



Drugie sety koncertów The Necks są z reguły mocniejsze, w wielu wymiarach, i tak też było tym razem. Pierwsza odsłona wyprzedanego koncertu w Studiu im. Lutosławskiego w Warszawie była metaliczna, dość cicha i zdefiniowana przez talerze. Druga niższa, cięższa i bardziej meandrująca - Tony Buck zagrał ten set dłońmi (bez pałek), nadając mu surowego charakteru. Mimo tego chwilami miałem wrażenie, że to jeden z najbardziej jazzowych setów The Necks, jakie widziałem, a frenetyczne zamknięcie oparte o obłędną rytmiczną strukturę było wręcz ekstrakcją formy australijskiego tria. Doskonały koncert. Studio im. Lutosławskiego ma akustykę bardzo sprzyjającą wyciąganiu detali, każde szurnięcie słychać jak przez stetoskop. Drugą stroną medalu jest jednak suchość tej sali, raczej mało dźwięczności. Nawet przy gęstych repetycjach, pojawia się niewiele górnych składowych harmonicznych. Te warunki sprzyjały słuchaniu wiwisekcyjnemu, wyłapywaniu co, skąd i jak, ale trochę odjęły muzyce The Necks hipnotyzmu.
[zdjęcia: Piotr Lewandowski]