



Po niepowtarzalnej, zeszłorocznej, podwójnej edycji, Primavera Sound powróciła do swojego tradycyjnego formatu. Formatu w ramach, którego udało się zobaczyć, zwykle w całości, około dwudziestu artystów.
W oryginalnym składzie, po dziesięcioletniej przerwie w graniu, powróciło elektroniczne trio Emeralds. John Elliott, Steve Hauschildt oraz Mark McGuire postawili na intensywny przekaz drone/ noise, w którym główną rolę odgrywały gitarowe partie McGuire'a. Z pięciu utworów, utrzymanych w specyficznej dla Amerykanów atmosferze kosmische, tylko jeden był spokojniejszy, ambientowy. Większość zdominowana została przez posępne gitarowe loopy, pulsujące basowe tła oraz post-rockowe spięcia, które często przywoływały skojarzenia z Godspeed You! Black Emperor.
Podtrzymanie mocnej inauguracji i od razu jeden z czterech najlepszych koncertów tej edycji przypadł w udziale Come. Porażające wokale niesamowitej Thalii Zedek wbijały w fotel sali Auditori, a przygotowana przez Amerykanów setlista nie pozwoliła na najmniejszą chwilę wytchnienia. Masywna całość zawierała zarówno math-rockowe precyzyjne cięcia, slowcore - bluesową przestrzeń, noise'owe eksplozje, jak i artrockowe urozmaicenia. Najwięcej materiału było z Gently Down the Stream, a najpotężniej wybrzmiały „Dead Molly”, „Mercury Falls”, „Let's Get Lost”, a zwłaszcza fantastyczny „Saints Around My Neck”.
Dobrze się złożyło, że następny w programie, również w sali Auditori, z o wiele luźniejszym przesłaniem płyty Heavy Rocks, był Boris. Występujący jako kwartet Japończycy skupili się na ognistych elementach hard & heavy, przez co nie mogło zabraknąć kilku numerów z NO. Rolę wodzireja pełnił oczywiście skrajnie pobudzony Atsuo, który wbrew zaleceniom ochrony, od razu zaprosił pod samą scenę siedzących na fotelach festiwalowiczów. Szaleńczy nastrój najbardziej odzwierciedla finałowy zestaw „Kikinoue”, „Fundamental Error”, „Loveless” oraz rozbudowany dronowym wstrząsem „(not) Last song”.
Z o wiele mocniejszym uderzeniem, tyle, że już na nadbrzeżnej scenie eksperymentalnej, czekała Amenra. Zapadający się „Boden”, miażdżąca para „Am Kreuze”/ „A Solitary Reign”, a nade wszystko genialny, monstrualny „De Evenmens”, zostały magicznie wplecione w morski klimat miejscówki, pogłębiając przekaz niesamowitego misterium jakie zwykle przygotowują Colin H. van Eeckhout i spółka. Widziałem Belgów kilka razy, zarówno w odsłonie festiwalowej, jak i klubowej i ten koncert staje się argumentem przeciwko tezie, że klubowe koncerty wypadają lepiej. Zdecydowany Top 4 całej imprezy.
Pierwszy dzień był intensywny, ale krótszy niż przewidywały pierwotne plany. Parę dni przed startem wycofał się bowiem Arthur Verocai, a OFF! nieszczęśliwie pokrył się czasowo z Boris.
Całe szczęście żadnych poważnych rezygnacji nie było w piątek, przez co wizyta w Parc Del Forum trwała nieco ponad dwanaście godzin.
O 17.15 zaskakująco przyjemnym akcentem słoneczny dzień otworzyła hiszpańska Bala. Sludżowy duet gitara-perkusja cudownie zapadał się w siarczystych skrajnościach crust oraz wybuchach hardcore-punk. Pochodzące z Galicji Anx i V, oprócz tego, że stały się ogromną niespodzianką całego festiwalu, to doskonale nastroiły na wyjścia kolejnych głośno grających zespołów.
Frontman raw-hardcore'owego Soul Glo, Pierce Jordan sprawiał wrażenie jakby nie miał układu oddechowego albo jakby miał drugi, rezerwowy. Jego możliwości wokalne od recytacji, śpiewu po krzyk spokojnie dorównywały Gregowi Puciato z jego najlepszych lat, a cały kwartet świetnie poruszał się w tematyce bardzo dobrego Diaspora Problems.
Shellac z kolei, w tym roku postawił na utwory wolniejsze. Steve Albini, którego gitara wydawała większe piski niż zwykle (to oczywiście na plus), był w nastroju na przemowy. Opowiadał, że jego ulubioną płytą The Stooges jest Fun House, wspominał także o karaoke barach i zbieraczach starych rzeczy z Chicago. Bob Weston dodał, że właśnie świętują 30. rocznicę pierwszego koncertu, a z przygotowanego materiału najmocniejsze były „Dog and Pony Show”, „Riding Bikes” oraz „The End of Radio”.
Koncert z zupełnie innej planety zagrało Karate. Kontrasty, na których bazowało trio zawierało elementy slow-core, jazz fusion, blues rock oraz noise. Kapitalne basowe prowadzenie Jeffa Goddarda, perkusyjne rozejścia i dysonanse autorstwa Gavina McCarthy'iego, do tego fenomenalny wokal i gitarowe partie będącego w wyśmienitej formie Geoffa Fariny. Nie spodziewałem się aż takiej siły rażenia na żywo, był to jeden z dwóch najlepszych koncertów tej edycji. Bostończycy wrócili po siedemnastu latach niebytu, a frekwencja podczas ich występu jasno wskazuje, że potrzeba ich słuchania jest o wiele większa niż wtedy, kiedy kończyli swoją działalność grając w klubach dla kilkudziesięciu osób. Setlista była przekrojowa, znalazło się w niej miejsce dla znakomitych „There Are Ghosts”, „Gasoline”, „Small Fires”, „First Release” oraz „Operation: Sand”.
Dla odmiany kompletnie zawiedli Włosi z Voices from The Lake, których dobrze wspominałem z Sonar Festival 2015, a którzy zamiast eksperymentalnego techno zaserwowali coś, co charakteryzuje prymitywność setów Charlotte de Witte.
Nieco lepiej, ale też tylko solidnie, w ramach showcase'u z okazji 15. rocznicy istnienia Wytwórni PAN, zagrał Tzusing, który jednak za bardzo popłynął w monotematyczne industrial techno/ hard techno. Odczuwalny był deficyt przerywników oraz urozmaiceń.
W tym roku organizatorzy zrezygnowali z eksploatacji terenu elektronicznej części festiwalu, tzw. Primavera Bits, która odbywała się przy plaży i na plaży, „za mostem”, bez przerwy od 2017 roku. Problemem nie był ani słaby program, ani brak zainteresowania, ale raczej właśnie most, który łączył stary obszar Parc Del Forum z nowym, a który na co dzień służy do spacerów po parku. Migracje tysięcy ludzi w ciągu paru dni nie były dla niego wskazane, z kolei dojście tradycyjną ścieżką nad morze trwało zbyt długo. To odbiło się znacząco na plus jeśli chodzi o mniejszą frekwencję i tłumy, ale miało jedną negatywną konsekwencję w zbyt blisko usadowionym względem sceny Plenitude, o wiele większym niż rok temu i niezwykle hałaśliwym zwłaszcza po północy, Boiler Roomie. Ofiarą tego ustawienia padł częściowo Unwound. Zespół starał się jak mógł, wyregulował nagłośnienie tak, aby stłamsić jazgot techno. Niestety, przy okazji w trakcie trwania niemal całej pierwszej połowy koncertu, na tle aż dwóch gitar i basu, za cicho ustawione były wokale Justina Trospera. Próbowałem wielu miejscówek, od samych barierek przy scenie, po centrum placu czterdzieści metrów od sceny. Legenda noise rock/ post hardcore powróciła w tym roku po około dwudziestu latach przerwy bez nieżyjącego Verna Rumsey'a (u boku Justina Trospera i Sary Lund skład uzupełnili znany z Big Business i Melvins Jared Warren oraz Scott Seckington), prezentując materiał z czterech płyt. Najwięcej kawałków było z New Plastic Ideas, a najlepsze były zagrane w drugiej części „Corpse Pose”, „For Your Entertainment”, „Usual Dosage” oraz „Kantina”. Całe szczęście Unwound już w totalnie perfekcyjnych warunkach udało się nadrobić dwa dni później w fantastycznej sali Paral·lel 62, ale o tym później.
Żadne idealne nagłośnienie nie pomogło za to duetowi Lebanon Hanover. Ich występ był najsłabszym tej edycji i jednym z najgorszych tych kilku odsłon festiwalu, na których byłem dotychczas. Niedyspozycja wokalna Larissy Iceglass połączona z dziwacznymi pląsami Williama Maybelline'a oraz zbyt dominującym basem, zamiast zachęcać do energicznego tańca w rytmach dark wave, wywoływały odrętwienie ciała. Kontrast do zeszłorocznego Boy Harsher był drastyczny.
Po ponad dwudziestu minutach męczarni, pozytywna energia wróciła przy hard techno, założyciela i szefa wspomnianej Wytwórni PAN, Billa Kouligasa. Niestety, około kwadrans po czwartej, organizatorzy przesłali wiadomość, że mający na koncie dość przyjemne ostatnie LP pt. Cherry, Daphni wyjdzie z godzinnym opóźnieniem (to chyba efekt małego pożaru na scenie w trakcie wyjścia Skrillexa), tak więc festiwalowy dzień, chwilę po piątej nad ranem zamknęło, zanurzone w rave'owej batalii, duo VTSS B2B LSDXOXO.
Szkoda, że tego dnia kosztem Karate musiało odpaść Swans.
Trzeci dzień, tradycyjnie, nie był już tak wymagający ani pod względem gatunkowym, ani fizycznym. Pierwsza wizyta w Boiler Roomie, przed którym kolejki sięgały nawet stu metrów, niewiele wniosła do line-upu, bo grali w nim dość przypadkowi i nieznani DJ-e, tacy jak np. DJ Sport.
Zaskoczyła frekwencja i odbiór punk/garage-rockowego Be Your Own Pet, który w głośniejszych partiach (m.in. „Big Trouble”, „Thresher's Flail”, „Wildcat!”) dał publice to, czego rok temu zabrakło Yeah Yeah Yeahs.
Częściowego ukojenia, po dwóch dniach imprezowania, można było zaznać na przyciągającej jak magnes, charyzmatycznej i niebywale pięknej St. Vincent, która ze swoim obecnym repertuarem wypadła o wiele lepiej, bardziej wyraziście, niż w 2014 roku. Fajnie byłoby któregoś dnia usłyszeć Annie Clark w mocniejszym, stricte gitarowym wydaniu.
Dużo więcej spodziewałem się po Ubaldo. Hiszpański producent ciekawie rozpoczął budowę atmosfery ponad półgodzinnego utworu, kreując ambientową przestrzeń w oparciu o gitarowe loopy i grę smyczkiem na gitarze. Szkoda, że w szczytowym momencie lajwa napięcie zostało totalnie zniszczone, niepasującym do całości, wokalnym auto-tunem.
Czwarty, obok Come, Amenra i Karate, najlepszy koncert festiwalu przypadł w udziale Unwound, które zagrało po raz drugi w ramach Primavera a la Ciutat, czyli Primavery w mieście, w perfekcyjnie nagłośnionym klubie Paral·lel 62 (był już poniedziałek, godzina pierwsza po północy). Nie byłem na Unwound w latach 90., ale gdybym dzisiaj miał ich zestawić do tego, co udało mi się widzieć i słyszeć na żywo do tej pory, to byłyby to nawiązania do bezkompromisowego uderzenia Unsane, masywności wątków Drive Like Jehu i Swans, precyzji Slint oraz skrupulatności w kreowaniu przestrzeni June of 44. „All Souls Day”, „Envelope”, „New Energy”, „Corpse Pose” plus wspomniane już w tej relacji „For Your Entertainment” i „Kantina” wypadły wprost kolosalnie. Amerykanie, tak jak dwa dni wcześniej, po zakończeniu tego wstrząsającego występu rozdali kwiaty mające upamiętniać Verna Rumsey'a.
Primaverę 2023 należy uznać za udaną. Kilka koncertów było wybitnych, poza jednym przypadkiem, wszystkie odwiedzone sceny miały doskonałe nagłośnienie. Organizatorzy przygotowali więcej stref do odpoczynku, było mniej ludzi niż we wcześniejszych latach plus utrzymano, pomimo inflacji, poziom zeszłorocznych cen piwa. Oby tylko katalońskie grand prix Formuły 1 nie pokrywało się na stałe w kalendarzu z festiwalowym weekendem, bo ceny noclegów stały się nieznośne, wręcz zaporowe.
[Dariusz Rybus]
[zdjęcia: Ewelina Kwiatkowska, Dariusz Rybus, Paco Amate]