



Ostatni koncert na trasie promującej trzecią płytę Dynasonic plus pierwszy od dawna występ BNNT w Warszawie, z materiałem zapowiadającym przyszłoroczny album.
Dynasonic na żywo zabrzmieli potężniej niż w studio, czego się zresztą można spodziewać. Dubowy trzon ich muzyki nabrał przez bardziej post-rockowego, ale nadal monochromatycznego odcienia. Pojawiły się noise'owe spięcia, a finał zbiegał w stronę instrumentalnego techno. Co oczywiście ma głęboki sens, bo to wszystko kierunki, u podstaw których są dub i groove. Świetne brzmienie, precyzja i równocześnie luz grania złożyły się świetny koncert.
BNNT zaprezentowali chyba najbardziej ascetyczny wariant ich muzyki, jaki pamiętam. Drony i dźwiękowe plamy barytonowej rakiety tworzyły bazę, w której perkusja wyznaczała kolejne fazy koncertu. W sumie to odwieczony modus operandi BNNT, ale tym razem zagrany raczej minimalistycznie niż spazmatycznie. W tym formacie jest przestrzeń na trzeci instrument, więc nie zdziwię się, jeśli w przyszłym roku wrócą koncerty BNNT z gośćmi.
Pozytywną niespodzianką była też świetna frekwencja - koncert był wyprzedany a sala pełna.
[zdjęcia: Piotr Lewandowski]