polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Primavera Sound 2022 Weekend 2
Barcelona | 09-11.06.22

Duma, Gaahls Wyrd, Dry Cleaning, Gabber Modus Operandi, The Smile, Ride, Amyl and The Sniffers oraz The Murder Capital, czyli druga odsłona Primavera Sound 2022.

Nieformalne otwarcie drugiego weekendu, podobnie jak zamknięcie pierwszego, miało miejsce w ramach cyklu klubowej odsłony Primavera a la Ciutat. Tak jak wcześniej w przypadku pary Automatic/ Tropical Fuck Storm, aby zobaczyć Pile ponownie udało się dostać do mieszczącego około 150 osób pubu Sidecar. Mający duże możliwości kwartet, któremu dowodzi Rick Maguire, tak jak na płytach, również i na żywo wypadł bardzo nierówno. Spory potencjach w głośnych tarciach, znakomitym wokalu i gitarowym uderzeniu, zespół niepotrzebne rozdrobnił w pozycjach wolniejszych, niemal balladowych, które kilkakrotnie niszczyły wygenerowane napięcie. Najwięcej materiału było z You're Better Than This oraz z Dripping.
Jak powinno dozować się napięcie, dzień później, w mogącym pomieścić 350-400 osób klubie La Nau, pokazał Dry Cleaning. Wbijające w podłogę „Leafy”, „Unsmart Lady”, „Strong Feelings”. Najlepsze tego wieczoru „Her Hippo” i „Scratchcard Lanyard”. Kwartet, póki co prezentuje jeszcze dwa oblicza. To cichsze z mniejszym udziałem fenomenalnych, przeszywających gitarowych partii Thomasa Paula Dowse'a obejmowało nagrania z poza New Long Leg. Dowse jest muzycznie delikatnie odklejony od pozostałej trójki, która wciąż czerpie przyjemność z poza gitarowych, perkusyjno basowych faz. Ale bez gitarowego kontrastu, na sile przekazu, traci z kolei cudownie hipnotyzująca Florence Shaw. Wolę ich mocniejszą wersję - ciekawe co przyniesie druga studyjna płyta?
Regularny weekend w Parc Del Forum zaczął się od organizacyjnej wpadki. Około 16, czyli trzy i pół godziny przed planowanym startem, Amyl and The Sniffers ogłosili na swoim facebooku, że wyjdą pół godziny wcześniej. Australijczycy kolejny raz udowodnili, że nie biorą jeńców, ale na pewno nie było to tak efektowne, jak w 2019 roku, kiedy debiutowali na małej scenie. Wpływ na ten stan rzeczy miały mniej dynamiczne utwory z ostatniego Comfort To Me. Publika szalała, było ostre pogo, temperatura rosła, ale spodziewanego finału nie było, bo całość trwała tylko nieco ponad czterdzieści minut. Pełne słońce na niebie plus największa miejscówka też niespecjalnie pomogły w budowaniu odpowiedniej atmosfery dla odbioru energetycznej czwórki z Melbourne.
Piękny koncert zagrali za to, z okazji 30-lecia wydania swojego płytowego debiutu, Ride (licząc COVIDową dwuletnią przerwę to minęły już 32 lata). Wykonany w całości Nowhere wypadł fantastycznie zwłaszcza w swojej pierwszej połowie. Znakomite nagłośnienie, znakomite wokale, no a przede wszystkim znakomite basowe partie Steve'a Queralta. I ten finał z monumentalnym „Nowhere”.
Wspaniale zaprezentował się także lokalny duet Tarta Relena. Wokalna siła z Fiat Lux z elektronicznymi dodatkami w tle, które w swoim dark ambientowo-basowym minimalizmie kontrastowały bogactwo wątków a cappella, wprowadziły w klasztorny, fascynujący i niezwykle poruszający nastrój. Był to najlepszy pokaz będący dziełem Hiszpanów, jaki podczas kilkunastu wizyt na festiwalach widziałem w ogóle.
Po przeciwnej stronie bieguna, a więc jednym z największych festiwalowych rozczarowań całej barcelońskiej dziesięciodniówki, było trio Oren Ambarchi, Konrad Sprenger, Phillip Sollmann, które zamiast rozwijania ambientowych motywów z Panama Suez przygotowało laptopowy gitarowo-drumowy set. Rzecz totalnie wtórna, nierozwojowa z mnóstwem uderzeń oraz pisków. Na pewno więcej można było spodziewać się, zwłaszcza po mającym na koncie współpracę z Jimem O'Rourke, Keiji'm Haino czy Merzbow, Orenie Ambarchim.
Jeśli chodzi o elektronikę, kapitalnie wypadł za to ekstremalny miks noise/ drum core/ break core/ industrial techno, jaki przygotował duet Duma. Wokalista Martin Khanja z miejsca przeniósł małą grupę około 150 osób gdzieś daleko w apokaliptyczny świat bezładu. To było wprost genialne. Bezkompromisowe, brutalne, jedyne w swoim rodzaju, a nade wszystko dogłębnie oczyszczające. Zdecydowany top3 weekendu.
Klimat tej jakże potrzebnej i przyjemnej ekstremy podtrzymał także Gabber Modus Operandi. Indonezyjska wersja gabberu (elektroniczny hardcore) z elementami tribal/ hard trance wybrzmiała jak spotęgowane Atari Teenage Riot. Liczba uderzeń (około 180 na minutę), po kilkunastu minutach pozwoliła wejść w stan intensywnej introspekcji. Odbiór całego rytuału ocierał się o skrajne doznania, ale ostatecznie stał się źródłem wielkiego katharsis. Czapki z głów, ale z dwójki Duma vs. Gabber Modus Operandi wolałbym jednak przeżyć powtórkę Dumy.
Z euforycznej ekstremy do poukładanego Dublinu zabrał The Murder Capital. Kolejny przedstawiciel nowej fali post punku i kolejny raz, jak ma to zwykle miejsce przy zespołach gitarowych, lepiej jest na żywo, niż na płytach. Analogicznie do sytuacji z weekendu numer jeden i Shame, ale w innym, bo w bardziej depresyjnym, dekadenckim i ponurym wydaniu. Zdecydowanym liderem kwintetu był wokalista James McGovern, ale uwagę w ich grze przykuwały złożone, momentami noise'owe struktury oraz niemal art rockowe tła utworów (najciekawsze były „Green & Blue”, „For Everything”, „Don't Cling to Life”). Irlandczycy zagrali już też nowe kompozycje, pozostaje mieć nadzieję, że na drugiej płycie nie popadną w nadmierną melancholię i nie powtórzą błędu jaki na albumie A Hero's Death, popełnili ich krajanie z Fontaines D.C.
Również z dobrej strony, ale w zupełnie innej kategorii, pokazał się Valentino Mora. Świeżość motywów z debiutanckiego Underwater pozwoliła na chwilę zadumy, ale i wytchnienia niezbędnego podczas dziewiątego dnia imprezy. Mający urugwajskie korzenie Mora uszykował ekstatyczny, ale zarazem masywny live, który utrzymany był w stylistyce dark ambient/ ambient techno/ abstract techno. Trochę szkoda, że w trakcie drugiego weekendu nieczynna była Sala Auditori, bo ten live pasowałby do niej wprost idealnie.
Ambientowe wyciszenie, przy okazji, świetnie przygotowało do pojawienia się The Smile. Zmęczony solowymi elektronicznymi dokonaniami Thoma Yorke'a, projektem Atoms For Peace, a także zapaścią Radiohead po A Moon Shaped Pool, z dużym dystansem poszedłem wysłuchać na żywo A Light For Attracting Attention. Tylko solidny materiał z płyty, głównie za sprawą potężnych basowych partii Yorke'a (parę utworów na basie zagrał też Jonny Greenwood), ale zwłaszcza doskonałych perkusyjnych szarż i cięć, znanego z Sons Of Kemet Toma Skinnera, nabrał zupełnie innego, mocniejszego i bardziej żywiołowego wymiaru. Całość, bez zbędnych przerywników, ozdobników czy indywidualnych popisów wybrzmiała jak udany jamming. Trio nadało kompozycjom większego, wyrazistszego, rockowo-funkowego sznytu, co w połączeniu z wyśmienitym jak zwykle wokalem Yorke'a wypadło okazale.
Seria pięciu rewelacyjnych koncertów została zatrzymana przez najmniej spodziewany czynnik. Podobnie jak w przypadku Amyl and The Sniffers, na kilka godzin przed startem, tyle, że tym razem za pośrednictwem oficjalnego mejla w sobotę poinformowano o zamianie Shellaca ze Sky Ferreira (20.45 na 18.50), o czym niestety dowiedziałem się zbyt późno. Dotarcie na koncert, który się już odbył nie jest fajne. Szkoda.
Fatalnie wypadło Yeah Yeah Yeahs. Rzadko występująca Karen O nie przygotowała się odpowiednio na finał festiwalu. Słaba dyspozycja wokalna, masa przerywników, przemów, zaczepek publiczności plus za ciche brzmienie rozczarowały totalnie. Zamiast rockowej zadziorności (nawet takie hity jak „Pin”, „Maps”, „Y Control” wypadły mizernie) była indie popowa papka (katastrofalny „Heads Will Roll”, za dużo było kawałków z i w stylu It's Blitz!).   
Przy okazji pobytu na największej miejscówce festiwalu, która od mniejszych scen zdecydowanie różni się atmosferą, trzeba wspomnieć, że Primavera w piątek i sobotę biła piarowy rekord frekwencji, który został ustanowiony w sobotę podczas pierwszego tegorocznego weekendu. Liczba 80500 ludzi łącznie w Parc Del Forum i na terenie Primavera Bits szokowała zwłaszcza regularnych bywalców festiwalu, dla których osiągnięte kilka lat temu 50000-60000 to już był maks. W kuluarach dużo mówiło się o ogromnym potencjale nowej siedziby festiwalu w Madrycie oraz o nadchodzącej kampanii amerykańskiej (Buenos Aires, Los Angeles, Santiago de Chile, Sao Paulo). Primavera ewidentnie obrała nowy, globalny kurs i Parc Del Forum do tej koncepcji już chyba raczej się nie wpisuje.
Ostatnim widzianym koncertem w trakcie 10-dniowych zmagań był ten autorstwa Gaahls Wyrd. Utwory z wybornego GastiR - Ghosts Invited plus kilka wspomnień z obozu Gorgoroth i Trelldom, wyszło wprost wspaniale. Możliwości wokalne Kristiana Eivinda Espedala, od czystego śpiewu, krzyków, wrzasków, po kilkudziesięciu sekundowe piski, budziły spory podziw. Zrodzony z black metalowej otchłani projekt imponuje. Z jednej strony zapożycza elementy sludge, progressive, a nawet doom. Z drugiej kontrastuje go techniczną precyzją oraz niezwykle wciągającym, szamańskim klimatem.

Reasumując podwójną odsłonę festiwalu w 2022: odbyły się 672 koncerty, zagrało około 550 wykonawców, całość trwała 10 dni (plus dla chętnych był tzw. dzień starter oraz zamknięcie - brunch na plaży), było 16 scen podczas 2 regularnych weekendów oraz 14 klubów w mieście w trakcie tygodnia między weekendami.
Tego już chyba raczej nigdy nie uda się powtórzyć.

[Dariusz Rybus]

[zdjęcia: Ewelina Kwiatkowska, Dariusz Rybus, Dani Canto, Eric Pamies]

Dry Cleaning [fot. Ewelina Kwiatkowska]
Amyl and The Sniffers [fot. Ewelina Kwiatkowska]
Ride [fot. Ewelina Kwiatkowska]
Ride [fot. Ewelina Kwiatkowska]
Tarta Relena [fot. Dani Canto]
Oren Ambarchi, Konrad Sprenger, Phillip Sollmann [fot. Dariusz Rybus]
Duma [fot. Eric Pamies]
The Murder Capital [fot. Ewelina Kwiatkowska]
The Murder Capital [fot. Ewelina Kwiatkowska]
The Murder Capital [fot. Dariusz Rybus]
Valentino Mora [fot. Dariusz Rybus]
The Smile [fot. Ewelina Kwiatkowska]
The Smile [fot. Ewelina Kwiatkowska]
The Smile [fot. Ewelina Kwiatkowska]
Yeah Yeah Yeahs [fot. Eric Pamies]
Gaahls Wyrd [fot. Ewelina Kwiatkowska]