



Tegoroczna Primavera miała wstrząsający i niebywale smutny prolog. 8 maja 2024 roku świat obiegła informacja o śmierci Steve'a Albiniego. Organizatorzy postanowili uczcić pamięć, występującego w Barcelonie co roku od edycji 2007, wokalisty i gitarzysty Shellac, nazywając scenę eksperymentalną jego nazwiskiem, a w czasie kiedy zespół miał zagrać, tj. w czwartek o godzinie 18:55, zaplanowano oficjalny odsłuch wydanej 17 maja najnowszej płyty To All Trains. Widziałem Shellaca dwanaście razy, ale tego ostatniego, koncertowego, pożegnalnego razu będzie chyba już zawsze brakowało każdemu, kto widział ich choćby ten jeden magiczny raz.
RIP Steve Albini
22. odsłona barcelońskiej imprezy obejmowała 263 koncerty. W trakcie tygodnia, w ramach miejskiego cyklu Primavera a la Ciutat, odbywały się one w sześciu klubach, a regularny festiwal tradycyjnie, od czwartku do niedzieli, gościł na piętnastu scenach w Parc del Fòrum.
Pierwszym widzianym koncertem w świetnie nagłośnionym klubie Apolo był The Messthetics & James Brandon Lewis. Znani z Fugazi Joe Lally i Brendan Canty wraz z Anthonym Pirogiem połączyli siły z amerykańskim saksofonistą Jamesem Brandonem Lewisem. Koncert był równie znakomity jak ich tegoroczna płyta. Dziewięć utworów zawierało najlepszą energię math rocka, post rocka oraz free jazzu, a największe wrażenie robiły duety Piroga z Lewisem.
Emocje z potężnego otwarcia nie zdążyły jeszcze opaść, a już po chwili na scenie pojawił się amerykański free jazzowy kolektyw Irreversible Entanglements. Camae Ayewa, jej manifest, wokalna ekspresja i intensywność, od hipnotyzujących szeptów po przeraźliwe krzyki, w połączeniu z najbardziej wyrazistymi cechami jazz fusion, world music i punk jazz wprowadziły w niezwykle intensywny trans, którego efektem było głębokie katharsis. Instrumentalnie imponowały zwłaszcza partie kontrabasu i dęciaków, z utworów najmocniejszy przekaz miały te z ostatniego Protect Your Light.
Szybka zmiana miejscówki i w Paral·lel 62 zameldował się Les Savy Fav. Najenergiczniejszy z obecnie aktywnych zespołów na świecie zagrał ponad godzinę, w tym kilka nowości z Oui. Podobnie jak dwa lata temu w Parc del Fòrum, Tim Harrington ponad połowę czasu spędził na płycie wśród publiczności, wychodząc od czasu do czasu z sali, gdzie na korytarzu szukał, nadających się do crowd surfingu, luźniej zamontowanych w zawiasach, drzwi. Ostatecznie znalazł tylko reklamową dyktę, która ku jego wielkiemu rozczarowaniu, po kilkunastu sekundach pękła na pół. Perfekcyjnie wybrzmiała każda partia obu gitar, które najmocniej odzwierciedlają niebywałą, art punkowo-post hardcorową, siłę kwintetu z Nowego Jorku. Genialnie wypadły „Let's Get Out of Here”, „Barbs”, „The Sweat Descends”, „Who Rocks the Party”, „ROME” oraz „Patty Lee” w trakcie, którego Harrington z mikrofonem wyszedł wyjściem ewakuacyjnym przed klub gdzie na ulicy kontynuował swój śpiew. To była prawdziwa koncertowa miazga.
Fantastycznie, po raz kolejny, zaprezentował się także Tropical Fuck Storm. Widziany podczas trzech ostatnich europejskich tras kwartet gra praktycznie te same utwory, ale ciągle w tych kompozycjach na żywo odkrywa się totalnie nowe pierwiastki. Szkoda, że pozwolono im wyjść tylko na trzy kwadranse, bo Australijczycy mają już swoją renomę i mogliby dać z siebie jeszcze więcej. Było głośno i konkretnie, najbardziej przy „Braindrops”, „Ann” (cover The Stooges), „You Let My Tyres Down” oraz „Paradise”. Największe wrażenie pozostawiły zwłaszcza wokalne partie Erici Dunn oraz Fiony Kitschin.
Po bardzo udanej odsłonie Primavera a la Ciutat przyszła pora na regularną część festiwalu, którą zainaugurowało nie mniej energiczne i również pochodzące z Australii Amyl and The Sniffers. Kwartet pod dowództwem Amy Taylor, pięć lat po debiucie na Primaverze, jest już bardzo rozpoznawalnym zespołem o czym świadczy frekwencja pod największą ze scen festiwalu. Setlista z dwoma nowymi kawałkami, szczególnie w tych mocniejszych pozycjach obroniła się na otwarciu dnia doskonale, a z przygotowanego zestawu w pamięci zapadły przede wszystkim pozycje z debiutanckiego Amyl and The Sniffers.
Na pewno więcej można było za to spodziewać się po wyjściu Nazar. Jego live rozpoczął świętowanie 20. urodzin legendarnej wytwórni Hyperdub, ale jego eksperymentalny miks grime, kuduro i techno był bardzo jednostajny, jednowymiarowy i zbyt prostolinijny. Ściana uderzeń nie prowadziła do żadnego celu czy finału, było zaskakująco monotonnie i bez wyrazu.
Jeszcze gorsze wrażenie i pierwsze poważne rozczarowanie całej imprezy przypadło w udziale Duster. Co z tego, że instrumentalnie było idealnie. Cierpliwie kreowane math rockowo/ slow core'owo/ shoegaze'owe pętle budowały napięcie, które niestety drastycznie niszczyli obaj wokaliści, zwłaszcza będący w katastrofalnej formie Canaan Dove Amber. Szkoda.
Szkoda to była nawet podwójna, ponieważ w tym samym czasie w miejscówce obok występowała Beth Gibbons. Udało się zdążyć na jej trzy ostatnie utwory, w tym magiczny cover Portishead „Roads”. No cóż, może koncert w ramach najnowszego Lives Outgrown, uda się jeszcze nadrobić przy innej okazji, dzisiaj z pary Duster vs. Gibbons na pewno wybrałbym Gibbons.
Podobnie jak Duster, ale w zupełnie innej estetyce muzycznej, skrajne odczucia przyniosło kolejne, tym razem dłuższe, wejście do piwnicznego Warehouse, gdzie odbywała się dalsza część urodzin Hyperdub. Bardzo słabo wypadł oparty na basowych plamach oraz hard trance'owej estetyce live Aya. O wiele lepsze wrażenie pozostawiła po sobie za to Ikonika (Sara Abdel-Hamid), która postawiła na przestrzeń oraz eksperymentalne, precyzyjne i klarowne cechy industrial oraz dub techno. Nie zawiódł również sam założyciel Hyperdub, czyli Kode9, który efektownie łączył techno z elementami industrial, dub, drum and bass oraz grime. Intensywne, basowo-drumowe ofensywy były urozmaicane przez acidowe wcięcia, a po wyważonej, wolniejszej środkowej części Steve Goodman zakończył całość bardzo masywnym finałem.
Nareszcie wybiła 3:20. Bardzo ostrzyłem sobie zęby na wyjście Wiegedood. Ich wyśmienity De Doden Hebben Het Goed III oraz ostatni There's Always Blood At The End Of The Road to jedne z najlepszych blackmetalowych płyt ostatniej dekady. Niestety, totalną kpiną ze strony zespołu okazała się kwestia nagłośnienia. Dziwne, że tak doświadczeni muzycy mający za sobą trasy w ramach tak uznanych bandów jak Amenra czy Oathbreaker mogli popełnić tak fatalne błędy przy dźwiękowej realizacji koncertu. Metaliczny tumult perkusyjnych uderzeń, które połowicznie zagłuszały wokale, a całkowicie gitary okazał się najbardziej rozczarowującym aktem całej tegorocznej edycji. Tego nie dało się słuchać z żadnego miejsca począwszy od barierek po 50 metrów od sceny.
Niezbyt udany i długi pierwszy dzień w nadmorskiej siedzibie festiwalu, w piątek rano, chwilę po godzinie piątej zamknął czteroosobowy bój B2B w ramach berlińskiej Herrensauny. Świeży powiew ravingu zawierał najważniejsze atrybuty berlińskiego podziemia, od szybkich, bezkompromisowych temp po basowe urozmaicenia.
Tego dnia, w wyniku kolizji nie udało się zobaczyć Blonde Redhead, a w kuluarach najgłośniej było o skandalicznym zachowaniu Williama Basinskiego, który bez żadnych zapowiedzi wyszedł ze swoim The Disintegration Loops kwadrans przed zaplanowanym czasem, kiedy ludzie stali jeszcze przed salą Auditori. Jakby tego było mało Amerykanin skrócił swój występ z godziny do około czterdziestu minut.
Piątek, dla odmiany był dniem krótkim, ale bardzo treściwym, którego wspaniałym koncertem, właśnie w sali Auditori, otworzyła Chelsea Wolfe. Amerykanka zrezygnowała z odgrywania nowej, nieco karkołomnej elektronicznej płyty She Reaches Out To She Reaches Out To She w całości, jak to miało miejsce podczas ostatniej trasy w Europie i za oceanem. Drugą dobrą decyzją było zagranie sześciu nowych kawałków na żywą perkusję, która wedle potrzeb zastępowała lub wzmacniała elektroniczne drumy z albumowych aranżacji. Ten manewr dodał utworom ogromnego wigoru, siły oraz dynamiki przez co wypadły one o niebo lepiej niż w zduszonych, jednowymiarowych, oryginalnych wersjach na płycie. Z tego zestawu najbardziej zaskoczyły zwłaszcza „House of Self‐Undoing” oraz „Dusk”. W setliście znalazły się również po dwa utwory ze fenomenalnych Abyss („Carrion Flowers” oraz „After the Fall”) oraz Hiss Spun (najmocniejsze tego dnia były „16 Psyche” oraz „The Culling”), a całość na zasadzie kontrastu wobec potężnej ściany hałasu zamknął akustyczny „Flatlands”. Widać było, że Wolfe bardzo serio potraktowała koncert na Primaverze. Wokalnie był to jeden z dwóch najlepszych występów całej edycji 2024.
Solidnie i z pazurem zaprezentowali się przedstawiciele nowej fali hardcore punk, amerykański Gel. Kwintet w trakcie równego półgodzinnego wyjścia nie zagrał niczego odkrywczego, ale umiejętnie i odważnie wplatał w swoje krótkie utwory zarówno elementy raw hardcore, jak i tradycyjnego oldschoolowego nurtu hardcore. Surowe, treściwe, z pomysłowymi zwolnieniami, a i zgromadzony tłum pod sceną zareagował jak należy.
Dobrą passę, ale już w zupełnie innej estetyce muzycznej, podtrzymał Lamin Fofana. Jego eksperymentalny live w Warehouse rozwijał się stopniowo i bez zbędnego pośpiechu. Wyciszające elementy ambient z czasem coraz odważniej przyjmowały formy introspekcyjnego abstractu. Po około dwudziestu minutach pojawiły się pierwsze trzaski, piski, uderzenia oraz plamy basu, które finalnie prowadziły do głośnego i ekstatycznego finału.
Bazujący na najbardziej emocjonalnych cechach post rocka, post hardcore'u oraz shoegaze'u, Brutus zaczął od wystrzału kilku efektownych, skrojonych pod radio i listy spotify, hitów („War”, „Storm”, „Justice de Julia II”). Trio, pod dowództwem Stefanie Mannaerts, stąpało jednak po zbyt cienkim lodzie odgradzającym pomysłowość od nadmiernej egzaltacji. Po około dwudziestu minutach formuła rozdmuchanego do granic emo przekazu się wyczerpała, a za sprawą takich pozycji jak „Space”, „What Have We Done” oraz „Sugar Dragon” zrobiło się całkowicie rzewnie i ckliwie. Wokalistka popłakała się aż trzy razy, a serwowane po kolei do końca utwory charakteryzowała nieznośna melodyjność.
Sobotnie otwarcie festiwalu przypadło w udziale avant-noise'owemu duetowi Wolf Eyes. Amerykanie podzielili swój live na trzy części. Pierwsza trwała aż trzy kwadranse i oparta była na przetworzonych przypominających policyjną syrenę dźwiękach, którym towarzyszyły uderzenia zrzucanych z dużej wysokości głazów. Powolne tempo oraz duża liczba repetycji skutecznie kreowały głębię. Z czasem przestrzeń zaczęły wypełniać także ciekawe organowe wątki, piszczałki, a duet zaczął tworzyć loopy. Od trzydziestej minuty intensywną drone/ noise'ową estetykę zdominowały basowe plamy oraz zupełnie niepotrzebne w tej kompozycji, bo zbyt delikatne, wokale Nate'a Younga. Szkoda. Duet zamknął swoje wyjście klasycznymi utworami, zagrali „Psychoplasmic Plunger” oraz „Days Decay”, które jednak niewiele wniosły do za bardzo rozdmuchanej drugiej połowy występu.
„As childhood died the old year/ Made The Soldier reappear/ The ash embowered night and day/ As at the gate, she prayed/ Wyman, am I worthy? Speak your wordle to me” - w momencie w którym anielski głos PJ Harvey otulił zgromadzonych przed największą sceną Parc del Fòrum, z nieba, jakby była to zaplanowana część choreografii, zaczęły nagle spadać coraz większe krople deszczu. Najpiękniejszy głos tej edycji w pozycjach z najnowszego I Inside the Old Year Dying wbił w podłogę, a przekrojowa, bogata setlista obejmowała utwory z aż siedmiu płyt. Pomimo pogarszających się warunków atmosferycznych był to o wiele bardziej wyrazistszy i bardziej pobudzający do refleksji koncert od tego z 2016 roku, kiedy Brytyjka promowała The Hope Six Demolition Project.
Kiedy od mniej więcej trzydziestej minuty koncertu PJ Harvey, krople deszczu zmieniły się w ogromną ulewę ludzie zaczęli szukać schronienia. Niestety, przypadkowymi ofiarami tego zjawiska stali się chcący obejrzeć live Phew. Podziemie Warehouse podczas występu Japonki stało się schronem dla przypadkowych, uciekających przed deszczem gapiów i mimo stania prawie pół godziny w kolejce nie udało się wejść do środka choćby na chwilę. Szkoda.
Potężna, prawie trzygodzinna ulewa w żaden negatywny sposób nie wpłynęła za to na Bikini Kill. Obok rewelacyjnej dyspozycji wokalnej Kathleen Hanny imponowały te szybsze, niemal raw punkowe i zagrane niemal w jednym ciągu, kawałki. Amerykanki zaprezentowały się o niebo lepiej od widzianych kilka lat temu Babes in Toyland. Początkowy plan zakładał, aby zamiast na Bikini Kill, pójść na American Football, ale udało się zakupić wejściówki na niedzielny klubowy koncert Amerykanów w ramach Primavera a la Ciutat, o czym poniżej, tak więc obyło się bez strat (koncerty klubowe Primavery funkcjonują na zasadzie zakupu w aplikacji biletów-kaucji).
Finał w Parc del Fòrum i zarazem najlepszy elektroniczny występ na festiwalu był pokazem siły Monolake. Potężna hybryda minimal/ IDM/ abstract techno z kilkoma rave'owymi przełamaniami oraz acidowymi zapaściami wypadła jak ewentualny B2B Heleny Hauff z Charlotte De Witte. Niemiec idealnie wypośrodkował wyrazistość oldschoolowego niemieckiego techno z przestrzenią, która charakteryzuje najciekawsze produkcje ambient techno.
Zamknięcie tegorocznej edycji, w niedzielny wieczór, w klubie Paral·lel 62 przypadło w udziale wspomnianemu już American Football, który okazał się największym koncertowym zaskoczeniem całej imprezy. Już w sobotę, kiedy na otwartym powietrzu udało się zajść na ostatnie trzy kawałki ich występu, wyglądało to dość obiecująco. Kontrast w odbiorze pomiędzy płytami, które średnio do mnie trafiały, a koncertami w przypadku Amerykanów jest przeogromny. Dowodzeni przez będącego w fenomenalnej formie wokalnej Mike'a Kinsellę, przedstawiciele nurtu midwest emo, najpierw zagrali w całości swój debiutancki album, a potem w ramach dogrywki dołożyli dwa utwory. Gitarowe math rockowe pętle, post rockowo/ shoegaze'owe, momentami ocierające się o art rock, przestrzenie miały kapitalnie rozejścia, załamania oraz finały. Cierpliwość, precyzja oraz harmonijność w budowaniu wątków imponowała, a kolosalne wrażenie zrobiły zwłaszcza siedmiominutowy "Honestly?" oraz ponad dziesięciominutowy "Stay Home/ The One With the Wurlitzer".
22. odsłona Primavery potwierdziła, że wciąż pozostaje ona liderem wśród dużych imprez z muzyką wszelaką, miejscem gdzie można posłuchać wszystkiego od jazzu, rocka, techno po black metal. Pierwsza dobra wiadomość na 2025 tok jest taka, że organizatorzy nareszcie przenieśli jej termin o jeden weekend później, tak aby nie kolidować już z Grand Prix Formuły 1. Ten ruch na pewno pozytywnie wpłynie zarówno na system poruszania się po mieście, koszty noclegów, jak i pogodę, która w tym roku narobiła trochę zamieszania.
[Dariusz Rybus]
[zdjęcia: Ewelina Kwiatkowska, Dariusz Rybus, Clara Orozco]