of 44.
Aby jeszcze bardziej podkręcić gitarową nawałnice trzeba było udać się na Abbath. Znany z legendarnego Immortal, Olve "Abbath" Eikemo robił co mógł, aby funkcjonujący od 2015 roku, black metalowy twór dał radę, ale wyszło to dość mizernie. Moc głośników ustawiono prawie na maksimum, ale to nie wystarczyło. Męczące, dudniące, oparte na perkusyjnych galopadach oraz gitarowych piskach, kompozycje pozbawione były tzw. ścięcia, basu czy jakiejkolwiek psychodelii. Na nic zdały się bezbłędne wokale charakterystycznego Norwega. W głowie na dłużej pozostał najnowszy „Dread Reaver”.
Więcej można było się także spodziewać po Bauhaus. Są zespoły, które na koncertach brzmią mocniej niż na płytach, ale Anglicy się do nich nie zaliczają. Było idealne nagłośnienie, skoncentrowana publika, czysty wokal, solidna setlista (przeważały utwory z In the Flat Field), dobrze dobrana scena, ale brakowało zrywów, iskry, czegoś szalonego. Może za bardzo napompowane były oczekiwania? Było to trochę ospałe, za bardzo goth/ glam, a za mało post-punk.
Trzeci najlepszy koncert weekendu był autorstwa Napalm Death. Oni się nie starzeją, a forma wokalna oraz umiejętności Marka "Barney'a" Greenway'a, zwłaszcza w porównaniu do innych core' owych frontmanów, wzbudza zachwyt. Było mnóstwo nowego materiału z Throes Of Joy In The Jaws Of Defeatism, jak i staroci z From Enslavement To Obliteration. Niektóre, zbyt anarchistyczne poglądy polityczne Greenway'a budzą czasem kontrowersje, ale był to jedyny artysta, który odniósł się do agresji wojskowej i wojny w ogóle. Nie zabrakło pozycji wolniejszych, walcowatych, które perfekcyjnie kontrastowały szybką większość. Brzmienie 10/10. Kolosalna moc.
Właściwym zespołem, do tego aby wyciszyć wściekłość i wrócić do trybu imprezowego, był mający za sobą słabsze dwa ostatnie albumy Idles. Przepaść pomiędzy Brutalism/ Joy As An Act Of Resistance, a Ultra Mono i Crawler nie jest całe szczęście aż tak odczuwalna na żywo, a jedyną różnicę w stosunku do 2018 roku robił nieco zbyt nostalgiczny Joe Talbot, który ponownie opowiadał jak to przyjeżdżał do stolicy Katalonii jako widz, a teraz gra na tak dużej scenie ze swoją kapelą. Było wesoło i energetycznie, ale czy Anglicy czymś jeszcze zaskoczą? Chyba już nie.
Nieoczekiwanie, w wersji live, zaskoczył za to Shame. Grupa, której przewodzi przyjmujący chuligańskie pozy frontman Charlie Steen porwała, zahipnotyzowała i przeniósła do swojego świata na pełne trzy kwadranse. I owszem, zarówno Songs Of Praise, jak i Drunk Tank Pink są ciekawe, ale jednak pozbawione przysłowiowej kropki nad i, czyli tej głośnej, gitarowej mocy. Na żywo brzmi to bardziej bezkompromisowo niż na obu studyjnych wydawnictwach. Kwintet, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zmienił się w koncertową bestię, która łącząc post punkowe eksplozje z elementami noise rock, post hardcore, a nawet art punk (wyborna gra perkusisty Charlie'ego Forbesa) przyciągała swoim magnetyzmem. Tłum dosłownie oszalał przy „Born in Luton”, „Snow Day” oraz „Alphabet”.
Jeszcze większe wrażenie od Shame, w kategorii koncertowego odkrycia imprezy, zrobiła apokaliptyczna dyskoteka jaką zaserwował duet Boy Harsher. To była prawdziwa darkwave' owa uczta EBM. Zaliczyłem w ostatniej dekadzie kilka odsłon tanecznego Sonar Festival, ale czegoś takiego dawno nie widziałem. Przebojowe i skoczne, ale zarazem totalnie psychodeliczne. Jae Matthews i Augustus Muller posiadają niebywały talent do łączenia dynamiki synthpopu z surowością coldwave. Najwięcej utworów było z Careful, ale znalazło się też miejsce na starsze pozycje z epek. Magiczny występ przy najmniejszej regularnej małej scenie zgromadził trzykrotną pojemność widzów, także tłum ludzi ciągnął się kilkadziesiąt metrów wzdłuż brzegu morza.
Pierwsza odsłona 20. edycji Primavery, biorąc pod uwagę jej program, była jedną z najlepszych w historii. Z powodu kolizji, obok wspomnianego Richarda Dawsona&Circle, trzeba było pominąć: Fontaines D.C., Aurorę Halal, Oscara Mulero, Lorenzo Senniego, Einstürzende Neubauten, Black Country, New Road oraz Terrance'a Dixona.
Tym bardziej miło, że nieoficjalną rekompensatą za braku festiwalu w COVIDowym 2021 roku, była rozbudowana część Primavera a la Ciutat, w ramach której w trakcie sześciu dni w aż 14 klubach na terenie Barcelony zaplanowano zawrotną ilość prawie 200 koncertów. Nie przepadam za formułą festiwali miejskich, które odbywają się w kilku lub kilkunastu miejscówkach, a przemieszczanie między nimi zabiera czas, który traci się także dodatkowo na stanie w kolejkach. Ograniczenia liczebności w salach i tzw. kolizje, wywołują niepotrzebną nerwówkę i w efekcie niepotrzebny stres, ale za to można było nadrobić parę koncertów, których nie udało się zobaczyć podczas regularnego festiwalu (artyści z weekendu zostawali najpóźniej do poniedziałku).
W niedzielę wieczorem udało dostać się do pubu Sidecar, w którym dla około 150 osób zagrał post punkowo/ no wave'owo-popowy Automatic. Kobiece trio skupiło się na Signal, który po kilkunastu odsłuchach trafił do próżni, a który to na żywo nabrał zaskakujących nowych perspektyw, rumieńców, ale przede wszystkim mocy. Występ nie miał żadnych słabszych momentów, a Amerykanki zaprezentowały już, całkiem niezłe, pozycje z nowej nadchodzącej płyty.
Zespołem, którego koncert w ostatniej chwili także udało się nadrobić, a który też obok Boy Harsher, był największym odkryciem w wersji na żywo był Tropical Fuck Storm. Australijski kwartet rozsadził pub, a raczej mini bunkier znajdujący się w samym centrum miasta przy Plaça Reial. Tego wieczoru totalnie nie miało znaczenia to, że ostatni Deep States odstaje od debiutanckiego A Laughing Death In Meatspace czy choćby Braindrops. Psychodeliczno-noise'owe uderzenie niczym fala porwała i zanurzyła w kwasowo-psylocybinowym świecie stworzonym przez Garetha Liddiarda, a zwłaszcza Ericę Dunn. „Ekskluzywny” występ miał dłuższą setlistę niż zwykle i obejmował zarówno pozycje autorskie, jak i kilka coverów. Nie mogło zabraknąć najbardziej psychodelicznych „Paradise” oraz „You Let My Tyres Down”.
Ostatnią atrakcją była niespodzianka w postaci pojawienia się w pubie Jehnny Beth, która zaraz po swoim koncercie w Razzmatazz stawiła się w Sidecarze ze swoją świtą po to, aby dla około 50 osób zagrać DJ seta. Ten miał oczywiście charakter amatorski, stricte zabawowy, a z muzycznych nawiązań pięknej Francuzki w pamięci utkwiło to z Gesaffelsteinem w roli głównej.

Szkoda, że wcześniej lub na ostatnią chwilę zrezygnowali z udziału w festiwalu, m.in. Bikini Kill, OM, Massive Attack, Connan Mockasin oraz Lingua Ignota, ale nawet bez nich, 20. urodziny Primavery można uznać za jedne z najbardziej spektakularnych, nie tylko w jej bogatej historii.

[Dariusz Rybus]

[zdjęcia: Ewelina Kwiatkowska, Dariusz Rybus, Dani Canto, Eric Pamies]

Les Savy Fav [fot. Ewelina Kwiatkowska]
Les Savy Fav [fot. Ewelina Kwiatkowska]
Les Savy Fav [fot. Ewelina Kwiatkowska]
Les Savy Fav [fot. Ewelina Kwiatkowska]
Les Savy Fav [fot. Ewelina Kwiatkowska]
Les Savy Fav [fot. Ewelina Kwiatkowska]
Les Savy Fav [fot. Ewelina Kwiatkowska]
Les Savy Fav [fot. Dariusz Rybus]
Les Savy Fav [fot. Dariusz Rybus]
Dinosaur Jr. [fot. Dani Canto]
The Armed [fot. Ewelina Kwiatkowska]
The Armed [fot. Ewelina Kwiatkowska]
VTSS [fot. Ewelina Kwiatkowska]
VTSS [fot. Ewelina Kwiatkowska]
Black Midi [fot. Ewelina Kwiatkowska]
Shellac [fot. Ewelina Kwiatkowska]
Shellac [fot. Ewelina Kwiatkowska]
Shellac [fot. Ewelina Kwiatkowska]
Jehnny Beth [fot. Ewelina Kwiatkowska]
Jehnny Beth [fot. Ewelina Kwiatkowska]
Jehnny Beth [fot. Ewelina Kwiatkowska]
Jehnny Beth [fot. Dariusz Rybus]
Low [fot. Ewelina Kwiatkowska]
Low [fot. Ewelina Kwiatkowska]
Jawbox [fot. Ewelina Kwiatkowska]
Abbath [fot. Ewelina Kwiatkowska]
 
Bauhaus [fot. Ewelina Kwiatkowska]
Napalm Death [fot. Eric Pamies]
Idles [fot. Clara Orozco]
Shame [fot. Ewelina Kwiatkowska]
Shame [fot. Dariusz Rybus]
Boy Harsher [fot. Sergio Albert]
Boy Harsher [fot. Sergio Albert]
Automatic [fot. Ewelina Kwiatkowska]
Automatic [fot. Ewelina Kwiatkowska]
Tropical Fuck Storm [fot. Ewelina Kwiatkowska]
Tropical Fuck Storm [fot. Dani Canto]
Jehnny Beth DJ Set [fot. Ewelina Kwiatkowska]