



Lepiej późno niż wcale. Z pierwszą koncertową wizytą do Polski zawitał w końcu Cherubs. Mające na koncie takie płytowe arcydzieła jak Heroin Man czy Icing, uznawane w wielu kręgach za legendę amerykańskiej sceny noise-rock, trio zagrało potężny, składający się z około dwunastu utworów, koncert.
Ponad połowę z godziny, Teksańczycy poświęcili pozycjom z wydanego w 2019 roku Immaculada High oraz z wspomnianego powyżej Heroin Man. Kawałki z ostatniego albumu na żywo robią o wiele większe wrażenie niż na płycie (kolosalny zwłaszcza „Cry Real Wolves”), ale z tego zestawu i tak najbardziej bezkompromisowo zaprezentowała się trójka „Blackhouse”/ „Stag Party”/ „Dave of the Moon”.
Jeszcze lepiej, mocniej, surowiej, bardziej szorstko i z elementami sludżowej intensywności, wybrzmiały jednak kompozycje z pozostałych wydawnictw grupy. Obezwładniające basowo-perkusyjne pętle pary Brent Prager-Pete Shore, budujące napięcie masywne repetycje, obłędne linie basu oraz wokalno-gitarowe kontrasty Kevina Whitley'a wypadły wprost fenomenalnie. Najlepsze tego wieczoru były wielowątkowy i niezwykle hałaśliwy „Little Barely Pieces” (z epki SLO BLO 4 FRNZ & SXY), raw-punkowy „Orange Julius” (z kompilacji Short Of Popular) oraz math-rockowy „Pink Party Dessert” (z Icing).
Nie tylko przez obecność na scenie Pete'a Shore'a, pierwszego basisty Unsane, nasuwają się podobieństwa w hałasie, jakie generują kapele z Austin i Nowego Jorku. Cherubs na żywo wypadają bardziej różnorodnie, są dynamiczniejsi, mniej metalowi, a prezentowany przez ich noise zawiera większą liczbę cięć. Na pewno sporym wyzwaniem byłoby zobaczyć oba te bandy w jeden wieczór.
[Dariusz Rybus]
[zdjęcia: Ewelina Kwiatkowska]