



Le Guess Who wypełniło pustkę po zbankrutowanym ATP, skomercjalizowanej i przerośniętej Primaverze, pogubionym Offie. 15 edycja miała bardzo zróżnicowany program, w którym ogólnie mniej niż kiedyś było rocka, a więcej rapu i muzyki spoza zachodniego kręgu – zgodnie z tym jak świat się zmienia.
Okołorockowymi wydarzeniami były koncerty Dry Cleaning i Horse Lords z materiałem z nowych płyt, oba doskonałe. Potężnie, choć zbyt monotonnie zagrali Gnod oraz Divide & Dissolve, którym niestety nie działały efekty gitarowe. Wspaniały koncert solo w przestrzeni kościoła Janskerk zagrał Jeff Parker. Do kościelnej przestrzeni pasował też ascetyczny występ Myriam Gendron. Niezłe, choć trochę monotonne były koncerty Cate Le Bon i Kee Avil.
Jeśli chodzi o rap i okolice, to doskonale zagrali clipping., którzy zresztą byli jednymi z kuratorów festiwalu. Bardzo dobrze, mimo problemów zagrał Billy Woods. Problemy wynikały z braku personelu – jeden z jego koncertów miał być w duecie z Moor Mother, która jednak odwołała udział. A na solowe nie dojechał jego didżej. Objawieniem festiwalu była grupa Mourning [A] BLKstar. Energia, pełnia brzmienia a przede wszystkim obłędna jakość wokalna koncertu nieporównywalnie przerastały płyt. Fajne koncerty zagrały też Liv.e oraz Lex Amor.
Muzyki z różnych stron Afryki było na LGW dużo, ja skupiłem się na Kongo, które reprezentowały dwa zespoły: Fulu Miziki Kolektiv i KOKOKO! Oba świetne i jednak różne: FMK bliżej perkusyjnej tradycji wprowadzonej na zachodnie sceny przez Konono, KOKOKO! bardziej elektroniczne. Doskonały koncert zagrała też południowoafrykańska grupa The Brother Moves On, grająca elektrycznie w tradycji politycznego jazzu, jaki upowszechnił Hugh Masekela. Nie do końca przekonał mnie koncert The Master Musicians of Jajouka, ale to chyba po prostu nie jest muzyka do dużej, filharmonijnej sali, w której odbył się ich koncert na LGW. Do afrykańskiego nurtu można też zaliczyć koncert Idris Ackamoor & The Pyramids, choć Idris to Amerykanin. The Pyramids zagrali w dużym składzie z sekcją smyczkową i dętą, chwilę im zajęło zanim koncert nabrał kolorytu ale ostatnie pół godziny było bardzo dobre. Ciekawy był też występ Egipcjanki Nancy Mounir i jej grupy –niemal słuchowisko oparte o historie i pieśni śpiewaczek i śpiewaków z początku XX wieku, wokół których tworzyła się muzyka grupy.
Muzykę improwizowaną reprezentowały (dla mnie) dwa zespoły znane i lubiane, ale których najlepsze lata już chyba minęły: Zs i Supersilent. Koncerty niezłe, ale niestety jednak dość przewidywalne.
Klamrę LGW stanowiły dwa obłędne koncerty elektroniczne. Na otwarcie w teatrze Stadsschouwburg zagrał Sote z wizualizacjami Tarika Barri. Była to rewelacyjna wariacja na temat ‘Majestic Noise Made in Beautiful Rotten Iran’. Na zakończenie zagrał The Bug i to totalny ogień, choć z ‘Fire’ pojawiło się tylko kilka, mocno zrewidowanych numerów.
Eklektyczny, poszukujący program i doskonała realizacja koncertów to absolutnie atuty kameralnego festiwalu w Utrechcie. Wyzwaniem stają się jednak koszty – nie tyle biletów, co wyprawy do Utrechtu, bo popularność festiwalu rośnie niestety szybciej niż baza noclegowa w tym mieście, więc trzeba się liczyć z dość drogimi noclegami na miejscu lub nocnymi powrotami pociągiem do innych miast.
[zdjęcia: Piotr Lewandowski]